Jeśli chcielibyśmy zostać współczesnym Robinsonem Crusoe, musielibyśmy sporo zapłacić. Bo przecież w dwudziestym pierwszym wieku wydaje się, że pobyt na bezludnej wyspie jest możliwy. Oczywiście w rachubę wchodzi jedynie pobyt z pełnym wyżywieniem, wszystkimi wygodami. Tylko najbogatsi mogą się odizolować od reszty świata – za grube pieniądze, korzystając z oferty biura podróży.
W miejsce bezludne, na zieloną wyspę zabiera nas najnowsza powieść Igora Ostachowicza. Pisarz, który za sprawą „Nocy żywych Żydów” otrzymał nominację do Nagrody Nike 2013. Jako, że miałam okazję poznać tę powieść, tym bardziej intrygowała mnie najnowsza książka tego autora.
Przede wszystkim intrygujący jest sam pomysł na fabułę. Główna bohaterka, Magda, kupuje sobie wczasy na bezludnej wyspie. Czy na tym skromnym budulcu da się zbudować powieść? Wyspa, na której stoi dom i przebywająca w nim jedna osoba. Dlaczego główna postać tak bardzo potrzebuje samotności? Co takiego się wydarzyło, że kobieta chce spędzić swoje wakacje z torbą lekarstw?
Szybko okazuje się jednak, że na wyspie przebywa tajemniczy mężczyzna. Już spodziewamy się thrillera, napięcie rośnie do granic wytrzymałości. Jednak szybko okazuje się, że człowiek, który znalazł się na wyspie wcale nie jest mordercą. Kim zatem jest ta postać? Najpierw okazuje się, że tak samo jak Magda jest Polakiem. Relacja, która między nimi zaistnieje staje się bardzo trudna do określenia. Została bowiem oparta na przemocy, strachu i fascynacji.
Bohaterka to lekomanka, która ma w torbie tak wielką ilość leków, że mogłaby nimi wybić stado słoni. Tyle, że na wyspie oczywiście nie ma nikogo poza tą wymienioną przeze mnie dwójką. Kombinacje tabletek, które podaje sobie oraz Jarkowi to wybuchowy koktajl. Do tego stopnia, że autor na końcu książki umieścił ostrzeżenie, że nie należy stosować tych leków bez zgody lekarza, a za zignorowanie go autor, ani wydawnictwo nie ponoszą odpowiedzialności.
„Zielona wyspa” to podróż przez emocje Magdy. Śledzimy jej zachowania pełne gniewu, agresji, buntu i cierpienia. Dlaczego taka się stała? Czy leki zdołają zagłuszyć ten wewnętrzny ból? Okazuje się, ze to nie Jarek jest nieobliczalny, a właśnie Magda. Trudno przewidzieć, do czego jest w stanie posunąć się ta kobieta.
Zaczyna się gra. Każdy oszukuje, wszyscy kłamią. Chodzi o to by ranić, nie tylko psychicznie, ale też dosłownie. Jednak w pewnym stopniu bohaterowie są zafascynowani sobą. Potrafią wymieniać się cytatami z filmów, czy tekstami z popularnych piosenek. W „Zielonej wyspie” bardzo ważna staje się inna gra – podczas lektury wyłapać można sporą ilość odwołań do popkultury. Igor Ostachowicz nawiązuje dzieł literackich, filmów i piosenek oraz namawia do odszyfrowywania i odszukiwania ich.
Za sprawą książki „Zielona wyspa” zagłębiamy się stopniowo w psychikę Magdy. Jak sama mówi, znalazła się w „w emocjonalnej dupie”. Swój żal, cierpienie wyładowuje na Jarku. Jej zachowanie zostało zaczerpnięte z „Kill Billa”. Właściwie to w książce na pierwszy plan wysuwają się nawiązania do Tarantino.
Igor Ostachowicz stworzył skomplikowaną postać, jednak czasami odnosiłam wrażenie, że doszedł do niebezpiecznego momentu, kiedy jeden krok wystarczy, by bohaterka stała się niewiarygodna. Może też o to chodziło? Czy podpowiedzią są intertekstualne gry? Wszystkie nawiązania, nie tylko do Tarantino, powodują pewien dystans czytelnika. Wrażenie, że mamy do czynienia z pewną zabawą. Sugeruje to nawet tytuł – bo swego czasu zielona wyspa była sloganem politycznym. Tutaj nie jesteśmy pewni, czy otrzymujemy thriller, powieść psychologiczną, a może poznajemy oniryczną wizję odurzonej lekomanki? Wybór zależy od odbiorcy.
Podoba mi się Twój opis. Już sobie wpisuję na listę lektur obowiązkowych. 🙂
Zakręcona książka, ale mnie się podobała. 🙂
Mnie zaskoczyło zakończenie oraz brutalność głównej bohaterki 🙂
Aby naśladować Robinsona, trzeba nie tylko wyjechać na bezludną wyspę, ale też nie mieć żadnych sprzętów, puszek z konserwami, lekarstw, telefonu, nic – tak mi się wydaje… Książka, o której napisałaś, sprawia wrażenie bardzo dziwnej. Jeżeli znajdę ją w bibliotece, chyba wypożyczę 🙂
Zdecydowanie niejednoznaczna książka. A z Robinsonem ma wspólną tylko i wyłącznie (prawie) bezludną wyspę. Taki Crusoe dla najbardziej zamożnych…
Przeczytałam i nie żałuję.