Anna Bikont jest dziennikarką, pisarką i reporterką. Poznałam do tej pory jej głośną „Sendlerową”, a także biografię Jacka Kuronia, którą pisała wraz z Heleną Łuczywo. Jej najnowsza książka „Cena. W poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie” intryguje samym tytułem, ale podtytuł mówi nam nieco więcej. Wiemy z historii, jak trudno było dzieciom żydowskim przetrwać wojnę. To, czego dowiemy się z tej publikacji, odsłoni nam nieco bardziej rzeczywistość, z jaką spotykały się te dzieci po wojnie.
Tym, co zainspirowało Annę Bikont do napisania tego reportażu, były dwa szesnastokartkowe zeszyty. Prowadził je Lejb Majzels podczas swoich podróży służbowych. Został wysłany przez Centralny Komitet Żydów Polskich w teren, by poszukiwać dzieci, o które upomniał się ktoś z rodziny. W ciągu nieco ponad roku mężczyzna odbędzie prawie trzydzieści podróży. Jego celem będzie odnalezienie pięćdziesięciorga dwojga dzieci. Siedem dekad później śladami Lejba Majzelsa rusza Anna Bikont.
Dzisiaj nie mieści nam się w głowach, jak trudno mogło być tym dzieciom, które przeżyły wojnę. Szacuje się, że przetrwało ją zaledwie pięć tysięcy z miliona żydowskich dzieci. Garstka ocalałych z Holocaustu była w kiepskim stanie fizycznym i psychicznym. Wiele z nich nie miało już rodziców, niektóre przeżyły w sierocińcach zakonnych, inne ukrywano w polskich domach. Zadaniem Majzlesa było odzyskanie dzieci dla Komitetu. Miał konkurencję w postaci działacza religijnych Żydów Jeszajahu Druckera. Zadaniem tego ostatniego było znalezienie dziecka i zorganizowanie mu wyjazdu do Palestyny.
Anna Bikont opisuje rzeczywistość niewygodną dla nas, Polaków. Widzimy sytuację dzieci żydowskich, których życie – mimo zakończenia wojny – nadal było zagrożone. Zaskakujące jest, jak realne były te groźby. Dzieci napadano z różnych powodów, nawet w domach dziecka trzeba było organizować straże, by nic złego im się nie stało. Nic dziwnego, że tak trudno było im dobrze się czuć w kraju swojego urodzenia i z czasem wiele z nich wyjechało do Izraela.
Reportaż „Cena” nie powstałby, gdyby nie książka o Irenie Sendlerowej. Dzięki pracy nad biografią autorka dotarła do zeszytów Lejba Majzlesa. Tym samym mogła rozpocząć kolejne reporterskie śledztwo. Trudno sobie wyobrazić, jak trudna praca czekała Annę Bikont. Dotrzeć do osób, które mogłyby coś powiedzieć o osobach lakonicznie wzmiankowanych w zeszytach, wydaje się niemożliwe dla przeciętnego człowieka. Tymczasem poznajemy losy tych żydowskich dzieci, o które ktoś się upomniał. Każdy taki jeden los żydowskiego dziecka daje nam ciekawy obraz powojennej rzeczywistości. Widzimy miejsce i czasy, w których przyszło im żyć. Śledzimy historie dzieci, które za żadne skarby nie chciały opuścić przybranych rodziców, a nawet przyjąć do wiadomości, że mają żydowskie korzenie. Niektóre razem z rówieśnikami głosiły antysemickie hasła. Inne, nieco starsze, zdawały sobie sprawę, by do tych korzeni się nie przyznawać, żeby nie narobić sobie kłopotów. Niektóre z dzieci dowiadują się, że ich ukochani rodzice oddają je nieznanym ludziom za określoną kwotę pieniędzy. Czasami jednak nawet te źle traktowane z jakiegoś powodu wolały zostać z dotychczasowymi opiekunami.
Wszystkie historie jakie poznajemy, są poruszające. Anna Bikont nie uogólnia, do każdej historii podchodzi indywidualnie. My czytelnicy wyrabiamy sobie obraz powojennej i jednocześnie surowej rzeczywistości. Dla kilku- i kilkunastoletnich żydowskich dzieci atmosfera wtedy panująca z pewnością była nie do pozazdroszczenia. Niekiedy stawały się towarem, bywało że czuły się opuszczone. Autorka pisze o tym w taki sposób, że trudno nie poczuć się poruszonym. Trzeba często przerywać tę obszerną książkę, gdyż wszystkie opisane historie wpływają na nas emocjonalnie. Anna Bikont nie ocenia bohaterów, śledzi ich losy, jak najlepszy detektyw. Nie chce się wierzyć, że autorce udało się dotrzeć do niektórych z dzieci z listy Majzlesa. Anna Bikont otwiera nam oczy na wiele spraw, o istnieniu których dotychczas mogliśmy być nieświadomi.