„Więcej niż możesz zjeść. Felietony parakulinarne” – Dorota Masłowska

Więcej niż możesz zjeść, Dorota MasłowskaSyci? Po świętach wielkanocnych pisanie o jedzeniu może prowadzić do bólu żołądka. Jednak sposób, w jaki mówi o kulinariach Dorota Masłowska, przyprawia o lekki zawrót głowy. Felietony parakulinarne, które były publikowane w „Zwierciadle” w latach 2011-2013, teraz zebrano w jednej książce – ich premierę zapowiedziano na 9 kwietnia. Okazuje się, że autorka więcej w nich mówi o nas samych, niż o jedzeniu. Więcej tu parodii, bo z rubryką kulinarną te teksty niewiele mają wspólnego.

Felietony kojarzą mi się z niezwykle poważnymi autorami takimi jak Bolesław Prus, Henryk Sienkiewicz. Dzisiaj w każdym liczącym się magazynie natkniemy się na ten rodzaj publicystyki. Jednak Dorota Masłowska w żaden sposób nie kojarzy się z kuchnią, a z przepisami jeszcze mniej. Jej teksty są parakulinarne, bo ich autorka traktuje przepisy à rebours – w zasadzie nie są potrzebne. Można przecież mówiąc o tym jak, co i gdzie jemy, pokazać, jacy jesteśmy.

Co zatem lubi w jedzeniu Dorota Masłowska? „(…) barwność i wielowymiarowość świata, przejawiającą się w posiłku, mnogość wątków, które spotykają się podczas krojenia melona z Ekwadoru na desce z Chin i gryzieniu go polskimi ustami w Niemczech” (s.7). Zauważa też czym różni się gotowanie kobiece, od męskiego: „Ja zajmuję się jego aspektem codziennym, szarym jak kluski lub sos, gdy wszyscy są głodni, już-już ma dojść do mordobicia i trzeba działać szybko, by uniknąć rozlewu krwi, bo po tym ostatnim i tak ja musiałabym sprzątać. On zaś stawia na spektakl, triumf, rozmach. Piecze schab ze śliwką i robi utuczone przy linijce kotlety mielone, zajmuje mu to zazwyczaj nie mniej niż siedem godzin, raz po raz chodzi do sklepu, by dokupić lubczyk, podczas gdy głodni, błądzący po krawędzi rozpaczy w oczekiwaniu na posiłek goście nie mają nic innego do roboty, jak tylko podziwiać jego swadę, jego wysublimowanie, jego fantazję, jego poświęcenie…” (s. 21).

Dorota Masłowska przygląda się naszej codzienności, a jedzenie jest tylko pretekstem do snucia refleksji czy to socjologicznej, czy antropologicznej. Choćby takie życie w bloku. Okazuje się, że nawet jeśli jego mieszkańcy chcą latem z niego się wyrwać – nie potrafią tego zrobić. Wybierają się wtedy nad wodę, gdzie wszyscy przenoszą te same schematy znane z blokowisk. „Znamienne, że nikt tam nie szuka pustki, powietrza, przestrzeni, samotności; że wszyscy rozkładają się jedni na drugich, by ocierać się przepychać, konfliktować, porównywać zaglądać sobie w grille, pachwiny i bagażniki pełne kiełbasy Ewa Wachowicz poleca.” (s.124)

Autorka patrzy na świat i ludzi z dystansem. Opowiada o wczasach all inclusive, ale wyjeżdżając za granicę, sama niekiedy ulega różnym modom i tendencjom. Pokazuje inne modele obyczajowości, bo tacy Chińczycy odkrztuszający flegmę na ulicę są dla nas nie do przyjęcia, tak dla nich Europejczycy wydmuchujący publicznie nos w chusteczkę higieniczną są równie odrażający. W Ameryce natomiast Masłowską przeraziła ilość jedzenia. Do zjedzenia porcji lodów dziecięcych dostała łyżkę do zupy, ponieważ „(…) stosunek Amerykanów do jedzenia wydaje się z naszej perspektywy narkotyczny, kompulsywny, nałogowy” (s.64). Nawet jeśli próbujemy dogonić tę nację pod względem otyłości, to wciąż jeszcze daleko nam, by oszałamiać się w takim stopniu cukrami prostymi (mam nadzieję).

Masłowska w swych felietonach podróżuje w czasie. Raz mamy do czynienia z babcią Dorotą, innym razem cofamy się do początku lat dziewięćdziesiątych. Dorośli oglądają świetny film na Dwójce: „po symultanicznej pulsacji w oknach wieżowców widać czarno na białym, że filmu nie oglądają tylko ci, co nie istnieją” (s. 74). Podczas nieuwagi rodziców można zrobić sobie chleb z cukrem. Pamiętacie? To taki pierwszy fast food z dzieciństwa współczesnych trzydziestolatków, ci po czterdziestce pewnie też to świetnie pamiętają.

W zbiorze felietonów „Więcej niż możesz zjeść” Dorota Masłowska przede wszystkim pokazuje, co mówi o nas jedzenie, którym się posilamy. Skupia się na absurdach i wyśmiewa je, ale też pokazuje naszą współczesną obyczajowość. Wpadamy w pułapkę konsumpcjonizmu, który niewiele ma wspólnego z dawnym szacunkiem do jedzenia. A czytelnicy otrzymują niesamowitą ucztę, ale językową. Do tego wzbogaconą świetnymi ilustracjami Macieja Sieńczyka.

  1. Hm, nie pamiętam tych felietonów Masłowskiej, więc z chęcią przeczytam, choć osobiście za jej prozą nie przepadam. Cenię jednak jej humor, choć do mojego osobistego mistrza Słonimskiego czy felietonów Kisiela to pewnie daleko.

    • Myślę, że Słonimski i Kisiel to już najwyższa półka – autorzy, od których inni mogą się uczyć. Mimo to Masłowska świetnie sobie poradziła, bo jej uwagi są naprawdę bardzo trafne i zabawne.

  2. Ha, już się przestraszyłem, że Masłowska zamienia się w celebrytkę – na szczęście to tylko parakulinaria 🙂 Czytałem jedną powieść autorstwa tej artystki („Kochanie, zabiłam nasze koty”), która przypadła mi do gustu. Ciekaw jestem jak pisarka ta sprawdza się w krótkich tekstach 🙂

    • Wydaje mi się, że Dorota Masłowska potrafi sobie radzić z mediami (chodzi mi o jej piosenki). I tym razem prowokuje, by dotrzeć do szerokiej rzeszy odbiorców, bo przecież książki kulinarne cieszą się wielkim powodzeniem. Moim zdaniem debiutancka książka autorki – „Wojna polsko-ruska…” też jest godna polecenia.

  3. Czytałam część jej felietonów w Zwierciadle. Szczerze mnie rozbawiły i zachwyciły. To pisarstwo zupełnie odbiegało od tego, jakie znamy z jej powieści. Fajne spostrzeżenia, zaskakująca pointa, lekki styl. Książka warta uwagi, na pewno.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *