Pierwsza książka Dominiki Słowik została bardzo dobrze przyjęta przez recenzentów oraz czytelników. Powieść „Atlas: Doppelganger” znalazła się nawet w finale Nagrody Literackiej Gdynia za debiut literacki. Teraz możemy sięgnąć po obszerną historię pt. „Zimowla”, która również zasługuje na uwagę odbiorców, a dotyka problemu pamięci. Niezależnie od tego ile mamy lat, wciąż zapominamy to, co spotyka nas każdego dnia. Co zatem tracimy, a co zostaje? Ile rozumiemy z tego, co przytrafia się nam samym i bliskim nam osobom? Na ile poznajemy siebie i ludzi, z którymi dzielimy życie?
Kiedy jesteśmy dziećmi, zrozumienie tego, co wokół nas się dzieje, często nam umyka,. Mimo, że obserwujemy otaczającą nas rzeczywistość, nie wszystko umiemy racjonalnie wytłumaczyć. Tym samym w naszej pamięci pojawiają się obrazy, które przywoływane po latach, okazują się nieprawdopodobne. Pamiętacie, co robiliście 31 października 1984 roku? Może nie było Was wtedy na świecie? Oczywiście nie jesteśmy w stanie przywołać każdego dnia życia, a właśnie ta data, którą przywołałam, zapisała się w mojej dziecięcej pamięci, bo wtedy świat obiegła wiadomość o tragicznej śmierci Indiry Ghandi. Dlaczego to wydarzenie zapamiętałam tak dokładnie, a inne już nie? Chyba nigdy nie będę w stanie odpowiedzieć sobie na to pytanie.
Główna bohaterka powieści „Zimowla” również zachowała we wspomnieniach zdarzenia, jakie na pierwszy rzut oka kojarzyłyby się z Macondo opisanym w „Sto lat samotności” Gabriela Márqueza, a nie polskim miasteczkiem Cukrówka położonym w Dolinie Zmornickiej. Narratorka postanawia przeprowadzić coś w rodzaju śledztwa, które pozwoli jej oddzielić fikcję od rzeczywistości. Co wydarzyło się naprawdę z tych obrazów zapisanych w jej pamięci? Jakie tajemnice skrywają jej bliscy oraz ludzie, z którymi zetknął ją los?
Zarówno babka, jak i matka głównej bohaterki posiadają swoje tajemnice. Dziewczyna, choć trudno nazwać ją dzieckiem, wciąż ma wrażenie, że wszystko co najważniejsze zostało przed nią głęboko skryte. Jeszcze bardziej barwną osobą okazuje się jej własny ojciec, który mimo wykonywania najnudniejszego zawodu świata postanawia zostać wróżem. Rzuca pracę urzędnika, by zostać postacią niezwykle kolorową, ale tak samo nieodkrytą jak pozostali członkowie rodziny.
Codzienność w Cukrówce, miasteczku położonym na dalekiej prowincji, wcale nie jest stereotypowe, czyli bezbarwne, nudne i zawsze takie samo. Nic bardziej mylnego. W tej społeczności nie zabraknie barwnych postaci oraz tajemniczych zdarzeń. Zaczynając od bliskich panny Sareckiej, poprzez Pszczelarza, który potrafi zmusić swoje pszczoły do posłuszeństwa, czy lunatykującą nago Magdę Dygnarównę. Wchodząca w dorosłość narratorka próbuje odkryć, co się za tym wszystkim kryje. Stara się pozbyć naiwności dziecka i odkryć sekrety najbardziej barwnych postaci Cukrówki.
Choć miasteczko nie posiada wieloletniej przeszłości, to tak naprawdę rozgrywa się ona na oczach bohaterów. W Dolinie Zamornickiej dzieje się wiele, a przemiany zachodzące w powojennej Polsce odbijają na Cukrówce piętno. Komunistka, babka Sarecka, jej córka pracująca w jedynym w miasteczku muzeum i jej mąż, przeciwieństwo teściowej pod względem poglądów i charakteru. Dziewczyna odkrywa stopniowo barwne losy rodziny i jest świadkiem tego, co właśnie przechodzi do historii. Do tego pragnie jak najwięcej dowiedzieć się ze świata, który ją otacza. A ten skrywa naprawdę wiele zagadek. Zaczynając od oczekiwania na kolejny cud maryjny, czy poszukiwania skarbu, a także poznania tajemnicy pewnego morderstwa. Narratorka chciałaby odkryć, co za tym się skrywa i poszukuje odpowiedzi. Czasami wystarczy niewiele, by dotknąć istoty rzeczy, a jednak wciąż bohaterka czuje się jak człowiek w jaskini platońskiej.
Powieść „Zimowla” Dominiki Słowik jest opowieścią o pamięci. Narratorka zajmuje się odtwarzaniem własnej przeszłości i miejsca, z którego pochodzi. Z jednej strony przypomina to nieco śledztwo, ponieważ co chwilę dokłada kolejny kawałek układanki, a dopiero w finale będziemy mieli okazję poznać finalny obraz. Zaskoczeniem okaże się fakt, że bardziej przypomina on dzieło impresjonistów niż klasyków. Mimo, że narratorka mierzy się z pamięcią i odrzuca to, co najbardziej nierealne, wciąż pozostaje uczucie niepewności. Im bardziej miasteczko popada w stan uśpienia, tym bardziej zaczyna intrygować, ponieważ w momencie gdy narratorka nie jest świadkiem zdarzeń, ma wrażenie, że wiele jej umyka. Być może dlatego pisarka posługuje się niedopowiedzeniami, nie stawia kropki nad i, by dopiero później wrócić do przerwanego wątku oraz zostawia odbiorcę z rodzącymi się kolejnymi pytaniami. Mnie przekonała ta rozbudowana i klimatyczna opowieść, a szczególnie kwestia pamięci oraz barwne postacie.
Hoho, to nawiązanie do Márqueza bardzo kusi, tym bardziej, że cenię sobie historie pokazujące jak niejednoznaczną i trudną do rozszyfrowania rzeczą jest pamięć