Dlaczego zdradzamy? Światowy atlas niewierności – P. Druckerman

Dlaczego zdradzamy?Pamela Druckerman w swej książce, „Dlaczego zdradzamy?” postanowiła przyjrzeć się niewierności, ale z perspektywy geograficznej. Wzięła pod lupę swoich rodaków – Amerykanów, udała się do Francji, RPA, Chin, czy Japonii, by sprawdzić jak te nacje postrzegają problem cudzołóstwa.

Autorka tej książki jest amerykańską dziennikarką, która mieszka w Paryżu. Pisała między innymi dla „Wall Street Journal”, „Washington Post”, „The New York Times”. „Dlaczego zdradzamy?” to jej debiut książkowy, choć obecnie na rynku pojawia się druga opowieść Druckerman: „W Paryżu dzieci nie grymaszą”.

W Stanach Zjednoczonych  dziennikarkę zaskoczyło w jaki sposób podchodzi się do cudzołóstwa. Z jednej strony wszyscy je potępiają, a z drugiej – korzystają z okazji. Mimo to – według autorki – mieszkańcy USA różnią się od reszty świata, gdyż uważają swoje postępowanie za złe i swoimi opowieściami chcą naprawiać innych.

Pamela Druckerman postanowiła sprawdzić stereotypy związane ze zdradzaniem wśród różnych nacji. Bardzo się zdziwiła, kiedy okazało się, że Francuzi wcale nie códzołożą częściej niż Amerykanie. Różnice ujawniają się już na poziomie językowym. Amerykanie mają kogoś „na boku”, Rosjanie i Szwedzi ” wymykają się na lewo”, natomiast Izraelczycy „jadają na boku”. Stosowanie eufemizmów jest powszechne. Zdradzany mąż w Chinach „nosi zielony kapelusz”, we Francji jest „rogaczem”, a po angielsku nazywa się go „cuckold”, czyli kukułką (ptakiem, który składa jaja w cudzych gniazdach). Takich określeń autorka podaje całe mnóstwo. Trzeba przyznać, że są niezwykle ciekawe.

Pisarka starała się podejść do sprawy w sposób rzeczowy i naukowy. Zaczęła gromadzić dane. Jak się okazało, było to niezwykle trudne zadanie. Bo jak sprawdzić, czy informacje są prawdziwe? W końcu mężczyźni zawyżają ilość partnerek, a kobiety postępują odwrotnie podając liczbę partnerów. Druckerman udało się ostatecznie zdobyć pewne statystyki. Wynika z nich, że współczesni Amerykanie zdradzają rzadziej niż kiedyś. Z danych wynika, że najczęściej nie dochowują wierności mężczyźni z Togo, bo aż 36% przyznało się do zdrad w ciągu roku, najrzadziej mieszkańcy Bangladeszu i Kazachstanu.

Okazuje się, że mieszkańcom USA zdrada przynosi więcej złego, niż korzyści. Nie chodzi tylko o sam fakt cudzołóstwa, ile o kłamstwa. Jednak na kryzysach zarabiają krocie poradnie małżeńskie, autorzy poradników, a nawet sekty religijne. Bardzo długo trwa proces leczenia ran po zdradzie, czasami jednak remedium – czyli prawdomówność, nie zawsze przynosi szczęście.

Ze wszystkich opisywanych nacji w RPA najbardziej zaskoczyło mnie, jak wiele można ryzykować w imię wolności seksualnej. Tam zdradzanie niemal równoznaczne jest ze złapaniem wirusa HIV, a jednak wiekszość mężczyzn podejmuje ryzyko. Mimo, że ponad milion mieszkańców zmarło na AIDS, wiele osób nawet nie myśli o wierności, czy o podstawowych zabezpieczeniach. Wolą ryzykować życie, niż przełamać schematy.

Książka Pameli Druckerman uświadamia czytelnikowi, jak różne nacje pojmują wierność. Każde społeczeństwo posiada niepisane zasady mówiące, kto i kiedy może zdradzać. Autorka przełamuje stereotypy i przygląda się zdradom współczesnym, choć pisze, że najłatwiej byłoby, gdyby małżonkowie otwarcie mówili o swoich potrzebach i uczuciach oraz spędzali wspólnie czas.

Na szczęście Pamela Druckerman nie ocenia, ani nie moralizuje. Stara się reporterskim okiem przyjrzeć problemowi. Oczywiście zdarzają jej się liczne zdziwienia, jednak informacje, które podaje, łamią pewne stereotypy, a wtedy zaskoczenie może być spore. Czyta się książkę z wypiekami na twarzy, ale nie ze względu na pikantne szczególy, co szokujące informacje o tym dlaczego zdradzamy, skoro niesie to takie, a nie inne konsekwencje?

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za „Światowy atlas niewierności” Pameli Druckerman.

Dobre dziecko – Roma Ligocka

Dobre dziecko„Dziewczynka w czerwonym płaszczyku” Romy Ligockiej zaintrygowała mnie ze względu na tematykę wojenną. Większa część tej książki została napisana z perspektywy kilkuletniego dziecka. Dziewczynki, która musiała ukrywać się wraz z matką przed nazistami, ze względu na żydowskie pochodzenie. „Dobre dziecko” również jest historią autobiograficzną. Dotyczy jednak przede wszystkim trudnych relacji kilkunastoletniej Romy z matką. I choć główną bohaterką książki jest sama Roma, nagle – po kolejnych wyznaniach – poznajemy równie ważną postać – jej matkę, Tosię.

W „Dziewczynce w czerwonym płaszczyku” Ligocka skupiała się bardziej na sobie, na tym kim się stała przez drugą wojnę światową. Teraz autorka dorasta do tego, by przyznać, że ma nadal w sobie tę kilkunastolatkę, która wciąż się boi. Na początku jest lęk, pojawiający się w związku z przeżyciami wojennymi. Teraz dochodzi obawa o matkę.

Roma – nastolatka, różni się od pozostałych rówieśników. Nie potrafi zaprzyjaźnić się z innymi dziewczętami. Woli samotność i lektury. Choć ma tylko matkę – nie potrafią nawiązać właściwej relacji. Efekty są takie, że Roma coraz bardziej zamyka się w sobie, popada w depresję, ma problemy z apetytem.

Teofila jako jedna z nielicznych przetrwała Holocaust. Podczas wojny starała się chronić córkę. Rzeczywistość powojenna jednak ją przerosła. Kobieta utraciła bowiem wszystko. Mąż choć przeżył wojnę, zmarł na udar – prawdopodobie w wyniku tortur, które zadawali mu komuniści. Po dawnej świetności rodu Abrahamerów, z którego pochodziła Teofila, nie został niemal ślad – jedynie jeden zeszyt z pamiętnika Anny Abrahamer – babci Romy.

Teofila przed wojną uważana była za „dobre dziecko”. Anna Abrahamerowa sądziła, że córka ma przed sobą świetlaną przyszłość, jako małżonka bogatego Żyda. Jednak Tosia zakochała się w biednym Leiblingu. Ten wybór w oczach rodziny był mezaliansem.

Lata pięćdziesiąte w Krakowie były bardzo mrocznymi czasami. Stalinizm, bieda i ciągła obawa o pracę matki Romy powodowały, że obie żyły w poczuciu niepewności. Pewnego dnia dziewczynka odkrywa, że Teofila ma romans. Dzieci wytykają Romę palcami, bo pani Ligocka związała się z żonatym mężczyzną. Dziewczynka odkrywa w torebce matki listy od kochanka. Wujek – jak go nazywała nastolatka – nie chciał jednak opuścić żony.

Roma dorastała wśród skomplikowanych relacji między dorosłymi, nie bardzo je rozumiejąc. Podświadomie czuła, że z matką dzieje się coś dziwnego. Roma obawiała się, że Teofila chce popełnić samobójstwo. Chociaż dziewczynka sama nie potrafiła się pozbierać po holokauście, wyostrza wszystkie zmysły, by chronić mamę. Na szczęście za każdym razem jej się udaje.

Ligocka pisze, że długo musiała czekać, by opisać trudy dojrzewania. Okazuje się, że życie nastolatki nie musi być puste i próżne. Częściej jest trudne i bolesne. Przede wszystkim w „Dobrym dziecku” mowa o dorastaniu do miłości. Takiej między matką a córką. Choć relacja jest trudna, mają tylko siebie. Tak jak Teofila opiekowala się Romą podczas wojny, tak teraz ciężar spadł na córkę. Kilkunastoletnia dziewczynka przejmuje obowiązki i musi dojrzeć do bycia opiekunką. Obie poszukują szczęścia i miejsca dla siebie. Roma Ligocka udowadnia, że trzeba walczyć o swoje miejsce w świecie. Podsumowanie może być następujące:

Nie wiem, czy tam, dokąd lecę, może mnie spotkać nieoczekiwane szczęśliwe zakończenie – czy nasze losy mogą mieć jakiś happy end? A może to ja sama dla siebie jestem happy endem – jedynym szczęśliwym zakończeniem. (s.286)

Warto przyjrzeć się tej powieści, ponieważ Ligocka świetnie poradziła sobie w opisywaniu emocji. Opowiedziała nie tylko o sobie i matce. Świetnie oddała klimat Krakowa lat pięćdziesiątych. Ligocka ukazała trudny proces dorastania, chcąc zrozumieć nastolatkę, która w niej nadal tkwi. Na szczęście dla nas czytelników, dopuściła ją do głosu. Dzięki temu otrzymujemy ciekawą lekturę, choć opowiadającą o bolesnych wspomnieniach.

Dziękuję za książkę Wydawnictwu Literackiemu.

Roma Ligocka jako „Dziewczynka w czerwonym płaszczyku”

Dziewczynka w czerwonym płaszczykuPowstało wiele książek o Holocauście. Można się zastanowić po co? Jednak ci, którzy uważają, że należy pamiętać, będą sięgali po takie pozycje. Książka Romy Ligockiej jest autobiografią i dotyczy nie tylko jej życia podczas II wojny światowej. To, że ukształtowały ją czasy pogromu Żydów, będzie miało na nią olbrzymi wpływ. Dlatego właśnie ta część życia zostanie opisana najbardziej szczegółowo.

Jak przetrwać w świecie, który uparł sie, że należy zgładzić wszystkich Żydów? Rodzice Romy stwierdzili, że należy nadać ich córce bezpieczny, aryjski wygląd. Dziewczynce w getcie na siłę farbują włosy na blond. Jednak nie da się zmienić czarnych oczu na niebieskie. Dlatego Roma boi się spojrzeć przechodniom w oczy. Niewiele z tego rozumie. Odczuwa tylko lęk. Otacza ją zawsze i wszędzie, jest wszechogarniający oraz paraliżujący.

Ligocka pisze o tym co widziała z punktu widzenia kilkulatki. Obserwuje chodniki zabarwiające się na czerwono, po tym jak mordowani są kolejni ludzie. Widzi śmierć dziecka, z którym się przed chwilą bawiła. Kiedy chowa się z innymi w ciemnym pomieszczeniu wpada w panikę, bo przebywa obok trupa, z którego wychodzą robaki – jak się okazuje, był to tylko manekin. Przez chwilę zrobiło się bardzo niebezpiecznie, bo dziewczynka zaczęła krzyczeć i mogła zdradzić nazistom  kryjówkę. Inni przebywający w tym miejscu omal nie udusili dziewczynki. Poczuła jak wiele rąk zaciska się na jej twarzy.

Wiele jest sytuacji, w których mogła zginąć. W pewnym momencie ucieka z matką do aryjskiej części Krakowa. Z wielkim trudem udaje im się znaleźć kryjówkę. Zostają przyjęte przez kobiety z rodziny Kierników. Strach jednak nie mija. Roma z Liebling, zamienia się naa Ligocką. To nazwisko zostawią sobie już na stałe.

Po upadku Hitlera życie wcale nie staje się łatwiejsze. Choć mimo wszystko Roma nie może uwierzyć, że wolno już swobodnie wychodzić na zewwnątrz, że nie trzeba lękać się innych ludzi. Mimo to wciąż się boi. A i komuniści nie ułatwią im egzystencji.

Ligocka w autobiografii opisuje świat powojenny. Odnajduje się jej ojciec, jednak idylla trwa krótko. Po aresztowaniu przez ubecję, jego organizm nie wytrzymuje. Zostaje uwolniony, prawdopodobie był torturowany – teraz jest zbyt słaby, by mógł zaszkodzić komunistycznej Polsce. Umiera, gdyż nie ma dla niego odpowiednich leków.

Kobiety zostają same i próbują jakoś żyć. Dziewczynka nie może odnaleźć się w szkole żydowskiej, ani w katolickiej. Dopiero jako komunistka jest wskazywana jako wzór. Fascynacja ideologią trwa krótko, bo Roma szybko zauważa wypaczenia komunizmu. W liceum odkrywa wreszcie siebie. W końcu ma przyjaciółki. Doskonale radzi sobie z językiem polskim, świetnie rysuje i maluje. O Holocauście i przeżyciach wojennych z nikim nie rozmawia, nawet najbliższymi. Trudno jej się porozumieć z matką. Ligocka opisuje swoje studia na Akademii Sztuk Pięknych. Jej przyjaciele są elitą artystyczną Krakowa. Nie mają nic prócz swej twórczości. Bohateka zakochuje się i wychodzi za mąż. Okazuje się, że wybranek jest alkoholikiem. Kiedy Roma ma dwadzieścia jeden lat rozwodzi się z Wiesławem.

Książka Ligockiej opowiada o dziewczynce, która wciąż w niej tkwiła. Kiedy Spielberg kręci „Listę Schindlera” odnajduje w nim siebie. Właśnie ona została w nim przedstawiona, jako dziewczynka w czerwonym płaszczyku. Jako jedna z nielicznych ocalała. Teraz chce opowiedzieć o tej dziewczynce, „która w głębi mojej duszy płacze i nadal się boi”.

Trudno sobie wyobrazić, jak wiele szczęścia miała Roma i jej matka. Jej historia porusza. Dowodzi też, że nie da się zapomnieć o tych strasznych przeżyciach. Bez wsparcia, szczerych rozmów i zrozumienia ze strony bliskich, nie udało się kobiecie poradzić z traumą. Wspomnienia wracały w snach i na jawie – np. kiedy słyszała pewne zwroty w języku niemieckim. Biografię czyta się jednym tchem, choć nie zawiera miłych i wygodnych faktów. Pewne opisy wydają się być nie do wytrzymania, a na dodatek historia pokazana została z perspektywy trzyletniego dziecka. Nie można przejść obojętnie obok tej książki, wstrząśnie każdym.

W ofierze molochowi – Åsa Larsson

W ofierze molochowiKsiążkę Åsy Larsson „W ofierze molochowi” można odbierać w kilku warstwach. Dla jednych powieść będzie świetną historią kryminalną, inni natomiast skupią się na problematyce społecznej, czy psychologicznej. W każdym razie wszystko jest tu na najwyższym poziomie. Zresztą Szwedzka Akademia Kryminału okrzyknęła powieść Najlepszym Szwedzkim Kryminałem 2012 roku. Wyróżnienie mówi samo za siebie.

Łatwo generalizować i stwierdzić, że literatura z północy ma coś do powiedzenia w gatunku zwanym kryminałem. Powieść Åsy Larsson od samego początku tak została skonstruowana, by trzymać czytelnika w napięciu. Zaskoczyło mnie jednak, że nie zbrodnia jest tu najważniejsza, a opowieść o ludziach i relacjach między nimi.

Uchylę rąbka tajemnicy, jeśli chodzi o fabułę. Prokurator Rebeka Martinsson próbuje ułożyć sobie życie w rodzinnej Kirunie. Mieszka w domu należącym kiedyś do jej babci. Pewnego dnia w tej małej miejscowości dochodzi do morderstwa. Zamordowana zostaje starsza kobieta, która samotnie wychowuje siedmioletniego wnuka. Chłopczyk szczęśliwie się odnajduje w pobliżu, jednak niczego nie zdradza na temat zbrodni – bo udaje, że jest dzikim psem.

Rebeka zostaje odsunięta od sprawy, gdyż pozornie mogłoby to przeszkadzać w śledztwie. Mimo to Martinsson nie daje spokoju fakt, że w rodzinie zamordowanej doszło do wielu niewyjaśnionych śmierci. Co je łączy? Ile można się dowiedzieć o wydarzeniach sprzed wielu lat? Jak wyjaśnić fatum ciążące nad tą familią?

Larsson wplata w fabułę historię sprzed stu laty. Dowiadujemy się jak zakładano Kirunę i w jakim celu. Poznajemy historię niezależnej nauczycielki, jej współlokatorkę Kruszkę, które szukają lepszgo życia w górniczej miejscowości. Pisarka dotyka wielu niewygodnych faktów z historii Szwecji. Opowiada o tym, jak wyglądała współpraca kraju pozornie neutralnego, ale jednocześnie sprzedającego rudę żelaza wszystkim chętnym odbiorcom – niezależnie po której stali stronie. Widzimy wykorzystywanych robotników, ich trudy życia. Elina, młoda nauczycielka zakochuje się w bogatym dysponencie – niekoronowanym władcy Laponii. Ten mezalians nie ma racji bytu. Dziewczyna zachodzi w ciążę, a nowe życie daje początek tragediom, które będą miały miejsce i na początku XX wieku i wiele lat później. Jak się okaże – Elina jest prababką świadka współczesnego morderstwa – małego Marcusa.

Åsa Larsson wspomina o przeszłości Szwecji. Odkrywa też problemy dzisiejsze. „W ofierze molochowi” pisarka nie opisuje wielkiego miasta, tylko prowincję. Tu właśnie bohaterowie odnajdują spokój i sens życia. Choć w Kirunie życie nie jest proste. Ludzie są skryci, nie nawiązują łatwo przyjaźni. Jednak ci którzy są blisko bohaterki w zupełności jej starczają, są jeszcze zwierzęcy bohaterowie. Psy opisane w powieści również odgrywają ważną rolę i w życiu bohaterki, i są istotne dla rozwoju akcji.

„Królowa współczesnego kryminału” dała czytelnikom świetnie zbudowaną powieść. Spodobały mi się postaci kobiece. Oprócz Rebeki silną osobowością jest policjantka Anna Maria Mella, która pomaga pani prokurator w wielu sprawach. Wprawdzie nie czytałam poprzednich tomów z cyklu, nie przeszkadzało mi to jednak w żaden sposób w odbiorze książki. Myślę, że tytuł, który otrzymała Larsson zdecydowanie jej się należy. Przyznam, że niezbyt często czytuję kryminały, ale po tę pozycję można śmiało sięgać. A zagadka dotycząca pewnego fatum usatysfakcjonuje każdego czytelnika.

 Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za egzemplarz książki.

Morfina – Szczepan Twardoch

MorfinaSzczepan Twardoch został w styczniu laureatem Paszportów Polityki 2012. Jedną z nominowanych książek już czytałam, była to „Szopka” Zośki Papużanki. Teraz kolej na zwycięską powieść.

Akcja „Morfiny” rozgrywa się po klęsce wrześniowej 1939 roku, przede wszystkim w Warszawie. Główny bohater – Konstanty Willemann jest człowiekiem nie stroniącym od alkoholu i innych używek. Nie ma w sobie nic z nieskazitelnego bohatera, walczącego do ostatniej kropli krwi z okupantem.

Kim jest ten syn niemieckiego oficera i Ślązaczki, która zdecydowała się być Polką? Na początku to pytanie nie jest zbyt ważne dla Konstantego. Liczy się życie bon vivanta i buteleczka morfiny, która spycha go na samo dno – najczarniejsze z możliwych. Zdradzanie żony, bratanie się z żydowską prostytutką w oparach morfiny, walka o narkotyki stanowią dla niego podstawę egzystencji.

Willemann tak naprawdę jest nikim. Choć pragnie wygody w życiu, staje się masą, którą kształtują kolejne kobiety na jego drodze. Zaczynając od matki. Ona decyduje, że jej syn stanie się Polakiem. Kiedy wybucha wojna, Konstanty bierze udział w działaniach wojennych w pułku ułanów. Żona Helena – prawdziwa matka Polka – sprawia, że uczestniczy w działaniach konspiracyjnych, dając mu do ręki teczkę, którą należy przeszmuglować w określone miejsce.

Podróż po Warszawie wojennej jest niezwykła. Twardoch kreuje ciekawy obraz miasta, jej spelun, których nie ujrzymy w opowieściach martyrologicznych. Odwiedzamy melinę prostytutki Salome. Właśnie takich kobiet szuka Willemann, bo tak mu nakazała matka. Według niej, tylko wtedy stanie się prawdziwym mężczyzną.

Bohater coraz częściej zadaje sobie pytanie w tej podróży o swą tożsamość. Żeby móc stać się Polakiem, przybiera tożsamość Niemca. Później nawet staje się swoim ojcem – arystokratą  Baldurem von Strachwitz. Jako oficer niemiecki może wyjechać za granicę z niezwykłą kobietą Dzidzią Rochacewicz i konspirować na rzecz Polski. Towarzyszka podróży – dzięki swej charyzmatycznej osobowości – kształtuje mężczyznę. Kreuje go na nowo. „Jestem Konstanty Willemann” i nikt więcej, tak ostatecznie może nazwać siebie. Dojście do tego momentu zabierze mu spory szmat czasu.

„Morfina” nie jest powieścią o skutkach brania narkotyków. Wraz z bohaterem odbywamy fascynującą podróż w poszukiwaniu tożsamości. Mężczyzna w obliczu wojny musi dojrzeć. I  wybrać, kim chce być. Czy Polakiem, czy Niemcem, a może po prostu Konstantym Willemannem – człowiekiem.

Książkę czytałam niemal jednym tchem. Zafascynowały mnie zwłaszcza obrazy silnych kobiet. Fabuła „Morfiny” działa na czytelnika, jak tytułowy narkotyk. Najpierw jest błogość, ale potem trzeba wrócić do rzeczywistości, która nie jest kolorowa. Bohater, choć początkowo nie wzbudza sympatii, zaczyna podczas swej podróży opowiadać o swoim życiu.  Staje się nam bliski. Jesteśmy z nim, ale towarzyszy nam jeszcze pewien mroczny byt, któremu trudno nadać imię. Może to śmierć, może zło, albo przeznaczenie? Dzięki temu zabiegowi książka staje się barwna, obfitująca w historie. Pochłonęła mnie całkowicie.  To jeszcze nie wszystko. O wartości powieści świadczy fakt, że stawia trudne pytania, ale – na szczęście – nie daje banalnych odpowiedzi. I zostaje na długo w świadomości odbiorcy.

 Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego 🙂

Alice Munro – „Taniec szczęśliwych cieni”

Taniec szczęśliwych cieniAlice Munro, nazywana jest kanadyjskim Czechowem, kandydatką do Literackiej Nagrody Nobla. Niestety, nie miałam dotąd kontaktu z prozą tej autorki. Na szczęście, wydany ostatnio – „Taniec szczęśliwych cieni” pozwolił mi wkroczyć w świat wykreowany przez Munro.

Dobrze się złożyło, bo książka ta jest debiutem autorki – a lubię zaczynać od początku. Ciekawa jestem, jej późniejszych opowiadań, bo choć książka powstała 45 lat temu, dopiero teraz dociera do nas. Zdarza się, że debiut nie zawsze zachwyca. W tym przypadku nie ma się czego bać. „Taniec szczęśliwych cieni” stanowi zbiór piętnastu opowiadań na najwyższym poziomie.

Pierwsze skojarzenie, które miałam, czytając książkę, było nierozłącznie związane z Wisławą Szymborską. Gdyby polska poetka pisała prozę, tworzyłaby tak jak Munro. Dlaczego? Otóż kanadyjska pisarka na ledwie dwudziestu stronach – na których mieści się średnio jedno opowiadanie, potrafi zawrzeć cały świat, mikro i makrokosmos jednocześnie. Znaczenia, które kryją się na kolejnych stronach mogą wywołać lekki zawrót głowy. Skondensowanie – tak najkrócej można podsumować prozę Munro.

Łatwo wkroczyłam w świat, do którego zapraszają mnie kolejne narratorki. Są nimi głównie kobiety, choć nie zawsze. Wyłania się z niego interesujący obraz kobiet – outsaiderek. W opowiadaniach widoczne są wątki autobiograficzne. W kilku historiach pojawia się lisia ferma, życie codzienne lat trzydziestych i czterdziestych XX w. i kanadyjska prowincja, chora matka.

Choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Alice Munro opisuje zwykłych ludzi, jednak dla niej każdy bohater jest wyjątkowy. Nie istnieje takie pojęcie jak zwykły człowiek. Po prostu autorka oddaje mu głos i pozwala snuć swoją historię. Tak jak w pierwszym opowiadaniu: dzieci jadą z ojcem – komiwojażerem sprzedawać medykamenty, ale przy okazji wszyscy razem udają się do jego dawnej ukochanej. Nikt nie robi z tego tajemnicy, nic złego się nie dzieje, jednak bohaterowie zatrzymają to wydarzenie wewnątrz siebie i nikomu o tym nie powiedzą. Pozostaje   rysa w relacji ojciec – córka.

Każde opowiadanie pozwala czytelnikowi wkroczyć do kanadyjskich domów z pierwszej połowy XX wieku. Problemy, które poznamy, pokażą człowieka jako niezwykle skomplikowany twór. Alice Munro zachowuje się jak zegarmistrz. Tworzy miniaturowe dzieło, tak precyzyjne, jak najlepszy szwajcarski zegarek.

Bohaterowie, których poznamy, nie będą mieli w sobie zbyt wiele heroiczności. Za to zauważymy w nich sporo kompleksów, lęków, niespełnionych nadziei. Domy, do których wkroczymy, przepełnione będą skomplikowanymi relacjami międzyludzkimi. Za każdym jednak razem te historie poruszą czytelnikiem. Munro, przedstawiając pozornie codzienną sytuację, podkreśla jednak, że tym razem coś się wydarzy. Jakiego wyboru dokonają bohaterowie, jakie będą tego konsekwencje?

Do tej pory uważałam, że na szczycie krótkiej formy prozatorskiej znajduje się Julio Cortazar. Teraz ma towarzystwo w postaci wybitnej pisarki, jaką jest niewątpliwie Alice Munro.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WL