„W cieniu minaretów. Oman” – Marek Pindral

W cieniu minaretów. Oman, Marek PindralChciałabym wierzyć, że człowiek który posiadł pewną wiedzę na dany temat, staje się lepszą osobą. Najlepiej, gdyby ta nauka dotyczyła jednostek, które się ze sobą spotykają. Jeśli wiem wiele o drugim człowieku, to byłoby sprawiedliwe, gdyby on też się mną interesował. Podobnie jeśli chodzi o grupy ludzi różnych narodowości i wyznań. Im więcej się o nich dowiadujemy, tym mniej mitów i stereotypów uznajemy na ich temat. Jest to szczególnie ważne teraz, kiedy świat tak bardzo obawia się aktów terroru i przemocy. Czytaj dalej

„Jeep. Moja wielka przygoda” – Tony Halik

Jeep, Tony HalikNiedziele z dzieciństwa kojarzą mi się z programem „Pieprz i wanilia”. Wtedy to było takie okno na świat, w PRL-u przecież nie można było swobodnie podróżować. Kiedy więc sięgnęłam po książkę „180 000 kilometrów przygody” wręcz słyszałam w głowie narrację prowadzoną przez Tony’ego Halika – kto pamięta, doskonale wie, o co mi chodzi. Tym razem udało mi się przeczytać inną opowieść o tej samej wyprawie: „Jeep. Moja wielka przygoda”. Czytaj dalej

„Dziesięć bram świata” – Tadeusz Biedzki

Dziesięć bram świata - Tadeusz Biedzki Najnowsza książka Tadeusza Biedzkiego, „Dziesięć bram świata” zabrała mnie w podróż do miejsc, które nie pojawiają się zbyt często w ofercie biur turystycznych. Autor, znany podróżnik, pisarz, dawniej reporter „Polityki” czy „Przeglądu Tygodniowego”, już w „Zabawce Boga” starał się opowiedzieć o świecie, który zwiedził, ale posłużył się fikcją literacką. Tym razem jednak otrzymujemy zapiski z podróży, w których ważniejsi niż miejsca, są ludzie, których autor napotyka na swojej drodze.

Co może łączyć Izrael, Mali, Etiopię, czy Indie? Wszędzie tam żyją ludzie, których nie zobaczymy w telewizji, czy innych mediach. Ich historie nigdy do nas docierają, a przecież pochodzą z krańców świata, w których zderzają się różne kultury, religie – jednak z jakiegoś powodu są uznane za mało atrakcyjne. Czytaj dalej

„Fotel czasu” – Anna Czerwińska-Rydel

Fotel czasuMałe problemy techniczne nieco wybiły mnie z rytmu. Oprócz tego wyjechałam na wakacje i nie zabrałam ładowarki do sprzętu komputerowego. Hmmm, może była to jakaś mała podpowiedź od podświadomości? Oczywiście nie zapomniałam o czytaniu – zwłaszcza dzieciom, więc powoli wracam do świata moli książkowych.

Co zrobić, żeby dzieci lubiły historię? Albo zainteresowały się biografią osoby żyjącej w XIX wieku, czyli na długo przed dinozaurami? Anna Czerwińska Rydel w swej książce „Fotel czasu” postanowiła przybliżyć młodym odbiorcom postać Aleksandra Fredry. Jednak nie napisała typowej biografii, a powieść trzymającą młodego czytelnika w napięciu.

Jedenastoletni Olek pewnego dnia traci głos. Na szczęście jego ojcie jest lekarzem, więc diagnoza zostaje postawiona niemal natychmiast – angina. Problem polega na tym, że lada dzień na świat ma przyjść braciszek Aleksandra. Dlatego Olek musi pojechać na kilka dni do swojej prababci.

Chłopiec nie jest zadowolony z tego, że będzie starszym bratem. U buni może się jednak spodziewać najpyszniejszych bułeczek domowej roboty, a to chociaż jakieś pocieszenie. Natomiast, kiedy usiądzie na zielonym fotelu swego prapraprapradziadka Aleksandra Fredry, stanie się coś niesłychanego. Przeniesie się w czasie. Prosto do domu, w którym na świat  przychodzi właśnie przyszły komediopisarz.

Główny bohater odbywa kilka takich eskapad w czasie. Będzie świadkiem ważnych wydarzeń w życiu hrabiego Aleksandra. Nie wszystko jedenastoletni Olek jest w stanie zrozumieć, wtedy po powrocie z podróży z pomocą przyjdzie babcia. Ona pomoże zrozumieć chłopcu epokę, archaiczne wyrażenia, wyjaśnić nazwy potraw, czy też opowiedzieć o modzie i zwyczajach panujących w XIX stuleciu.

W powieści ?Fotel czasu? autorka przemyca nie tylko mnóstwo ciekawostek o Aleksandrze Fredrze, ale zarysowuje obraz epoki, opowiada o życiu codziennym i jest to tak podane, by zainteresować czytelnika. Nie zabraknie też w tej opowieści pozytywnych emocji, ale autorka nie pominie tego co smutne. Pisze o śmierci Marianny – matki Aleksandra, która osieroci trzynastolatka. Oprócz tego poznamy epizod wojskowy z życia Fredry, czy dowiemy się jak przez krytykę i publiczność zostały przyjęte pierwsze jego komedie.

Książkę dopełniają subtelne ilustracje Doroty Łoskot-Cichockiej. Kiedy bohater przenosi się w czasie, są naszkicowane na beżowym papierze, ale dla spostrzegawczych czytelników znajdzie się zawsze niespodzianka, czyli przedmiot ze współczesności, niepasujący do epoki. Można nie tylko śledzić tekst, ale i poszukać tych wszystkich rzeczy. Dla dzieci, jak się okazuje, nie wszystko jest oczywiste – np. plastikowa butelka wody mineralnej w XIX stuleciu jakoś nie przeszkadzała moim pociechom, telefon komórkowy już bardziej.

Czy dzieciaki znają twórczość Aleksandra Fredry – tę przeznaczoną dla młodszych odbiorców? Najczęściej nie mają świadomości, co też takiego stworzył ten autor. Kiedy jednak przeczytają dodatek zamieszczony na końcu książki, czyli kilka bajek autorstwa komediopisarza: np. „Małpa w kąpieli”, czy „Paweł i Gaweł”, dojdą do wniosku, że słyszały parę utworów. Moje dzieciaki przekonała historia o podróży w czasie. Teraz, gdy sześcioletni syn widzi stare, czarno-białe zdjęcie, pyta, czy to fotografia Aleksandra Fredry. Starsze dzieci, które mają lekcje historii, dzięki książce „Fotel czasu” mogą uzupełnić swoją wiedzę, dowiedzieć się czegoś, czego nie znajdą w podręcznikach. Przy okazji będą się dobrze bawić.

Dziękujemy za książkę Wydawnictwu Bernardinum.

„W szarym habicie i czarnym kapturze czyli jak cystersi Pelplin budowali” – Anna Czerwińska-Rydel

W szarym habicieTym razem historia regionalna i w dodatku dla dzieci. Autorkę książki „W szarym habicie i czarnym kapturze, czyli jak cystersi Pelplin budowali” – Annę Czerwińską-Rydel znamy z opowieści o Matyldzie („Tajemnica Matyldy” oraz „Marzenie Matyldy”). O tym, że jest cenioną pisarką świadczą liczne nagrody i fakt, że jej teksty pojawiają się w podręcznikach szkolnych do języka polskiego.

Opowieść przenosi nas do malutkiej średniowiecznej wsi, w której żyje Szymek. Chłopiec mieszka z bliskimi w ubogim gospodarstwie. Pomaga rodzicom, a w wolnych chwilach się bawi. Zmartwień w domu jest sporo, bo choć ojciec zna się też na rzemiośle, to wystarczy jedno gradobicie, by rodzina stanęła przed widmem głodu.

Sytuację ratuje pewien mnich – Jan, który postanawia pomóc Szymkowi i jego rodzicom. W Pogódkach mieszkają cystersi, ale te tereny im się nie podobają, bo w okolicy panuje „morowe powietrze”, dlatego postanawiają przenieść się do Pelplina. Tam właśnie zbudują opactwo. Mnisi w szarych habitach potrzebują wielu pomocnych dłoni. Rodzina Szymka przeniesie się w inne miejsce, by pracować dla mnichów przy budowie katedry. Jak się potoczą losy małego Szymka? Kim zostanie w przyszłości? Co spotka miłującego muzykę mistrza Jana? Tego właśnie dowiedzieć się można z książki „W Szarym habicie i czarnym kapturze”.

Dlaczego sięgnęliśmy akurat po tę pozycję? Po pierwsze jej akcja toczy się w znanych nam miejscach. Po drugie dzieci dowiadują się z niej kim byli mnisi, jak kiedyś żyli i w jaki sposób budowano świątynie. W Pelplinie znajduje się jedna z największych świątyń gotyckich w Polsce. Ważne jest też, że młodzi odbiorcy poznają życie codzienne ludzi żyjących w epoce średniowiecza, z punktu widzenia małego chłopca, dzięki temu opowieść staje się im bliższa, bardziej zrozumiała. Może dzięki tej lekturze w przyszłości polubią „Imię róży” Umberto Eco?

Na końcu książki znajduje się słowniczek trudnych pojęć, umieszczono plan opactwa i katedry w Pelplinie. Można się dowiedzieć z książki jak wyglądał plan dnia cysterskiego mnicha (te jutrznie, prymy i nony), podano najważniejsze daty z historii Pelplina. Przybliżono też odbiorcom perły tej miejscowości – warto pamiętać o słynnej Biblii Gutenberga, którą warto obejrzeć w Muzeum Diecezjalnym.

Historia „W szarym habicie i czarnym kapturze” może być uzupełnieniem lekcji historii. Dzieciaki w czwartej klasie szkoły podstawowej poznają elementy historii średniowiecza, a ta opowieść przybliża dzieciom te czasy. Nieco problemów sprawił moim pociechom język, którym posłużyła się autorka. Jest on nieco archaiczny, szyk zdania różni się od tego współczesnego. Z drugiej strony, dzięki temu dzieci zrozumiały, że i język ewoluuje, wiąż się zmienia. Najważniejsze dla nas było, że akcja tej opowieści dzieje się na naszym Kociewiu.

Dziękujemy Wydawnictwu Bernardinum za książkę.

„180 000 kilometrów przygody” – Tony Halik

180 000 kilometrów przygodyWychowywaliście się na książkach podróżniczych? Ja zaczynałam od opowieści snutych przez Centkiewiczów, Fiedlera, a nawet Sienkiewicza… Odkrywałam nieznane lądy, ale ilustrować je mogła jedynie moja własna wyobraźnia. Dlatego w tych książkach warstwa opisowa była niezwykle ważna i rozbudowana.  Aż tu nagle w telewizji pojawił się Tony Halik i Elżbieta Dzikowska. Oni wreszcie pokazali mi jak wyglądała ziemia, po której podróżowali.

Jako, że jeszcze trochę pamiętam programy typu: „Pieprz i wanilia”, chciałam je skonfrontować z książkami Tony’ego Halika. Udało mi się sięgnąć po „180 000 kilometrów przygody”, czyli opowieść o podróży po Ameryce Południowej i Łacińskiej. Niezwykła jest jakość zdjęć, które zostały wykonane w latach 1957-1962. Mimo to, że nie istniała jeszcze fotografia cyfrowa, redaktorom tej pozycji udało się tak wybrać zdjęcia, że niemal nie zauważamy, że powstały one ponad pięćdziesiąt lat temu.

Wyprawa Tony’ego Halika rozpoczęła się w Buenos Aires. Pewnego upalnego dnia, autor stwierdził, że jest mu w tym miejscu zbyt duszno i postanowił ruszyć z żoną Pierrette w daleką podróż. Najpierw ku Ziemi Ognistej, a potem prosto na północ w kierunku Alaski. Kiedy wrócili po czterech latach, licznik ich jeepa wskazywał 182 tys. kilometrów. Podczas wyprawy na świat przyszedł Ozana – syn podróżników. Nie będę się zbytnio rozwodziła nad psem, czy ekwipunkiem potrzebnym podczas takiej wyprawy. Jeep miał udźwignąć 750 kg, a wiózł 2550 kg. Warto wspomnieć o wynalazku Halika – pralce. Zrobiona z puszki po konserwach (jak wyobrażam sobie większej niż współczesne), wypełniona wodą, mydłem i bielizną, podskakiwała na dziurach umocowana na zewnątrz wozu. Proste, a jakże praktyczne.

Mały Ozana pojawił się na świecie w drugiej części podróży. Niesamowite, że bohaterowie tej książki nie przerwali wyprawy. Poradzili sobie z malutkim brzdącem w surowych i trudnych warunkach. Dotarli tam, gdzie i dziś nie jest łatwo przetrwać. Przyglądali się człowiekowi, który odbierał złoto morzu. Był to odwet za to, że woda zabrała mu żonę, dobytek i przyjaciela. W Argentynie razem z Halikiem poznajemy gauchos – argentyńskich pasterzy bydła. Na pustyni Atacama podróżnicy ratują życie ofiarom wypadku samochodowego. A to dopiero początek przygód, które spotkają członków wyprawy.

Tony Halik zabiera miłośników przygód do kopali złota oraz szmaragdów. Przybliża czytelnikowi historię Inków, by potem pokazać pozostałości dawnych cywilizacji. W latach pięćdziesiątych były to wciąż mało znane miejsca. Nawet zdjęcia Macchu Picchu nie są sztampowe, bo przedstawione z nieco innej perspektywy.

Książkę czyta się z przyjemnością. Autor nie spisał swej podróży w sposób chronologiczny, czy w formie dziennika. Każdy rozdział dotyczy jakiegoś miejsca, innej historii. Przyznam, że zaskoczyło mnie to, że panamskie kapelusze produkowane były w połowie XX wieku w Ekwadorze. Jeżeli ktoś zna programy telewizyjne tego podróżnika, będzie potrafił, czytając książkę, wręcz usłyszeć Halika i ten charakterystyczny sposób, w jakim snuł opowieści. Bo historie, które zostały przedstawione, mają być pewnego rodzaju popisem stylu podróżnika. Halik buduje napięcie opowieści, by zainteresować czytającego mrożąc jego krew w żyłach.

Dzięki „180 000 kilometrów przygody” można łączyć przyjemne z pożytecznym. Z jednej strony poznamy historie opisywanych miejsc. Z drugiej, słuchamy opowieści pełnych emocji, opowiedzianych barwnym językiem, okraszonych dużym poczuciem humoru. Niektóre sytuacje mogą dzisiaj być kontrowersyjne – jak choćby sadzanie dziesięciomiesięcznego synka na samochodzie, przy niedawno ustrzelonym jaguarze. Ale może przez to historie są bardziej autentyczne? Widać też, że Tony Halik był pewnego rodzaju wzorem dla Wojciecha Cejrowskiego, który przecież przebywał w podobnych miejscach, ale kilkadziesiąt lat później.

Dziękuję Wydawnictwu Bernardinum za książkę.