Jak często zaglądacie do muzeów? Instytucje kultury kojarzą się wielu z nas jako miejsca, w których niewiele nie dzieje, a w czasie zwiedzania potrzebne są specjalne kapcie, by nie niszczyć starych parkietów. Dzisiaj muzea są jednak zupełnie inne. Nie brakuje w nich elektroniki, współczesnej technologii, byle tylko przyciągnąć potencjalnych nabywców biletów. Heather McGowan zabierze nas za sprawą powieści „Przyjaciele muzeum” do takiej instytucji, w której życie aż kipi, a dzieła sztuki stanowią tło dla niezwykle dynamicznej akcji.
Zapomnijmy na początek o głównym bohaterze powieści. Jest nim samo muzeum. To w nim przewinie się wiele pozostałych postaci. Od dyrektorki Diane, poprzez prawnika Henry’ego, kucharza i wielu innych osób, bez których muzeum nie mogłoby funkcjonować. W Nowym Jorku takich szacownych miejsc jest wiele, a w całym kraju jeszcze więcej. Funkcjonują one nieco inaczej niż w Polsce. Konkurują ze sobą, walczą o darczyńców, wzbogacają swoje kolekcje. Wszędzie jednak są potrzebne pieniądze na utrzymanie takiego muzeum. To, którym kieruje Diane Schwebe, właśnie przeżywa poważny kryzys.
Akcja powieści rozgrywa się w ciągu dwudziestu czterech godzin, niemal tak jak grecka tragedia. Tyle że bohaterów przewija się znacznie więcej. Poznajemy pracowników muzeum, ale też jego sponsorów. Ten jeden dzień zdecyduje o losach wielu ludzi. Wieczorem ma się odbyć doroczna gala darczyńców. Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, by Diane mogła okrzyknąć sukces. Czy jej się to uda?
Bohaterowie zmieniają się, a minuty płyną. Podczas lektury nieustannie zmieniamy perspektywę. Przenosimy się z jednej sali muzealnej do drugiej, z biura do kuchni, itp., by zobaczyć, co trapi te osoby, albo o czym myśli dana postać. Początkowo trudno nadążyć za poznanymi bohaterami. Co rusz ktoś inny się pojawia, a my zastanawiamy się, dokąd nas zabierze i co wniesie do tej opowieści.
Czytając książkę „Przyjaciele muzeum” z jednej strony chcemy się dowiedzieć, czy uda się zapobiec nadciągającej katastrofie. Wszystko zapowiada bowiem, że nowojorskie muzeum znalazło się w wyjątkowo nieciekawej sytuacji zarówno finansowej, jak i pod względem eksponatów, które niekoniecznie są tak autentyczne, jak się wydawało pracownikom. Ktoś może przez to stracić pracę, albo popaść w jeszcze gorsze kłopoty prawne.
Podczas lektury śledzimy kolejne postacie, ale widzimy nie tylko ich pracę, lecz przyglądamy się ich nastrojom, wyborom życiowym, poznajemy ich motywacje oraz rozterki. Na polu emocjonalnym wiele się dzieje, często na przekór temu, co wydaje się osobom postronnym. Niekiedy w bohaterach aż się gotuje. W dniu, w którym ma odbyć się ważna uroczystość, wiele spraw wyjdzie na jaw. Nie wszystko jednak odbędzie się zgodnie z planem. Ludzie związani z kulturą, bogacze, wszyscy ci, którzy nazywają siebie przyjaciółmi muzeum odsłaniają swoje prawdziwe oblicze. Milczącym świadkiem kalejdoskopu zdarzeń oraz emocji będą eksponaty. Dzieła sztuki (prawdziwe i fałszywe) trwają niewzruszone, to człowiek okaże się mało stabilnym elementem w tej zależności.
„Przyjaciele muzeum” Heather McGowan odsłaniają w satyryczny sposób różne oblicza instytucji sztuki. Nie zawsze jest ono takie szacowne, jak się na pozór mogło wydawać. Pod warstwą piękna dzieła ukrywa się niekiedy całkowite zepsucie człowieka. Znajdziemy w tej powieści także warstwę obyczajową, choć autorka pisze o ludziach w sposób wymagający od czytelnika uwagi. Wachlarz postaci przywodzi na myśl gotowy scenariusz na film, w którym wartka akcja nie pozwala oderwać na chwilę oczu od tego, co się dzieje, by nie stracić ważnych wątków opowieści. Wyobrażam sobie tę historię na srebrnym ekranie nakręconą tak, jak serial „Dojrzewanie”, w którym kamera podążą za bohaterami w zasadzie bez cięć. Wszystko po to, by znaleźć się za kulisami muzeum.
PS Powieść na język polski przełożył Tomasz Bieroń.