„Wihajster czyli przewodnik po słowach pożyczonych” – Michał Rusinek

Wihajster, Michał RusinekKiedy sięgam po książki Michała Rusinka i piszę opinię na ich temat, przyznam szczerze, że odczuwam tremę. Bo któż zna lepiej język polski, niż osoba na co dzień zajmująca się naukami humanistycznymi? Zasady, które obowiązują nas wszystkich to jeden problem, drugi stanowią wyjątki, a jeszcze dochodzi do wszystkiego ludzka tendencja do popełniania pomyłek. Niby: „Errare humanum est”, ale wolałabym nigdy się nie wahać w kwestiach związanych z poprawną polszczyzną. Z tego też powodu sięgam po książki autora, takie jak „Pypcie na języku” czy „Jak się dogadać”? Mimo poczucia onieśmielenia, warto przecież przypominać sobie, co w mowie piszczy. Właśnie premierę ma książka Michała Rusinka przeznaczona dla młodszych odbiorców pt. „Wihajster czyli przewodnik po słowach pożyczonych”, ale i jej nie mogłam się oprzeć.

W języku polskim nie brakuje wyrazów, które mają obce pochodzenie. Tropienie dróg, które przemierzyły te wyrazy, to praca dla prawdziwych detektywów. Takich, jak detektyw Fixx, który ścigał Phileasa Fogga podczas jego podróży dookoła świata. Okazuje się, że wyrazy również potrafią, jak wielcy odkrywcy przemierzyć tyle kilometrów, ile nie śniło się największym śmiałkom.

Zdarzają się wyrazy, które pojawiły się w języku polskim dzięki pożyczkom od sąsiadów. Jednak niektóre słowa potrafią zaskoczyć. Choć używamy ich na co dzień, często nie mamy pojęcia skąd się wzięły w języku polskim. Tytułowy  „Wihajster” znalazł się tu nie bez powodu. Autor wyjaśnia, że słowo wzięło się od niemieckiego wyrażenia – „Jak on się nazywa?”. Wihajster, to właśnie taki przedmiot, którego nazwy nie potrafimy sobie przypomnieć.

Wiele wyrazów zaczerpnęliśmy z języka łacińskiego, greckiego czy francuskiego. Dostosowanie ich do polszczyzny nazywamy zapożyczeniami. To skąd bierzemy te wyrazy, czasami zależy od mody. Dzisiaj wolimy zapożyczać słowa z języka angielskiego, robimy to o wiele częściej niż z francuskiego, albo włoskiego. Kiedy jednak zerkniemy do książki „Wihajster”, niejednokrotnie zaskoczy nas pochodzenie niektórych wyrazów.

Michał Rusinek opowiada o zapożyczeniach stosując kategorie tematyczne. Będą one  dotyczyły życia codziennego i miejsc, które są jego częścią. Każdy z nas zagląda do kuchni, łazienki, odpoczywa w pokoju, albo zajada się ulubionymi potrawami. Na wsi, w mieście, w szkole, warsztacie znajdziemy sporo zapożyczeń. Taki wyraz, jak indyk przywędrował aż z Ameryki, rumak wziął się z języka Turcji, a kajak „przypłynął” z języka inuickiego.

„Wihajster” pozwoli młodym odbiorcom zrozumieć, że język jest jak żywy organizm. Cały czas się rozwija, ale też szuka inspiracji, a gdy pojawi się coś, co nie ma nazwy, trzeba szybko ją nadać. Kiedy sąsiedzi dalsi, albo bliżsi posiadają już potrzebne słowa, to dlaczego nie skorzystać z ich pomysłów? Wielu zżyma się na samą myśl stosowania zapożyczeń. Michał Rusinek pokazuje te, które od dawna przyjęły się w języku polskim. W niektórych trudno nawet odnaleźć źródło zapożyczeń, czy drogę, którą przebyły. Jednak pożyczki działają w obie strony. Autor podaje też przykłady polonizmów, wyrazów,  które przejęte zostały z języka polskiego przez inne języki.

Pisanie o słowach wydaje się czymś mało popularnym, bo kto dzisiaj zastanawia się nad zapożyczeniami? Zwłaszcza gdy ma lat kilka i może spędzić cenne wolne chwile na ciekawszych rzeczach, niż czytanie książek o języku. Kiedy jednak sięgnie sam czy razem z rodzicem po „Wihajster”, okaże się, że podczas takiej lektury można świetnie się bawić. Michał Rusinek opowiada o słowach w sposób zabawny. Humor połączony jest z rzetelnymi informacjami o zapożyczeniach podanymi w sposób przystępny dla każdego. Wzrok przyciągają piękne i wywołujące uśmiech na twarzy ilustracje Joanny Rusinek. „Wihajster” to połączenie tego, co zabawne z pożytecznym. Językowe tajemnice okazują się równie interesujące, jak te kryminalne. Nie tylko dla najmłodszych.Wihajster, Michał Rusinek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *