„Jeep. Moja wielka przygoda” – Tony Halik

Jeep, Tony HalikNiedziele z dzieciństwa kojarzą mi się z programem „Pieprz i wanilia”. Wtedy to było takie okno na świat, w PRL-u przecież nie można było swobodnie podróżować. Kiedy więc sięgnęłam po książkę „180 000 kilometrów przygody” wręcz słyszałam w głowie narrację prowadzoną przez Tony’ego Halika – kto pamięta, doskonale wie, o co mi chodzi. Tym razem udało mi się przeczytać inną opowieść o tej samej wyprawie: „Jeep. Moja wielka przygoda”.

Każdy szanujący się podróżnik prowadzi zapiski. Inaczej jego wyprawa nie miałaby sensu. Współcześni mają do dyspozycji Internet i wiele rozwiązań ułatwiających podróżowanie. Można na bieżąco pokazywać światu gdzie się jest i co się robi. Jeszcze Kinga Choszcz, która podróżowała po Nepalu, czy Afryce pisała w zeszycie i robiła zdjęcia posługując się aparatem z kliszą. Tym bardziej Tony Halik, który wyruszył w podróż w 1957 roku. Przez cztery lata wyprawy pokonał Amerykę Południową i Północną, w sumie było to ponad 180 tys. kilometrów.

Książka „Jeep” w pewnym sensie dopełnia pierwszą część „180 000 kilometrów przygody”. Nie stanowi kontynuacji, a jest jej uzupełnieniem. Tony Halik pisze o swojej wyprawie, ale teraz tematem przewodnim jest jeep – pojazd, który umożliwił podróżnikowi przemierzenie obu kontynentów. Od Ziemi Ognistej do Alaski, ale oczywiście nie w linii prostej, zawsze jednak tam, gdzie można spotkać ciekawych ludzi.

Tony Halik w tej części opisuje ostatniego Indianina z plemienia Ona, opowiada o człowieku, który twierdzi, że ma dwa tysiące lat. Będziemy świadkami polowania na kondory (bezkrwawego dla ptaków), pójdziemy tropem kokainy, zapolujemy z młodymi ludźmi na rekiny oraz węże. Poszukamy złota w rzekach Hondurasu, w Meksyku zostaniemy uwięzieni w katakumbach, a naszymi kompanami będą mumie.

Choć od tej wyprawy minęło wiele lat, wiele rzeczy odeszło już w zapomnienie, ponieważ świat się trochę zmienił. Już nie dziwi nas to, że w USA ludzie płacą kartą kredytową i mogą brać jedzenie z automatu, czy też programować swoje kuchenki. Jakie niezwykłe musiało to być ponad pół wieku temu. Tony Halik obserwuje pęd życia, pogoń za pieniądzem, czy prawa rynku, które obowiązują w Stanach Zjednoczonych i się od nich dystansuje. Jednak potrafi się odnaleźć w tym brutalnym świecie – i zdobyć pieniądze na dalszą część wyprawy.

Okazuje się, że podróżnik i jego żona Pierette lepiej się czują w spartańskich warunkach, ale kiedy ludzie są im życzliwsi – choćby przebijają im opony, żeby zostali z nimi na dłużej. Inna sprawa, że adrenalina pociąga. Podróżnicy w trakcie tej czteroletniej wyprawy trzykrotnie zostali uznani za zmarłych. Nie zabrakło też przygód mrożących krew w żyłach. W Kolumbii już wtedy kwitł handel narkotykami i w trakcie wyprawy trzeba było uważać na uzbrojone bandy. Właśnie z jedną z takich grup musiał się zmierzyć Tony jego żona Pierette.

Książka „Jeep. Moja wielka przygoda” może być uznana za klasyka literatury podróżniczej. Co ciekawe, wiele historii, które Halik opowiada o ludziach można uznać za aktualne, widać tak bardzo się nie zmieniamy. Podróżnik pisze tak, jakby wiedział, że za pół wieku zostanie wymyślony Internet i blogi. Widać zmienia się nośnik, ale ciekawa opowieść o ludziach i niezwykłych miejscach zawsze będzie aktualna i pociągająca. Otrzymujemy sporo interesujących historii. Niektóre będą zabawne, jak ta kiedy trzeba polewać winem chłodnicę samochodu, bo woda się skończyła – dla żony Halika pochodzącej z Francji pewnie nie było to ani trochę śmieszne… Dla czytelnika podróż ta okaże się bardzo przyjemna – piękne zdjęcia, świetna seria „Poznaj Świat” jak zawsze cieszy też oko.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Bernardinum.

  1. Pamiętam okładkę tej książki jeszcze z czasów, kiedy w trakcie studiów dorabiałem, pracując w Empiku : ) Dzieła nie czytałem i zaczynam powoli tego żałować – niezwykle ciekawe wydaje mi się poznawanie obserwacji Halika, szczególnie tych dotyczących cywilizacji i zmieniającego się oblicza społeczeństwa i porównywanie ich do naszej obecnej sytuacji.

    • Zaskakujące jest, że świat wcale się tak bardzo nie zmienił. Może książka nie jest poprawna pod pewnymi względami – dziecko w jeepie bez fotelika samochodowego i w towarzystwie broni palnej – dziś to by nie przeszło…

  2. Przeczytałam, że „każdy szanujący się podróżnik prowadzi zapiski” i dotarło do mnie, że to musi być jakaś wewnętrzna potrzeba, która ujawnia się w człowieku w czasie podróży. Kiedy dreptałam po Bałkanach, zapisałam cały gruby zeszyt spostrzeżeniami. Nigdy wcześniej ani nigdy później tego nie robiłam, choć nigdy wcześniej ani później nie odbywałam takich prawdziwych podróży z plecakiem, mapą, gdziekolwiek, jak i czym popadnie. Tylko tę jedną dziką wyprawę miałam potrzebę opisać. Byłam więc szanującym się podróżnikiem (:

    • No bo coś w tym jest – nawet jeśli miałoby to być pisanie tylko dla siebie, to jedyna taka wyprawa w życiu nie może ulec zapomnieniu – a najlepiej się utrwala poprzez słowa. Ciekawa jestem Twoich zapisków, bo na Bałkanach mogło się wiele dziać zarówno pod względem widoków jak i przeżyć… 🙂

Skomentuj Justyna (Owca z Książką) Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *