Nowe wydanie powieści „Blondynka” Joyce Carol Oates miało premierę latem. Jednak sięgnęłam po książkę nie w momencie premiery, a po spotkaniu online z tą pisarką, które w listopadzie organizował Literacki Sopot. Wcale nie trzeba nikomu przedstawiać tytułowej postaci, wystarczy spojrzeć na okładkę. Chodzi oczywiście o ikonę popkultury, Marylin Monroe. „Blondynka” znalazła się w finale nagrody Pulitzera (2001) i National Book Award (2000). Sama Joyce Carol Oates jest uznawana za jedną z najważniejszych amerykańskich pisarek. Wymieniana jest jako osoba, która ma wielką szansę na Literacką Nagrodę Nobla.
„Blondynka” już na pierwszy rzut oka zadziwia czytelników. Najpierw swoją objętością. Otrzymujemy powieść liczącą niemal 800 stron. Kiedy zaczniemy od wstępu samej autorki, zaskoczy nas to, że historia nie jest dziełem biograficznym, a historią inspirowaną życiem Normy Jeane Baker, znanej później jako Marylin Monroe. Osoby, którą wszyscy doskonale kojarzą, nawet jeśli nie oglądali ani jednego jej filmu.
Joyce Carol Oates zaczyna historię, jak biografię. Oglądamy historię dziecka, które mocno zostało doświadczone przez życie. Mała Norma nie ma łatwego dzieciństwa. Niezrównoważona psychicznie matka nie byłą w stanie jej utrzymać, dlatego oddała córkę do przytułku. Ojca nie miała okazji poznać. Dziewczynka pragnęła opieki, ciepła i miłości, ale matka nie pozwoliła, by ktoś adoptował Normę. Kiedy dziewczyna wreszcie trafia do rodziny zastępczej, wcale nie oznacza to, że będzie szczęśliwsza. Zwłaszcza, gdy zacznie dojrzewać. Nagle mężczyźni zwracają uwagę na nastolatkę. Nie podoba się to kobiecie, która opiekuje się Normą. Dlatego postanawia wydać szesnastolatkę za mąż.
Oczywiście wciąż jeszcze droga daleka do kariery filmowej. Oglądamy Normę jako młodą mężatkę, pracownicę fabryki. Właśnie tam dostrzegł ją pewien fotograf, a bohaterka decyduje się na karierę modelki. Niezależność Normy nie podoba się mężowi, choć początkowo mężczyzna o niczym nie wie. Wciąż trwa wojna. Kiedy jednak Norma Jeane doświadczyła wolności, postanowiła z niej skorzystać. Nie chce być panią domu i czekać na powrót męża z pracy. Małżeństwo się rozpada.
W powieści „Blondynka” oglądamy drogę tytułowej postaci do sławy. Przebyć musi ją Norma Jeane, by wreszcie stać się Marylin Monroe. Ten wizerunek okaże się przekleństwem dla bohaterki. Widzimy, jaką cenę musi zapłacić, by wspiąć się na sam szczyt sławy. Kiedy już tam dotrze, wszystko się zmieni. Główna bohaterka nie będzie na to gotowa. Zwłaszcza nie podoba jej się to, z czym się kojarzy Marylin Monroe, czyli stereotypową seksbombą, a jednocześnie głupiutką blondynką. Obiekt westchnień milionów, czy nawet miliardów ludzi zapłaci ogromną cenę za swoją popularność.
Kiedy wyobrażamy sobie Marylin Monroe, okazuje się, że posługujemy się kliszami. Tymczasem Joyce Carol Oates zabiera nas do świata emocji tytułowej postaci. Zmienia narracje, byśmy oglądali Normę z wielu perspektyw. Każda osoba opisująca bohaterkę widzi w niej kogoś innego. Jedni uważają ją za kiepską aktorkę, dla innych jest genialna. Szybko zdajemy sobie sprawę, jak złożona jest to postać. Dostrzegamy niezwykle ambitną osobę, która nawet jeśli nie musi, domaga się powtórek nakręcanych scen do momentu, aż uzna, że zagrała je perfekcyjnie. Choć nie skończyła szkół, dokształca się na własną rękę. Czyta, chodzi na różne kursy aktorskie i nie tylko. Trudno wyobrazić sobie Marylin, jako kogoś skromnego i niepewnego siebie. Tymczasem właśnie taką osobę oglądamy. Mimo sukcesów i popularności, wciąż pełną kompleksów i braku wiary we własny talent.
Jak wyglądało życie wewnętrzne Normy Jeane? Pewnie nigdy się tego nie dowiemy. W którym momencie grała, a kiedy mówiła prawdę? Czy w wywiadach była sobą, czy dawała prowadzącym to, czego od niej oczekiwali? Podczas lektury powieści Joyce Carol Oates uświadomimy sobie, że była kobietą bardzo poranioną przez życie. Szukającą miłości, akceptacji i zrozumienia u osób, które nie potrafiły jej tego dać. Pisarka kreśli złożoną i skomplikowaną postać. Oglądamy kobietę, która staje się tą bohaterką, jaką akurat gra, a potem wszystkie te role tkwią w niej. Do tego stopnia, że powstaje pewien kalejdoskop osób, jakie posiada we własnym wnętrzu. My próbujemy odnaleźć prawdziwą Normę. Tymczasem coraz bardziej widoczny staje się mrok. Pochłania on tytułową postać. A my uświadamiamy sobie, że te wszystkie trudne emocje przeżywamy wraz z główną bohaterką.
Kiedy czytałam „Blondynkę” niewiele wiedziałam o jej życiu. Tymczasem pisarka wcale nie ułatwia czytelnikowi odbioru. Podaje skróty imion ludzi, z którymi zetknęła się Norma Jeane. Nie poznamy nawet nazwisk mężów tytułowej bohaterki. Nie sposób oddzielić fikcji od tego, co wydarzyło się naprawdę. Bardziej istotne od faktów biograficznych stają się uczucia Normy. Będzie to prawdziwy roller coaster. Wiemy, że ta historia nie posiada szczęśliwego zakończenia, do tego autorka sugeruje mniej znaną wersję końca życia bohaterki. Zresztą podczas lektury powieści na wiele pytań będziemy musieli odpowiedzieć sobie sami, gdyż Oates pokazuje wybrane momenty w sposób, w jaki mogła odbierać je Norma. Są więc mroczne sceny seksu, niektóre sugerują gwałt, ale nie zostają one dopowiedziane. Tak jakby bohaterka je wyparła. Teraz, kiedy przeczytałam „Blondynkę”, nie dziwię się, że docenili ją krytycy i czytelnicy. Zresztą wielkimi krokami zbliża się na Netflixie premiera filmu, który nakręcono na podstawie powieści .
PS Książkę na język polski przetłumaczył Mariusz Ferek.
Ech, pani Oates to jeden z moich literackich wyrzutów sumienia. Mam nadzieję, że uda mi się sięgnąć po którąś z jej książek prędzej niż później 🙂
Po tę książkę zdecydowanie warto, choć jej objętość może nieco zniechęcać. 🙂