Po tym, jak zetknęłam się po raz pierwszy z prozą Jakuba Maleckiego, niecierpliwie czekam na kolejne książki autora. Powieść „Dygot” sprawiła, że nie sposób przejść obojętnie obok kolejnych tytułów. A właśnie w tym miesiącu premierę miała powieść „Saturnin”. Historia, w której otrzymujemy wszystko to, za co tak bardzo cenię twórczość tego młodego wciąż pisarza, a przecież dojrzałego w tym, co tworzy. Jeśli książki „Ślady”, „Dygot” oraz „Rdza” trafiły w Wasz czytelniczy gust, to najnowsza powieść Jakuba Małeckiego powinna zaspokoić te oczekiwania, zwłaszcza że mamy do czynienia z nawiązaniami do rodzinnej historii autora.
Jednym z głównych bohaterów jest tytułowy Saturnin. Dorosły mężczyzna, pracujący w Warszawie. Zajmujący się nie do końca tym, co sobie wymarzył. Chciał zrobić karierę sportową. Zresztą wszystko wskazywało na to, że uda mu się to osiągnąć. Już w młodym wieku, jako junior, roznosił konkurencję. Podnoszenie ciężarów nie sprawiało mu takich kłopotów, tak jak innym. A jednak trzydziestoletni Saturnin nie przypomina tamtego młodego sportowca, uważa się za człowieka, któremu nic nie wychodzi – prócz nadwagi.
Pewnego dnia telefon z rodzinnego domu wyrywa go z tej rutyny, która pozwala przetrwać mu to samotne życie. Okazało się, że zniknął jego dziadek. Nikt nie ma pojęcia, gdzie mógł się udać. Ten niemal stuletni staruszek wziął samochód swojej córki, i ślad po nim zaginął.
Saturnin decyduje się udać do matki. Wraca do miejsc z młodości, co przywołuje wspomnienia. Wychowywał się w Kwilnie, a do szkoły średniej dojeżdżał do Radziejowa. Przez błąd w bilecie miał wrażenie, że te dwie miejscowości są jak dwie inne rzeczywistości: magiczną i zwyczajną. Jednak w świecie dorastającego Sturnina nic nie było normalne. Jego nadwrażliwość potęgowały jeszcze trudne relacje rodzinne. Został wychowywany przez matkę i dziadka, ze świadomością istnienia nieobecnego i nieangażującego się w wychowanie ojca.
Jako dziecko nie rozumie nic z tego, co się wokół niego dzieje. Nikt mu nie tłumaczy, dlaczego rodzice nie są razem, dlaczego dziadek zachowuje się w dziwny sposób. Dlatego Satek wyjaśnia sobie, że to wszystko przez niego. Z jego powodu rodzice się rozstali, przez niego wszyscy są milczący i nieobecni. Postanawia zwrócić na siebie uwagę, bo niczego bardziej nie pragnie, jak być akceptowanym. Czy to przez rówieśników, czy najbliższych. Wszystko, co dzieje się wokół niego, tylko utwierdza go w przekonaniu, że jest wybrakowany. Według Satka źródłem jego problemów są… piegi.
Jakub Małecki ma dar opowiadania historii, które wkraczają do świata, gdzie na co dzień nikt nie zagląda. Zwyczajni ludzie, żyjący gdzieś na prowincji, mają jednak sporo do powiedzenia. Ich losy naznaczone są cierpieniem, a pisarz z cierpliwością i czułością je przedstawia, oddając głos swoim bohaterom. Tu nawet nieżywi przemówią i otrzymają możliwość wypowiedzi. Saturnin nie wie nic o sobie. Nie zna nawet pochodzenia swojego imienia. Nikt nie chce opowiadać o przeszłości, bo ta okazuje się zbyt bolesna. Nawet wiele dziesięcioleci po tym, jak doszło do tragicznych zdarzeń, które zmieniły jego dziadka na zawsze. Tadeusz w czasie wojny zobaczył jej najgorsze oblicze. Nic dziwnego, że nie potrafił o tym mówić.
W powieści „Saturnin” istotne są emocje. Jakub Małecki pozwala swoim bohaterom czuć i w sposób niezwykle intymny oddaje ich uczucia. Czujemy się dopuszczeni do tajemnicy, gdy wreszcie bohaterowie zdecydują się odkryć przed nami swoje trudne doświadczenia i dopiero wtedy w pełni rozumiemy motywację ich postępowania. Autor nadaje tej opowieści oniryczny charakter, co nadaje magii tej historii, ale pozwala też złagodzić najtrudniejsze momenty. Trzy pokolenia i trzy różne rzeczywistości, ale każda z nich została świetnie oddana. Otrzymujemy wyjątkową historia zwyczajnych ludzi z intrygującym nawiązaniem do rodzinnej historii autora.
Ech, muszę zacząć nadrabiać braki związane z prozą Małeckiego. Od której książki sugerujesz rozpocząć znajomość z tym pisarzem?
Myślę, że warto spróbować od „Rdzy” – pierwszej książki, po której Jakub Małecki zyskał szersze uznanie.
Widzę, że nie tylko ja jeszcze nie znam Małeckiego. Co za ulga 😉