Często nam się wydaje, że „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”. U nas jest źle, więc szukamy dla siebie lepszego miejsca. Wielu Polaków trafiło do Wielkiej Brytanii, by tam znaleźć pracę, a przy okazji swój raj na ziemi. Czy im się wszystko udało, to inna sprawa. Teraz jednak właśnie Polacy są najbardziej liczną mniejszością narodową na Wyspach. Choć przyjeżdżali tu jeszcze przed wejściem Polski do Unii Europejskiej. Dariusz Orszulewski w powieści „Zjednoczone Siły Królestwa Utopii” opowie nam o zderzeniu marzeń z rzeczywistością. Utopia ma przecież to do siebie, że jest niemożliwa do zrealizowania.
Bezimienny protagonista powieści Dariusza Orszulewskiego wykreował sobie Anglię, jako coś w rodzaju miejsca, gdzie ludzie pracują godnie, za odpowiednie pieniądze. Część jego znajomych wyjechała w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, budząc marzenie bohatera o miejscu idealnym. Nie niosło jednak ono ze sobą potrzeby nauki języka angielskiego. Dlatego, kiedy zdecydował się na wyjazd, postanowił zacząć od szkoły językowej. Trafia do miejsca przeznaczenia, ale zobaczył, że musi nauczyć się wszystkiego. Od języka po zasady panujące w tym miejscu. Pomocni okażą się współlokatorzy w akademiku, którzy jakoś już sobie radzą.
Trzydziestoletni mężczyzna zaczyna wszystko od nowa, szuka też pracy, by jakoś się utrzymać. Co czuje na początku? „Nie miałem wrażenia, że cofnąłem się w rozwoju. Byłem przekonany, że upadłem. Moimi przełożonymi stali się ludzie bez wykształcenia, bez pieniędzy, afrykańscy imigranci kaleczący mowę Szekspira, za to z dłuższym stażem ode mnie. Dno i mrok.” (s. 17). A przecież już po trzech tygodniach takiej pracy, bohater mógł opłacić czteromiesięczny pobyt w akademiku. Czuje się jednak zagubiony.
W powieści widzimy, jak radzą sobie Polacy w nowym miejscu. Gonią za pieniądzem, biorą nadgodziny, żyją w kiepskich warunkach. Chcą zarobić jak najwięcej. Często mieszkają z rodakami, ale nic o sobie nie wiedzą.Ważny jest każdy pens, co rusz zmieniają pracę, gdy jest możliwość zarobienia odrobinę więcej na godzinę. Ten pęd nie pozwala im zastanowić się nad sobą, ani zatrzymać na moment. Nawet jedzenie i zakupy wymagają wielkich przemyśleń. Musi być bowiem jak najtaniej i jak najszybciej.
„Zjednoczone Siły Królestwa Utopii” to opowieść polskich emigrantach. Otrzymujemy formę powieści, choć gdyby nie postać głównego bohatera, która spaja wszystkie anegdoty i historie, książka przypominałaby reportaż. Mężczyzna obserwuje zderzenie dwóch kultur, ale przedstawia też, jak przyjmowane są na Wyspach inne nacje. Polacy na emigracji bywają zabawni, a my śledzimy ich perypetie oraz zmagania codziennością. Borykają się ze sprawami od najbardziej przyziemnych, jakimi są problemy z ubezpieczeniem, jedzeniem, telefonem, kontem w banku poprzez bardziej złożone – pojawia się tęsknota za domem, porażki, problemy emocjonalne.
Bohater wiele doświadcza w nowym miejscu. „Po dwóch miesiącach poczułem, że mi dobrze. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że zeszła ze mnie presja. Napięcie, które odczuwałem od czasów szkolnych (…).” (s. 36). Tutaj nikt nic od niego nie chce, niczego nie wymaga, może wydawać pieniądze na co tylko chce. Jednak nie potrafi być beztroski i czuje się samotny. Cały czas za czymś goni, ale przede wszystkim obserwuje. Jeździ do różnych miejsc, kiedy jednak trafia do najlepszego z nich, nie rozpoznaje w nim wymarzonej utopii. Dopiero, kiedy odejdzie, zrozumie, jak wiele stracił. Na powrót już nie ma jednak szans.
Dariusz Orszulewski opisał świat, który wielu ma za raj. Tu zobaczymy rzeczywistość, a nie utopię. Bohater szuka szczęścia oraz normalności, ale utkwił gdzieś, skąd już nie może wrócić. Dlatego „Zjednoczone Siły Królestw Utopii” sprawiają wrażenie powieści urwanej, niedokończonej. Zagubiony w swych poszukiwaniach bohater nie potrafi już wrócić do miejsca, z którego się wywodzi, a wciąż się nie odnajduje tu gdzie jest. Choć wielu z opisywanych tu bohaterów kreśli swoje plany na przyszłość, główna postać skupiona jest na teraźniejszości. Być może dla ludzi takich jak ten bohater nie ma przyszłości…
To ciekawe, ale wg mnie, biorąc pod uwagę ilu naszych rodaków przebywa poza granicami naszego kraju, polska proza emigracyjna jest nadal dość skromna. Być może za kilka lat, kiedy na emigracyjne doświadczenia popatrzy się z odpowiednio odległej perspektywy czasowej, powstanie jeszcze więcej tego typu pozycji.
Sięgam po historie tego typu, ale najczęściej autorów z innych krajów, tak jak to było ostatnio u Erif Shafak. Tu natomiast otrzymałam perspektywę dobrze mi znaną, bo kogoś, kto pochodzi z naszego kraju. Ciekawy obraz, choć przydałoby się więcej takich książek.