Kanadyjską pisarkę, Madeleine Thien, zauważyła sama Alice Munro. Kiedy sięgniemy po książkę „Nie mówcie, że nie mamy niczego”, szybko zrozumiemy dlaczego tak się stało i to nie tylko z tego powodu, że powieść została nominowana do prestiżowej Nagrody Bookera. Autorka opowiada o trzech pokoleniach Chińczyków. Poznawanie ich losów pozwala przyjrzeć się współczesnej historii Chin, a także poznać prawdziwe oblicze systemu totalitarnego.
Sam tytuł powieści to cytat z chińskiej „Międzynarodówki”. Słowa napisane przez francuskiego poetę Eugeniusza Pottiera okazały się ważne dla wszystkich, którzy walczyli o sprawiedliwość społeczną. Z czasem stały się hymnem śpiewanym przez komunistów, anarchistów, ludzi o lewicowych poglądach. Te chlubne ideały do tej pory nie zostały zrealizowane nawet przez tych, którzy w czasie przejmowania władzy, śpiewali słowa tej pieśni oraz głosili, że oto zaczynają się rządy ludu. Górnolotne hasła okazały się zwykłymi komunałami.
W książce „Nie mówcie, że nie mamy niczego” poznajemy losy dwóch chińskich rodzin. Ich historia nie została przedstawiona chronologicznie, więc podczas lektury stopniowo ją sobie układamy. Poznajemy najmłodszą przedstawicielkę rodu, Marie Jinag, która mieszka wraz z matką w Kanadzie. Początkowo nic nie wie o swojej rodzinie. Zaczyna swoją opowieść od bardzo mocnego akcentu: „Ojciec opuścił nas dwukrotnie w ciągu jednego roku. Po raz pierwszy, aby zakończyć swoje małżeństwo, i po raz drugi, gdy odebrał sobie życie.”. Co takiego się wydarzyło, że zdecydował się na ostateczny krok?
Odkrywając jego historię, dziewczyna poznaje lepiej swoich bliskich i dowiaduje się, jak wyglądało życie w Chińskiej Republice Ludowej. Do jej domu trafia studentka Ai-Ming, która uciekła z kraju, po wydarzeniach na placu Tiananmen w 1989 roku. W ten sposób zaczynamy dostrzegać powiązania tych dwu rodzin. Ojcowie dziewcząt byli uzdolnionymi miłośnikami muzyki, którzy w związku z sytuacją polityczną, nie mogli robić tego, co kochali najbardziej. Właściwie mamy do czynienia z trojgiem uzdolnionych muzyków: kompozytorem, pianistą i skrzypaczką. Ludźmi którym odebrano właściwie wszystko – zarówno prawo do tworzenia, jak i do miłości, czy szczęścia.
Widzimy ludzi kochających muzykę, ale w momencie, kiedy reżim Mao rozpoczyna walkę z kulturą, to bohaterowie muszą podjąć najtrudniejsze decyzje z możliwych. Czy uda im się ocalić własne ja? Na jakie poświęcenia są gotowi? Nie ma tutaj łatwych dróg. Jedną z nich jest samobójstwo, inną donosicielstwo, albo poświęcenie ukochanej muzyki, czy ucieczka. Cena jest wysoka, ale tylko tak można ocalić własne życie i najbliższych. Bohaterom nie wolno posiadać własnego zdania, a opresyjny system nie daje nic w zamian, tylko szansę na przeżycie. Najbardziej niebezpieczny jest język, gdyż obowiązuje ten, którym posługuje się system. Literatura czy muzyka posługująca się inną formą staje się przez to niebezpieczna.
Dzięki powieści „Nie mówcie, że nie mamy niczego” Madeleine Thien wkraczamy do opresyjnego świata, w którym nie ma miejsca na indywidualizm jednostki. Bohaterowie jednak są niezależni, choć ukrywają swoją inność. Pojawia się w nich niebezpieczny dualizm. Żeby zachować własną tożsamość, muszą oszukiwać. Zmusza ich do tego system. Tutaj widzimy najgorsze oblicze totalitaryzmu, które w bezduszny sposób odbiera jednostkom prawo do wolności. Trudno nawet sobie wyobrazić, jak wiele istnień pochłonął. Książka Madeleine Thien pozwoli lepiej to sobie wyobrazić, a jednocześnie dostrzegamy jak dochodzi do przeobrażeń, ale nie ma szans na coś lepszego, właśnie z powodu braku zaufania do drugiego człowieka. Kiedy buntują się studenci, inne grupy społeczne się w to nie włączają. Znamy to również z własnego podwórka. Dlatego właśnie po wydarzeniach na Placu Tiananmen nie doszło do demokratycznych przemian, a władze wciąż ukrywają prawdę.
Książka Madeleine Thien jest poruszająca, choćby ze względu na ukazanie dramatycznych losów bohaterów. Widzimy, że wielka historia ma olbrzymi wpływ na jednostki i nie ma od tego ucieczki. Pisarka przedstawia prawdziwe oblicze tego brutalnego systemu, nie pomijając jego absurdów. Jednocześnie widzimy samotność opisywanych postaci, Thien stoi po ich stronie, choć nie skupia się na ich wybielaniu, tylko opowiada o tym, jak trudno dokonywać właściwych wyborów. Nawet jeśli bohaterowie podążają niewłaściwą ścieżką, nie brakuje jej wobec nich empatii. Najważniejszą siłą okazuje się pamięć, to dzięki niej bohaterowie mogą przetrwać.
Dla mnie najważniejsze w tych postaciach było przywiązanie do kultury, takie coś, czego nie można zabrać człowiekowi, co w duszy mu gra i jest stałe.
W interesujący sposób to pokazano – nawet jeśli bohater składał radia w fabryce, to ta muzyka w nim tkwiła i nie pozwoliła się wyrugować.
Aj, Chiny to ogromny kraj z wielką historią. Nie wiem ile książek należy przeczytać, by chociaż odrobinę pojąć niezwykłość Państwa Środka. Pewnie z tego powodu tak rzadko sięgam po literaturę chińską – wiem bowiem, że ile powieści bym nie przeczytał, to obcuję jedynie z fragmentem, maleńką cząstką, wycinkiem. Ale z tego samego względu chińska kultura i dziedzictwo tak fascynują i przyciągają, i kuszą by je poznawać, choćby poprzez literaturę.
Zaskakujące jest to, że władze CHRL chciały wyzbyć się tej wspaniałej kultury, ale na szczęście to się nie udało. Jednak sama próba okazała się przyczyną nieszczęść dla wielu osób, które musiały porzucić to, co do tej pory uważały, za bardzo istotną część życia. Bo jednak ludzie muzyki i sztuki, to indywidualiści – a dla takich osób nie było miejsca za czasów reżimu Mao.