Z Tyrmandem sprawa jest trudna. Znają go głównie poloniści, bo zasłynął jako autor „Złego” i „Dziennika 1954”. Jeszcze parę osób kojarzy go jako bikiniarza z lat pięćdziesiątych w kolorowych skarpetkach. Inni w ogóle o nim nie słyszeli.
Autor „Cywilizacji komunizmu” żył w latach, kiedy własne zdanie nie było zbyt dobrze widziane. Po 1958 roku, gdy zaostrzono represje wobec pisarzy, Tyrmand nie cieszył się popularnością ze strony władz. Wyjechał w 1965 do kolebki swego ukochanego jazzu – do Stanów Zjednoczonych.
Mimo, że był polskim pisarzem, dobrze sobie poradził w USA, jako publicysta. Właśnie „Cywilizacja komunizmu” stanowi tego doskonały przykład. Niestety, na polskie wydanie książka musiała czekać wiele lat – aż upadnie system komunistyczny.
Leopold Tyrmand pisząc „Cywilizację komunizmu” posługuje się specyficzną formą literacką. Mianowicie tworzy coś w rodzaju poradnika. Jest naszym przewodnikiem i nauczycielem po ideologii zwanej komunizmem. Zaczyna od narodzin człowieka w komunizmie, a kończy na jego śmierci. Odsłania wszystkie absurdy tej ideologii. Bo skoro najlepiej, żeby noworodek wywodził się z rodziny robotniczej, to dlaczego musi liczyć się z brakiem luksusów? W praktyce najlepiej było dla dziecka, by urodziło się w domu dygnitarza partyjnego.
Autor opowiada o każdym aspekcie życia. Coś, co dzisiaj wydaje się niemożliwe – brak paszportów, żywności w sklepach – w latach sześćdziesiątych było na porządku dziennym. Pisarz wytyka po kolei wszystkie wady systemu. Przecież na Zachodzie w tamtych czasach wielu fascynowało się tą ideologią. Tyrmand przestrzega przed tym zaślepieniem. Wręcz porównuje komunizm i hitleryzm, by dojść do wniosku, że ideologia Marksa poszła krok dalej od nazimu:
„Komunizm stwarza POZORY możliwych porozumień z człowiekiem, po czym człowieka, który uwierzył, już bezbronnego, unicestwia za to, co w nim dobre, za niezależność myśli, za poczucie godności, za sprzeciw wobec kłamstwu. Pomoc bliźniemu w komunizmie to taki sam wybór moralny, jak za Hitlera – kara za odruch miedzyludzkiej solidarności jest nieunikniona. Tylko czasem czeka się na nią latami i dlatego świat jej nie zauważa” (s. 147).
Język jakim posługuje się Tyrmand nie należy do najłatwiejszych, bo i temat nie jest prosty. Wystarczy sobie przypomnieć komunistyczną nowomowę. Książka powinna trafić do osób, które albo nie pamiętają, czym jest ideologia marksitowska, albo chciałyby pogłębić swoją wiedzę na ten temat. „Cywilizacja komunizmu” została wydana w serii „Biblioteka wykształciucha”, ale błyskotliwy styl pisarza z pewnością przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom historii i formy literackiej, jaką jest pamflet, gdzie ironia ściga się z satyrą i ciętymi sformułowaniami.
Wiele osób dzisiaj już nie pamięta o złych stronach komunizmu. O lęku przed drugim człowiekiem, braku zaufania. Kolejki w sklepach, kartki na żywność mogą wydawać się śmieszne, ale lepiej niech pozostaną przeszłością. Wspominanie z nostalgią tamtych czasów przez poprzednie pokolenia dotyczy raczej ich młodości, niż tęsknoty za systemem. Kogo kusiłby komunizm, nich sięgnie po książkę Tyrmanda. Dzięki niej pozbawi się złudzeń. Ideologia zła została tutaj obnażona i pokazana w całej swej istocie.
Dziękuję za książkę Wydawnictwu MG
Niestety tym razem nie mogę się zgodzić, choć książki nie czytałem. Autor wyjechał z Polski w 65 i wtedy mogło mu się faktycznie wydawać, iż kraj zmierza w kierunku komunizmu. Nie zauważył, iż to, co było w Polsce za Gierka tyle miało wspólnego z komuną w wersji radzieckiej, co nic. Nie zauważył też, choć po latach pobytu na Zachodzie równie zaciekle krytykował tamtejsze realia, iż główną zaletą komuny było wymuszenie na Zachodzie, by kapitalizm pokazywał swą ludzką twarz. Bystry obserwator widzi, że Polska nie zmierza w kierunku Szwecji czy Stanów z końca XX wieku, ale raczej w kierunku kapitalizmu z wieku poprzedniego. Inna sprawa, że Zachód od czasu upadku komuny cofa się w zastraszającym tempie. Nie wiem, czy gdyby Leoś to przewidział, spłodziłby tę książkę.
Inna sprawa, że komunizm w wersji ZSRR był makabrą. To jednak całkiem inna bajka.
Tyrmand pisał w odniesieniu do komunizmu ogólnie – choć głównie podpierał się wiedzą o Polsce. O ZSRR też trochę wspominał, tyle że w tamtych czasach trudno było o kompletne informacje. Dla mnie zebranie ideologii komunistycznej w całość, stanowiło przypomnienie, że tamte czasy były straszne.
Tamte czasy były jakie były, trudno porównywać lata 50-te i Gierka, ale dzięki nim Zachód był taki cudowny. Teraz warto poczytać o okropieństwach europejskiej rzeczywistości z czasów przed komuną, które napędzały masową ucieczkę do Ameryki. Warto to poznać, gdyż czeka nas coś jeszcze gorszego. Nie ma już mechanizmów, które kiedyś dawały nadzieję na kapitalizm z ludzką twarzą. Jeszcze trwają osiągnięcia demokracji, ale już tylko siłą rozpędu. Hamowanie jest takie, że aż iskry idą. U nas ich nie widać, bo i hamowania nie ma 😉
Intersuje mnie wszystko, co działo się w otoczce komunizmu.
Przebrnęłam przez „Archipelag GUŁag”, teraz czytam „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. Niby dalekie od tematu, ale poniekąd o tamtych czasach mówi sporo.
Jestem dzieckiem schyłku komunizmu i jako takiego znam go z przebłysków pamięci i opowiadań starszych. Chętnie wobec tego przeczytam, co Tyrmand miał o tym do powiedzenia.
Obie książki są ważne i warto je poznać. A Tyrmand opowiada o trochę innych aspektach, jednak wspomina o obozach, choć o wojnie już nie.