Księdza Jana Kaczkowskiego nie ma już wśród nas, zmarł w Wielki Poniedziałek, choć nie skończył jeszcze 39 lat. Zdążył jednak zrobić wiele dobrego. Był założycielem i dyrektorem hospicjum pod wezwaniem Ojca Pio w Pucku. Cztery lata temu dowiedział się, że cierpi na glejaka. Rak mózgu nie spowolnił jego działań, wręcz przeciwnie. Ksiądz Jan Kaczkowski pracował na pełnych obrotach. Widać to również w wywiadzie „Życie na pełnej petardzie”, w którym mówił o sobie, swojej chorobie. Nie pomijał również kwestii wiary. Stał się niezwykle popularny, sam określał siebie onkocelebrytą. W lutym premierę miała książka ks. Jana Kaczkowskiego „Grunt pod nogami”.
Kazania jako forma literacka istnieją już od początków chrześcijaństwa. Nawet Jezus je głosił nauczając. Doskonałym przykładem będzie Kazanie na Górze. Wprawdzie do tej pory kazania kojarzyły mi się głównie z Piotrem Skargą. On pod koniec XVI wieku napisał zbiór nauk, które miały również charakter polityczny, a nie tylko religijny. Ksiądz Jan Kaczkowski w książce „Grunt pod nogami” postanowił przekazać nam swoje wyznanie wiary. Będzie „Nieco poważniej niż zwykle”, jak sugeruje podtytuł.
Autor książki głosił homilie z pamięci. Zmuszał go do tego kiepski wzrok. Z drugiej strony w kościele przyjemniej się słucha żywego słowa, niż tego odczytanego z kartki. Ks. Jan Kaczkowski wygłaszał kazania w różnych miejscach Polski, ale też i kilku miastach Europy, by otrzymać wsparcie na rzecz hospicjum, które prowadził. Dlatego nazywał swoje wystąpienia kazaniami żebraczymi. Oczywiście z typową dla siebie dozą autoironii, określał się żebrakiem luksusowym, bo prosił o pieniądze wewnątrz kościołów, a nie przed nimi.
Książka została podzielona na dwie części. Pierwsza z nich to kazania, często oparte na konkretnym fragmencie Ewangelii, poprzedzającym wypowiedź ks. Jana. W drugiej otrzymujemy kazania wygłoszone z okazji rekolekcji wielkopostnych. Następnie rozważane są stacje Drogi Krzyżowej, a na końcu mowa o spowiedzi „na krawędzi”.
„Grunt pod nogami” można nazwać wyznaniem wiary księdza Jana Kaczkowskiego, ale też jego osobistym testamentem. Jak inaczej rozumieć słowa: „Bardzo proszę mnie pochować w sutannie, z humerałem (jeżeli któryś z księży będzie wiedział, co to jest), w albie, z cingulum i stułą na krzyż, z manipularzem, w takim ładnym, czarnym ornacie, żeby dzieci mojego rodzeństwa, wiedziały, że wujek nie wyparował, nie zniknął. I że śmierć jest czymś zupełnie realnym i normalnym. Zdarza się to nam śmiertelnikom” (s.211)?
Czy można nauczyć ludzi umierania? Wydaje się, że nie – jednak autor książki cały czas oswajał czytelnika ze śmiercią. Pokazuje sytuację z perspektywy osoby chorej terminalnie, która niewiele ma życia przed sobą. Jak pogodzić się z tą myślą? Ksiądz posiadał swoją niezachwianą wiarę i ufność, że odchodzi do Boga. W jego kazaniach nie brakuje wskazówek, jak postępować i co tak naprawdę liczy się w życiu doczesnym. Pouczenia dotyczą tego, jak pogodzić się z chorobą najbliższych i jak ich właściwie traktować.
W kazaniach znajdziemy sporo wskazówek natury duchowej. Ksiądz Jan pouczał czytelników w sposób nietypowy, ponieważ o sacrum często opowiadał językiem profanum. Posługując się współczesnym słownictwem, czasem wręcz młodzieżowym, starał się być bliżej każdego człowieka. Nie oddzielał się od czytających murem, jakim byłoby właśnie zbyt wyszukane słownictwo. A jednocześnie, paradoksalnie, przybliżał odbiorcy pewne kwestie powszechnie mało znane, np. wyjaśnił mi, czym jest niedzielna aspersja (pokropienie zgromadzonych wiernych wodą święconą na początku Mszy niedzielnej zamiast aktu pokuty), ponieważ liturgia była mu bardzo bliska.
Czytając książkę „Grunt pod nogami” wciąż miałam wrażenie, że ksiądz Jan Kaczkowski prowadził mnie za rękę po zasadach moralnych, którymi się kierował. Pokazywał, jak być lepszym człowiekiem. Robił to nietypowo, bo mimo poruszania spraw poważnych, nie brakowało mu poczucia humoru i autoironii. Jego wskazówki są realne, a nie oderwane od egzystencji współczesnego człowieka. „…chciałbym państwa zachęcić do życia na pełnej petardzie. W każdym wymiarze. Żebyście się nie załamywali, czerpali z tego życia obficie” (s. 117). Jednak nie chodzi o egoistyczne życie tylko dla siebie, tylko umiejętność dzielenia się z innymi. Bliskość i miłość do drugiego człowieka są tu szczególnie mocno podkreślane.
Ksiądz Jan Kaczkowski apelował, by nie zapomnieć o dziele jego życia, czyli Puckim Hospicjum pw. św. Ojca Pio. Część dochodów ze sprzedaży książki przeznaczona jest na działalność tego miejsca.
Mam wrażenie, że przeczytanie tej książki daje nam obraz tego, co w życiu najważniejsze i tego, że śmierć jest elementem egzystencji, i jej nie unikniemy. Warto poznać kazania i porozmyślać.
Świat zdaje się nie pamiętać o śmierci. A to przecież najbardziej pewna sprawa w naszym życiu.
O no niekoniecznie, pamiętać to pamięta (relikwie, obraz wisielca, lekcje anatomii [posiłkuję się tu wpisami własnymi, by się nie powtarzać: https://5000lib.wordpress.com/2015/08/08/161-anatomia-strachu-albo-lekcje-anatomii/
albo wspomnienie o „Prządkach”, czyli nie tylko dance macabre:
https://5000lib.wordpress.com/2015/08/25/1622-albo-o-wladzy/ Tyle, że nie chcemy czuć jej oddechu na karku. Własnym. Świadomość, większa lub mniejsza jest.
Co do ks. Kaczkowskiego, podoba mi się dystans, z którym głosił. I (niezbędny) szacunek.
Pozdrawiam,
Bardzo cenię i szanuję ludzi, którzy mają do siebie spory dystans, którym nie brakuje zarówno autoironii jak i samokrytyki. Ks. Kaczkowski, w moim mniemaniu, zalicza się do grona tego typu osób. Szkoda, że odszedł w tak młodym wieku.
Zgadzam się w pełni. Bardzo mi się podobał styl księdza Kaczkowskiego. Okazuje się, że i kazania mogą być napisane w takiej formie, że świetnie się je czyta.