Książek o tej jednej z największych metropolii świata pewnie trudno byłoby zliczyć. Nowy Jork musi wzbudzać tyle różnych emocji, skoro jest miastem o tak wielkim znaczeniu. Jeśli człowiek posiada niczym nieograniczone ambicje, pragnie osiągnąć oszałamiający sukces w biznesie, sztuce, literaturze, mediach, czy modzie, właśnie tam się wybierze. Jak to się stało, że ziemia odkryta przez Europejczyków w 1524 roku, gdzie wiek później handlowano paciorkami, stała się pępkiem świata? Edward Rutherfurd odpowie czytelnikom na to pytanie, ale poprzez opowieści o ludziach, którzy tam żyli od XVII wieku. Polskim czytelnikom autor znany jest już za sprawą powieści „Paryż”, gdzie poznawaliśmy losy mieszkańców i samego miasta od średniowiecza, aż po czasy współczesne.
Dzięki książce „Nowy Jork” przenosimy się do… Nowego Amsterdamu, ponieważ właśnie tak nazywało się to miejsce w 1664 roku, kiedy rozpoczyna się akcja powieści. Holender, Dirk van Dyck ma tu swój dom i prowadzi interesy z rdzennymi Amerykanami. To właśnie im zawdzięczamy słowo Manhattan, pochodzące od indiańskiej nazwy manna hata, oznaczającej wyspę. Główny bohater staje się świadkiem przejęcia faktorii przez Anglików, król Karol II Stuart przekazuje władzę w mieście bratu, który jest księciem Yorku. Dlatego właśnie Nowy Amsterdam zmieni nazwę na Nowym Jork.
Dirk van Dyck ma żonę i dzieci, ale też nieślubną córkę – Białą Łanię. Dziewczynka obdarowuje ojca wampum, tradycyjnym indiańskim pasem, zrobionym z muszli. Ten prezent przetrwa w rodzie holenderskiego kupca przez kolejne wieki i staje się osią powieści, nitką po której śledzimy losy bohaterów. Następne pokolenia van Dycków nie będą znały całej historii pasa, ale będzie on dla nich symbolem szczęścia. Potomkowie holenderskiego handlarza skór starają się odnieść sukces, pomnażają pieniądze, które otrzymują w spadku, ale zawsze czyha na nich mnóstwo pułapek.Czy każdemu z nich uda się utrzymać status społeczny i majątek?
Opowieść o mieście byłaby uboga, gdyby skupiała się jedynie na rodzie najbogatszych kupców. Oprócz tego śledzimy losy niewolników, włoskich i żydowskich emigrantów. Na naszych oczach miasto się rozrasta. Obserwujemy przemiany jakie w nim zachodzą od wewnątrz i te zewnętrzne – polityczne. Przez pryzmat Nowego Jorku śledzimy również historię samej Ameryki.
Dlaczego miasto kojarzy się z sukcesem? Okazuje się, że miało swoje wzloty i upadki. Choć niejednokrotnie fortuny upadały, na ich miejscu rodziły się kolejne. Krach na giełdzie nowojorskiej miał miejsce kilkakrotnie, miastu groziło bankructwo w 1975 roku, a mimo to zawsze udawało mu się podnieść z upadku. Widzimy jak „Wielkie Jabłko” do siebie przyciąga, by jednych w swoim blasku ogrzewać, a innym na to nie pozwolić.
Edward Rutherfurd opowiadając o mieście posługuje się schematem, który poznałam za sprawą powieści „Paryż”. Opowiada o fikcyjnych rodzinach, losach ich kolejnych potomków, jednocześnie czyniąc ich świadkami ważnych i prawdziwych wydarzeń. Poznają oni i spotykają historyczne postacie, słuchają ważnych przemówień oraz oglądają wydarzenia istotne dla miasta i samej Ameryki. Oprócz tego kochają, czują i myślą. Niekiedy popełniają błędy, często też przeżywają dylematy moralne. Bo przecież jeśli ktoś uważa, że niewolnictwo jest złe, to czy powinien handlować z plantatorami, którzy wykorzystują pracę niewolników? Jednak jeśli zrezygnują z takich interesów, to przecież grozi im bankructwo. Jak postąpić w takiej sytuacji?
Przyznam, że z przyjemnością poznawałam historię Big Apple, poprzez śledzenie kolejnych pokoleń mieszkańców tego miasta. Obserwowałam bohaterów, a jednocześnie widziałam rozwój metropolii, która rosła i rozwijała się niemal w oczach. Dowiedziałam się, jakie są źródła znanych nazw typu Wall Street (był tu mur, który chronił przed Indianami, potem handlowano tam niewolnikami). Bałam się, że autor skupi się przede wszystkim na sprawach finansowych – przecież w Nowym Jorku próbowano realizować mit „Od pucybuta do milionera”. Dlatego miasto rozrastało się w niesamowitym tempie. Przyciągało jednak też tych, którzy pragnęli wolności. I ta idea właśnie miała szansę na realizację w Ameryce. Nowy Jork fascynuje oraz kusi od kilku stuleci. Po lekturze tej powieści, dowiemy się dlaczego tak się działo (i dzieje).
Lubię powieści, w których oś wydarzeń kreowana jest wokół danego przedmiotu czy budowli. Podoba mi się także idea prezentowania wielkich wydarzeń z perspektywy ludzi maluczkich. Książka sprawia wrażenie godnej czytelniczej uwagi 🙂
Znamy z reguły historię kraju, narodu – ale rzadziej miejsca. A tu właśnie otrzymujemy opowieść o miejscu, choć równie ważni są ludzie.
Lumpeksowe szczęście przyprawiło mnie o „Sarum” tegoż autora, czyli podobną przypowieść, ale o angielskim Salisbury. Podobało mi się bardzo, więc i po „Nowy Jork” chciałbym sięgnąć.
„Sarum” chyba jeszcze nie zostało wydane po polsku, więc pewnie przyjdzie mi trochę poczekać na lekturę tej pozycji. Autor wyspecjalizował się w tego typu książkach – pisze powieści historyczne o miejscach, ale pokazuje je przez pryzmat ludzkiego losu.
Nie wiedzieć czemu myślałam, że „Nowy Jork” i „Paryż’ to książki popularnonaukowe, a to powieść, o! Niezłe zaskoczenie 🙂 Może kiedyś po nie sięgnę, bo wielowątkowa opowieść o mieście brzmi zachęcająco.
Pingback: Podsumowanie stycznia | Książkowe światy - moje recenzje książek