Szczepan Twardoch został w styczniu laureatem Paszportów Polityki 2012. Jedną z nominowanych książek już czytałam, była to „Szopka” Zośki Papużanki. Teraz kolej na zwycięską powieść.
Akcja „Morfiny” rozgrywa się po klęsce wrześniowej 1939 roku, przede wszystkim w Warszawie. Główny bohater – Konstanty Willemann jest człowiekiem nie stroniącym od alkoholu i innych używek. Nie ma w sobie nic z nieskazitelnego bohatera, walczącego do ostatniej kropli krwi z okupantem.
Kim jest ten syn niemieckiego oficera i Ślązaczki, która zdecydowała się być Polką? Na początku to pytanie nie jest zbyt ważne dla Konstantego. Liczy się życie bon vivanta i buteleczka morfiny, która spycha go na samo dno – najczarniejsze z możliwych. Zdradzanie żony, bratanie się z żydowską prostytutką w oparach morfiny, walka o narkotyki stanowią dla niego podstawę egzystencji.
Willemann tak naprawdę jest nikim. Choć pragnie wygody w życiu, staje się masą, którą kształtują kolejne kobiety na jego drodze. Zaczynając od matki. Ona decyduje, że jej syn stanie się Polakiem. Kiedy wybucha wojna, Konstanty bierze udział w działaniach wojennych w pułku ułanów. Żona Helena – prawdziwa matka Polka – sprawia, że uczestniczy w działaniach konspiracyjnych, dając mu do ręki teczkę, którą należy przeszmuglować w określone miejsce.
Podróż po Warszawie wojennej jest niezwykła. Twardoch kreuje ciekawy obraz miasta, jej spelun, których nie ujrzymy w opowieściach martyrologicznych. Odwiedzamy melinę prostytutki Salome. Właśnie takich kobiet szuka Willemann, bo tak mu nakazała matka. Według niej, tylko wtedy stanie się prawdziwym mężczyzną.
Bohater coraz częściej zadaje sobie pytanie w tej podróży o swą tożsamość. Żeby móc stać się Polakiem, przybiera tożsamość Niemca. Później nawet staje się swoim ojcem – arystokratą Baldurem von Strachwitz. Jako oficer niemiecki może wyjechać za granicę z niezwykłą kobietą Dzidzią Rochacewicz i konspirować na rzecz Polski. Towarzyszka podróży – dzięki swej charyzmatycznej osobowości – kształtuje mężczyznę. Kreuje go na nowo. „Jestem Konstanty Willemann” i nikt więcej, tak ostatecznie może nazwać siebie. Dojście do tego momentu zabierze mu spory szmat czasu.
„Morfina” nie jest powieścią o skutkach brania narkotyków. Wraz z bohaterem odbywamy fascynującą podróż w poszukiwaniu tożsamości. Mężczyzna w obliczu wojny musi dojrzeć. I wybrać, kim chce być. Czy Polakiem, czy Niemcem, a może po prostu Konstantym Willemannem – człowiekiem.
Książkę czytałam niemal jednym tchem. Zafascynowały mnie zwłaszcza obrazy silnych kobiet. Fabuła „Morfiny” działa na czytelnika, jak tytułowy narkotyk. Najpierw jest błogość, ale potem trzeba wrócić do rzeczywistości, która nie jest kolorowa. Bohater, choć początkowo nie wzbudza sympatii, zaczyna podczas swej podróży opowiadać o swoim życiu. Staje się nam bliski. Jesteśmy z nim, ale towarzyszy nam jeszcze pewien mroczny byt, któremu trudno nadać imię. Może to śmierć, może zło, albo przeznaczenie? Dzięki temu zabiegowi książka staje się barwna, obfitująca w historie. Pochłonęła mnie całkowicie. To jeszcze nie wszystko. O wartości powieści świadczy fakt, że stawia trudne pytania, ale – na szczęście – nie daje banalnych odpowiedzi. I zostaje na długo w świadomości odbiorcy.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego 🙂