
Amerykańska pisarka Elizabeth Strout została doceniona przez czytelników i krytyków. Jej powieści zdobywają ważne wyróżnienia. Książka jej autorstwa „Olive Kitteridge” zdobyła Nagrodę Pulitzera, na jej podstawie nakręcono serial telewizyjny. W naszym kraju ukazały się jeszcze „Bracia Burgess”, „Mam na imię Lucy”, „To, co możliwe” i „Amy i Isabel”. Teraz możemy sięgnąć po powieść, która chronologicznie została wydana jako druga w Stanach Zjednoczonych.
Akcja powieści rozgrywa się pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku w małym miasteczku na północy USA. Gdzieś nad rzeką Sabbanock, gdzie „zimy trwają szczególnie długo”. W tej fikcyjnej okolicy, w prawdziwym stanie Maine mieszkał pastor Tyler Caskey. Młody duchowny musiał mieszkać ze swoją rodziną na pustkowiu, dwie mile za miastem. Wiernych nie było zbyt wiele, więc Caskey nie mógł liczyć na luksusy. W małej społeczności wszyscy doskonale się znają. Nikt tu nie jest anonimowy, a każdy gest pastora jest zauważony i dokładnie analizowany.
Pastor Caskey zostaje doświadczony przez los. Umiera jego żona. Mężczyzna zostaje ze starszą córeczką, niemowlęciem zajmuje się matka Tylera. Katherine chodzi do przedszkola, ale zaczyna sprawiać kłopoty wychowawcze. Przedszkolanki zaczynają analizować jej zachowanie, inspirowane freudowską psychologią, dochodzą do nietypowych wniosków. Ludzie zaczynają szeptać między sobą. Plotki podsyca fakt, że gosposia pastora trafia do aresztu.
W powieści Elizabeth Strout zobaczymy, jak funkcjonuje mała społeczność. Błahostka urasta do rangi wielkiego problemu. Hasło: „tylko nikomu o tym nie mów” staje się zaproszeniem do plotkowania. Każdy chce żyć cudzym życiem, zwłaszcza gdy nie potrafi rozwiązać swoich problemów. Pastor Tyler nie potrafi poradzić sobie z własnym cierpieniem po stracie żony. Tłumi uczucia, trudno mu skupić się na problemach parafian. Od nich nie otrzymuje wsparcia. Każda z opisanych postaci posiada jakieś oczekiwania wobec drugiego człowieka, ale nie są one wyrażane w sposób szczery. Rodzi to poczucie zawodu i frustrację. W pewnym momencie czara goryczy musi się przelać, ale wtedy trudno o porozumienie.
Powieść „Trwaj przy mnie” porusza wiele problemów. Widzimy tutaj kwestię ojcostwa. Pastor musi zdecydować, czy będzie walczył o Katherine, czy zajmie się najmłodszą pociechą. Sześć dekad temu samotne ojcostwo nie było czymś oczywistym. Do tego dochodzi kwestia wiary. Tyler po śmierci żony przechodzi kryzys religijny i nie wie, czy będzie mógł nadal prowadzić nabożeństwa. Zwłaszcza, że parafianie mają wielkie oczekiwania, a narastające problemy zaczną przerastać pastora Caskeya. W pewnym momencie coś w nim pęka. W którą stronę podąży?
Elizabeth Strout osadziła akcję powieści w czasach, kiedy narastał lęk przed trzecią wojną światową. Ten fakt również powodował napięcia między bohaterami. Kozłem ofiarnym, na którym to można było wyładować, okazał się Caskey. Na nim się wszystko skupia. Mężczyzna odkrywa także własne słabości. Strout pokazuje, że paradoksalnie to wcale go nie umniejsza. Staje się człowiekiem z krwi i kości, a gdy publicznie okaże własną wrażliwość, może wreszcie ponownie zadbać o potrzeby duchowe parafian.
Książka „Trwaj przy mnie” zaskakuje subtelną narracją. Elizabeth Strout tak buduje klimat opowieści, że niemal czujemy, jak gęstnieje atmosfera w tej małej społeczności. Ciemność narasta, staje się niemal dotykalna. Wszystko przez wyciąganie brudów z życia innych ludzi, co zresztą nie jest niczym nowym. Nasuwa to skojarzenia ze słowami z Ewangelii św. Mateusza: „A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz?”. Pisarka opowiada o zwyczajnych ludziach i ich codziennych problemach, co na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło banalne. A jednak Strout potrafi poruszyć nas i zmusić do refleksji dzięki umiejętnemu budowaniu tej rzeczywistości.
Czytałam „Mam na imię Lucy” tej autorki i z lektury byłam bardzo zadowolona. Po tę książkę też chętnie sięgnę. Pozdrawiam!
Styl pisania Strout elektryzuje i przyciąga – trudno mi się od jej książek oderwać. Pozdrawiam 🙂