„Świata jest za dużo” – Olga Tokarczuk

Świata jest za dużo, Olga TokarczukKiedy biorę do ręki powieść Olgi Tokarczuk „Świata jest za dużo” od razu czuję jej ciężar, dosłowny. Waży całkiem sporo, na tyle żeby zdać sobie sprawę, że naprawdę dostajemy wielką opowieść. Jednak znacznie ważniejsze jest to, co się skrywa pomiędzy okładkami, a nie ilość stron. Najnowsza powieść Noblistki z pewnością będzie zagrzewała do dyskusji. Warto przeczytać „Świata jest za dużo”, nie tylko by się wypowiedzieć na temat książki, ale wyrobić rzetelne zdanie na jej temat. Postanowiłam przeczytać powieść  od deski do deski bez żadnej zachęty. Zupełnie wystarczył mi fakt, że laureatka Literackiej Nagrody Nobla wydała powieść. Książka miała swoją premierę czternastego października 2026 roku i ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego, a ja, jak tylko mogłam, zagłębiłam się w lekturze.

Akcja tej historii rozpoczyna się we Wrocławiu w 1945 roku. W marcu na jedną z kamienic spada bomba. Na szczęście nie wybucha, więc ludzie postanawiają zamieszkać w pokojach kamienicy. Kim są mieszkańcy tego domu? Co robią we Wrocławiu? To już kolejna kwestia, której będziemy się przyglądać przez całą opowieść. Poznamy losy przesiedleńców, którzy z wielu powodów musieli ruszyć w nieznane, a trafili na ziemie, które propaganda komunistyczna nazwała odzyskanymi.

Stary świat się skończył, dla wielu zaczyna się coś nowego. Nie oznacza, że ludzie otrzymali czystą kartę i zapominają o przeszłości. Niektórzy z jakiegoś powodu zmieniają tożsamość, nie przyznają się do wcześniejszych imion i nazwisk. Inni stracili kontakt z bliskimi. Nie wiedzą, czy zmarli, czy żyją, ponieważ zawieruszyli się w wirze wojny. Poszukiwania będą częścią ich działań, choć nie wszyscy zaginieni chcą być odnalezieni.

Wojna się skończyła, ale zaczął się czas nowych niebezpieczeństw. To, że ktoś przeżył, wcale nie oznacza, że z dnia na dzień będzie mu tylko lepiej. Z jednej strony widzimy, że postacie mają w sobie ogromną siłę woli, by ich życie trwało, choć z drugiej strony często ciągnie się za nimi bolesna smuga przeszłości. Ona nie pozwala zapomnieć, co działo się wcześniej, co dotknęło bohaterów. A doświadczenia były niezwykle trudne. Sama wędrówka z jednego miejsca do tego, jaki uznamy za docelowy, była pełna niebezpieczeństw i szczęśliwych zbiegów okoliczności. Życie płynie falą, a ci którzy przetrwali, dali ponieść się nurtowi, który wyrzucił ich w nowym miejscu. Zresztą rzeki są tu ważne, gdyż sama opowieść rysuje się w granicach od Dniestru po Odrę, choć zabierze nas również na drugi koniec świata np. do Buenos Aires.

Losy bohaterów poznajemy za sprawą niezwykłej narracji, bo zbiorowej. Mówią do nas „nieurodzeni”, co nadaje tej historii nową perspektywę. Patrzymy na opisywanych bohaterów z pewnego dystansu, ale także dostrzegamy dodatkowy wymiar. Nie wszystko dzieje się tu racjonalnie, przekracza niekiedy ludzkie pojmowanie. Niektórzy bohaterowie czują więcej, a dzięki pewnej kuli rozumieją, że każdy ich wybór zmienia los. Narracja często zastanawia się nad różnymi wersjami przyszłych zdarzeń. Czy nasi bohaterowie mają szansę na wybór tej najlepszej?

W powieści pojawia się wątek zaginionego dzieła Brunona Schulza. Poznamy bohaterów, którzy mają dostęp do maszynopisu „Mesjasza” i widzimy, jak mogłyby potoczyć się losy tej książki. Odkrywamy nawet pewne przeróbki Maszynopisu, co daje wrażenie, jakbyśmy posiadali dostęp do nieznanego apokryfu i budzi się w nas poczucie straty, ponieważ najprawdopodobniej nigdy nie poznamy zaginionego dzieła Schulza.

Takie postacie jak Nina czy Jakimski przez wojnę tracą swoje korzenie. Bohaterowie znają swoją tożsamość, ale wszyscy zostali wyrwani z miejsca, które uznawali za dom. Ten nowy otrzymają po obcych ludziach. Widzimy poczucie niepewności, ale jednocześnie próby poszukiwania nowego lokum, by wreszcie gdzieś osiąść. Postacie nie chcą żyć tylko przeszłością, pragną, by życie toczyło się dalej. Nie mogą tylko rozdrapywać ran. Choć nic nie jest stałe, bohaterom udało się przetrwać, dzięki umiejętności przystosowywania oraz próbom gojenia ran wewnętrznych.

Kiedy pomyślimy o tym, jakie określenie pasuje do powieści „Świata jest za dużo”, będzie to przymiotnik „monumentalna”. Zaskakująca zbiorowa narracja odkrywa przed nami obraz z innej perspektywy niż zazwyczaj. Mamy wrażenie, że sięgamy głębiej, dotykamy pewnego rodzaju tajemnicy. Nie sposób opowiedzieć wszystkiego, co sugeruje tytuł. Nie opiszemy przeżyć każdej jednostki, nie da się pokazać wszystkiego. A jednocześnie można skupić się na zwykłych ludziach, niekoniecznie żyjących w centrum świata, a na peryferiach, czy w miejscach dopiero co dołączanych do Polski, by pokazać coś niemożliwego. Otrzymujemy indywidualne, a jednocześnie niezwykle różnorodne historie, jaki i pewnego rodzaju zbiorowy obraz rzeczywistości. Oldze Tokarczuk opowiedziała o tym z epickim rozmachem, z wielką wrażliwością wobec człowieka i natury.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *