Przepis na życie

Przepis na życieTym razem zdecydowałam się na książkę, aby się rozerwać i dobrze bawić. Tylko nie sądziłam, że wpłynie ona na mój apetyt. Na początek rada dla czytelnika: nie sięgać na pusty żołądek!

Jako, że nie oglądam telewizji, okładka książki niewiele mi powiedziała. Najpierw spojrzałam na tytuł – „Przepis na życie”, potem na autorkę – Agnieszkę Pilaszewską. Coś mi mówiło, że to przecież znana aktorka…, ale że jest pisarką, tego już nie wiedziałam.

Kolejne pytanie, jakie może się nasunąć odbiorcy, jest takie, czy mamy przed sobą powieść, czy książkę kucharską? Wtedy, wystarczy przeczytać wyraźny dopisek pod tytułem: „Powieść” i już wszystko jasne.

Główni bohaterowie są dobrze sytuowanymi mieszkańcamy Warszawy. On – Andrzej jest lekarzem, żona Anka pracuje w firmie farmaceutycznej. Mają szesnastoletnią córkę. Brzmi może ten wstęp zwyczajnie i normalnie, ale oczywiście fabuła za chwilę się skomplikuje. Będzie zdrada, miłość, nienawiść i nowe życie… Wszystko jednego dnia.

Żeby nie odkrywać zbyt wiele, powiem, że główna bohaterka znajdzie się w niesamowicie trudnej sytuacji. Ale dopiero kryzys spowoduje, że będzie musiała na nowo zastanowić się nad tym, czego pragnie od życia, a następnie przebudować je od fundamentów. Czy jej się uda, wiedzą z pewnością fani serialu o tym samym tytule, emitowanym przez tvn.

W książce zaskoczyła mnie jedna rzecz. Anka – główna bohaterka powieści potrafi osłodzić każdemu życie, dzieki doskonałym umiejętnościom kulinarnym. W ten sposób odreagowuje stres, a ma przy tym niezwykły talent. Opowieść Agnieszki Pilaszewskiej należy potraktować jako baśń. Bo choć początki są trudne, jest miejsce na szczęśliwe zakończenie. Olbrzymim plusem książki jest wartka akcja i żartobliwy styl pisania autorki. Myślałam, że może przepisy kulinarne będą mnie denerwować, ale nie drażnią, nie ma ich za dużo –  tyle, by pobudzać apetyt.

Być może po powieść nie sięgną ci, którzy szukają trudnych i ambitnych książek. To historia, która ma nastrajać człowieka pozytywnie do świata i bawić. Sporo zwrotów akcji, wartka fabuła, pozwalają odprężyć się przy lekturze. Do tego poprawiające nastrój przepisy… Warto mieć coś w zanadrzu do konsumowania, bo bez tego nie da się czytać „Przepisu na życie”.

Dziękuję WL za egzemplarz książki 🙂

Jakie wybrać „Opcje na śmierć”?

Niektórzy może już się zetknęli z głównym bohaterem kryminału Jarosława Klejnockiego. Pojawia się on nie tylko w powieści „Opcje na śmierć”, ale i innych książkach tegoż autora. Nie miałam żadnych skojarzeń, czy narzuconych schematów w odbiorze przez to, że nie czytałam poprzednich tomów, zatem nie przeszkadzały mi w w interpretacji.

Nie czytam zbyt często kryminałów. Staram się sięgać po te zaliczane do klasyki. Jednak trzeba przyznać, że ta dziedzina literatury wraca powoli do łask i nie jest już traktowana jako drugorzędna – chodzi mi oczywiście o krytyków, bo miłośnicy kryminału nigdy tego gatunku nie zdradzili.

Komisarz Ireneusz Nawrocki próbuje rozwiązać zagadkę śmierci Włodzimierza Rawy. Czy jest to jedynie wypadek? A może coś więcej, jak sugeruje zaprzyjaźniona pani prokurator. No i jak to się wszystko ma do matactw w świecie finansowym, czy narkotykowym? Ślady prowadzą od Bielska-Białej, Warszawy, a nawet Holandii. Stopniowo odkrywane są kolejne karty, ale czy komisarz rozwiąże zagadkę?

To tyle na temat głównego wątku fabularnego. Pozostają jeszcze kolejne, również ważne, choć dla rozwiązania sprawy nie są najistotniejsze. Nawrocki zastanawia się, czy odejść z pracy po śmierci współpracownika i przyjaciela. Razem z żoną starają się o to, by  stać się rodziną zastępczą dla Krysi.

Jarosław Klejnocki wykreował wiarygodny świat zarówno policyjny i przestępczy. Interesująco pokazał współczesną Warszawę – ze wszystkimi jej wadami w postaci remontów i zaletami, czyli ciekawymi knajpkami, do kórych kolejno przenosi się komisarz, by porozmawiać z różnymi ludźmi, którzy mają pomóc w rozwiązaniu śledztwa.

Spodobał mi się sam główny bohater. Nie jest typowym gliną – twardym i bezwzględnym. Nawrocki jawi się czytelnikowi jako osoba wrażliwa, potrafiąca wyjść poza stereotyp policjanta. Pali fajkę, jest smakoszem wina, no i na dodatek zna się doskonale na literaturze, choć woli klasykę od współczesnego pisarstwa.

Jarosław Klejnocki prowadzi swoistą zabawę z odbiorcą. On sam pojawia się na łamach swej powieści, jako pracownik uniwersytecki i przyjaciel Ireneusza Nawrockiego. To właśnie  jemu komisarz opowiada tę historię. I nie wiem, czy wymyślili to literaci, czy filmowcy, bo przecież Tarantino też lubi się pojawiać w swoich dziełach jako postać epizodyczna. W obu przypadkach efekt jest ciekawy.

Komisarz Nawrocki zachwycił mnie – miłośniczkę każdego gatunku literackiego (pod warunkiem, że ciekawie napisanego) – swym oczytaniem. Interesująco brzmią monologi wewnętrzne komisarza, w których odnosi się on na przykład do twórczości Stasiuka. Prócz tego bohater posiada dar do wychwytywania pewnych niuansów i błędów językowych współczesnej polszczyzny – np. wyśmiewając nazewnictwo typu „Centra Wanien”, czy „Galerie Supermebli” w odniesieniu do malutkich sklepików.

Jak widać, każdy znajdzie w tej książce coś dla siebie. Jest interesujący wątek kryminalny, ciekawe tło społeczno-obyczajowe, a nawet odniesienia do współczesnej literatury. Dzięki wartkiej akcji przeczytałam kryminał jednym tchem. Potrzebowałam  właśnie takiej książki.

Dziękuję za swój egzemplarz wydawnictwu WL 🙂

„Balladyny i romanse” a popkultura

Balladyny i romanseOd dłuższego czasu miałam ochotę sięgnąć po prozę Ignacego Karpowicza. Wreszcie trafiłam na „Balladyny i romanse”. Najbardziej intrygowało mnie nawiązanie do romantyzmu. Tylko co otrzymujemy oprócz tego?

Poznajemy historie kilkorga bohaterów. Ich losy przeplatają się. To samo wydarzenie widzimy niekiedy z perspektywy kilku osób. Życie tych ludzi w Polsce nie jest zbyt różowe. Nie mają przed sobą perspektyw, nic ciekawego nie może ich w życiu spotkać. A jednak…

Losy postaci splotą się z bohaterami boskimi. Równie ważna w powieści jest sprzedawczyni Olga, jak i bogini Nike, czy jej kochanek Jezus. Po prostu niebo przestaje istnieć, a bogowie zstępują na ziemię, by żyć między zwykłymi śmiertelnikami i ingerować w ich egzystencję. Gdyby samego absurdu było jeszcze mało, to Karpowicz dorzuca odbiorcy ironię oraz tragikomedię.

Z tej mieszanki powstaje monumentalne dzieło, liczące blisko 600 stron. Jednocześnie akcja jest tak wartka, że książkę pochłania się w kilka chwil. Jak to możliwe, że nie męczy przeplatanie bohaterów realnych z nieprawdopodobnymi? Wszystko za sprawą fabuły oraz obrazu, który się wyłania z „Balladyn i romansów”. Można też niekiedy się uśmiechnąć (oczywiście jeśli potrafimy śmiać się sami z siebie).

Jaka wizja wypływa z książki? Otóż pierwsze, co przyszło mi do głowy, to Nietzscheański pogląd, że „Bóg umarł”. U Karpińskiego istnieje, ale traci metafizyczny charakter. Jest na wzór i podobieństwo człowieka, a nie odwrotnie. To bogowie marzą o tym, by stać się ludźmi. Ta przewrotna zamiana doprowadza do zawiązania ciekawej akcji.

Dzięki temu odwróceniu, obnażony zostaje obraz naszej współczesności. Wielokrotnie w powieści mowa o popkulturze. Dlatego bogowie mogą zejść na ziemię, zamknąć niebo i piekło, bo dla współczesnego czlowieka nic nie jest już święte, nie ma żadnych autorytetów. Zostaje pustka i szarość. Wszystko jest płaskie i dwuwymiarowe, bez jakiejkolwiek głębi.

Mimo tego opisywani bohaterowie mają w sobie coś z antycznego piękna. Pozostaje również jakieś wrażenie tragizmu. Postaci ciągle zdają  sobie sprawę z pustki ich egzystencji. Próbują to jakoś przełamać. Olga nawiąże romans z o wiele od niej młodszym Jankiem. Ten z drobnego rzezimieszka stanie się wrażliwym mężczyzną. Ania pozna prawdziwe oblicze swoich rodziców i pierwszy raz ich doceni, tylko dlatego, że nie będą  się przed nią ukrywać.

„Ballady i romanse” nie wszystkim się spodobają. Do niektórych za to trafi inteligentny i cięty język Karpowicza. Bardzo mi się spodobały  jego ironie i aluzje do wielu religii. W książce opisana zostala współczesna Polska z jej licznymi przywarami i nędzą. To ubóstwo jest zarówno intelektualne, jak i materialne. Gdzie więc szukać nadziei w tej wszechobecnej popkulturze? Karpowicz wskazuje na drugiego człowieka. Dzięki niemu możemy jakoś sensownie egzystować, nawet za cenę ogromnych wyrzeczeń.