Wakacje powoli przechodzą do przeszlości. Kiedy zaczyna się nowy rok szkolny, pojawia się jednocześnie skojarzenie z inwazją nazistowskich Niemiec na Polskę. Upłynęło już osiemdziesiąt lat od tego wydarzenia. Mamy coraz mniej świadków tego tragicznego momentu w naszej historii. Druga wojna światowa zaczęła się pierwszego września 1939 roku, ale jak przebiegały wakacje w Niemczech? W jaki sposób postrzegali Trzecią Rzeszę zwyczajni ludzie, którzy przyjechali do tego kraju w okresie międzywojnia?
Narodziny faszyzmu nie wzięły się z niczego. Był to proces, który z zewnątrz wcale nie tak łatwo było zauważyć. Ludzie, którzy przybywali do Niemiec po pierwszej wojnie światowej, nie wiedzieli przecież do czego doprowadzą wizje Hitlera oraz ludzi zgadzających się z jego poglądami. Relacje przybywających do Trzeciej Rzeszy zależały od kilku czynników. Jeśli podróżujący miał prawicowe i antysemickie poglądy, najczęściej pochwalał ataki na Żydów w Niemczech, czy rządy silnej ręki. Czasami nawet nie pomagał poziom wykształcenia. Niekiedy z nazistami sympatyzowali ludzie, uważani za autorytety czy to moralne, czy polityczne.
Wielu doceniało fakt, jak szybko poradzono sobie ze stratami materialnymi po Wielkiej Wojnie. Łatwo się zachwycać urokiem niemieckich wsi i miasteczek, gdy samemu nie trzeba było zastanawiać się, jak związać koniec z końcem. Ci bogaci często nie zauważali biedy, za to postrzegali kraj przez pryzmat tego, co osiągnęli Niemcy do tej pory pod względem kulturowym. Powszechnie uważano, że kraj, który wydał tak wielkich artystów, musi być rzeczywiście wyjątkowy. Sądzono, że nagonka na Żydów nie bierze się z niczego. Podziwiano naród niemiecki, a jeśli Niemcy byli antysemitami, to musieli przecież mieć uzasadnione powody.
Ważną rolę odegrała propaganda, która podkreślała osiągnięcia faszystów. Przede wszystkim Trzecia Rzesza ukazywana była, jako mur broniący resztę Europy przed inwazją bolszewicką. Naziści jako mistrzowie manipulacji świetnie panowali nad emocjami tłumów. Z czasem przyjeżdżający goście przyzwyczajali się do widoku maszerujących wojsk, choć Hitler nieustannie był ukazywany jako działacz na rzecz światowego pokoju. Z czasem prawda wyszła na jaw, ale mydlenie oczu okazało się niezwykle skuteczne. Dopiero wybuch II wojny ukazał prawdziwe oblicze Hitlera.
Dzięki książce „Wakacje w Trzeciej Rzeszy” Julii Boyd czytelnik ogląda Niemcy w dwudziestoleciu międzywojennym, ale również podczas wojny. Relacje ludzi z zewnątrz, którzy przybywali do tego państwa, pozwalają uświadomić sobie, jak stopniowo rodził się faszyzm. Katastrofa nadciągała powoli, dla wielu przybyszów była początkowo niezauważalna. Tylko niektórzy dziennikarze i dyplomaci zdawali sobie sprawę z tego, co się naprawdę dzieje i jak groźne może okazać się w skutkach. Wielu do końca wierzyło, że dyktatura faszystowska pozwoli na wydostanie się z kryzysu, natomiast wysoki poziom cywilizacyjny Niemców nie dopuści do żadnych zbrodni, dlatego ignorowano to, co najbardziej niepokojące.
Autorka przedstawiła relacje podróżnych z wielu krajów. Dominują sprawozdania Amerykanów i Brytyjczyków. Nic zresztą dziwnego, skoro przed 1937 rokiem do Niemiec przybywało pół miliona Amerykanów rocznie. Wysyłano do Niemiec młodzież, by właśnie w tym kraju nabierała obycia. Mieszkańcy USA woleli nie zauważać rasizmu, bo przecież sami pod tym względem nie byli autorytetami. Wizyty wakacyjne rzadko prowadziły podróżnych do głębszych analiz. Później wielu tłumaczyło się, że zbrodnie nazistowskie były skrzętnie poukrywane. Nawet kiedy dochodziło do odwiedzania przez obcokrajowców obozów koncentracyjnych, nie dostrzegano tam niczego niepokojącego.
Wakacje w faszystowskich Niemczech dopiero z perspektywy czasu okazały się wyjątkowe, choć nie w pozytywny sposób. Na pozór zwyczajne wyjazdy za granicę z czasem okazały się opisem Niemiec pogrążających się w mroku. Dzięki licznym relacjom postrzegamy różne postawy cudzoziemców, choć w książce istotne jest to, żeby poznać paradoksy Trzeciej Rzeszy. Kraj faszystów okazał się złożony w swej istocie i choć łatwo się go ocenia, warto spojrzeć na te relacje, jako pewnego rodzaju ostrzeżenie nie tylko przed nazizmem, ale również ignorancją ludzi dopuszczających do głosu zło.
Ciekawy pomysł na książkę. Można zresztą zauważyć, że ostatnio stało się modne pisanie o tym jak spędzali wolny czas ludzie w okresie międzywojennym. Z podobnej tematyki mogę polecić bardzo ciekawą powieść Alberto Moravii pt. „1934„. Świetnie widać w niej to, o czym wspominasz, tzn., że nazizm (wg mnie „faszyzm” a „nazizm” to jednak różne ideologie) nie wziął się znikąd, a proces jego narodzin był długotrwały.