Steve Sem-Sandberg jest urodzonym W Oslo szwedzkim pisarzem i dziennikarzem. W Polsce znamy go za sprawą takich tytułów jak „Biedni ludzie z miasta Łodzi”, czy „Teresa”. Pierwsza z wymienionych przeze mnie książek opowiada o kontrowersyjnej postaci Chaimie Mordechaju Rumkowskim, który był zwierzchnikiem Żydów w getcie łódzkim. Drugi tytuł dotyczy Ulrike Meinhof, terrorystki z RAF-u. Charakterystyczne dla książek Steve Sem-Sendberga jest to, że poruszają niezwykle bolesne tematy, w swej formie łącząc dokument z fikcją.
W „Wybrańcach” otrzymujemy opowieść o wiedeńskiej klinice dziecięcej Am Spiegelgrund, która zaczęła swoją działalność w 1940 roku. Tutaj trafiały osoby niepełnoletnie, które były chore fizycznie, czy umysłowo, ale też te, które uznano za mające niewłaściwe pochodzenie. Jednak dzieci trafiały do kliniki nie po to, by były leczone, ale włąaśnie tam je mordowano.
Przed wojną we Wiedniu prowadzono rejestr, którzy miał pomóc ludziom biednym. Zapisywano w jakich warunkach żyją dzieci i prowadzono go aż do anszlusu Austrii. Naziści postanowili wykorzystać ten dokument, ale w zupełnie innym celu niż przewidywali socjaldemokraci. Pierwszego września 1939 roku rozpoczęła się Akcja T4, czyli program polegający na fizycznej „eliminacji życia niewartego życia”. Dokument podpisany przez Adolfa Hitlera pozwalał na mordowanie ludzi chorych umysłowo i niepełnosprawnych. Osoby niepełnoletnie nie były wyłączone z tego programu.
W Am Spiegelgrund znalazły się dzieci z domów dziecka, prywatnych szpitali, zabrane rodzicom ze względu na niewłaściwe pochodzenie. Stworzono siedemnaście pawilonów. Te najbardziej chore dzieci trafiały do dwóch: 17 i 15. Pierwszy był obserwacyjny, tu przez kilka tygodni lekarze i pielęgniarki zastanawiali się, jaką opinię przesłać do Berlina. To tam decydowano, czy dziecko będzie żyło, czy nie (łatwo sobie wyobrazić co na dokumencie zwrotnym oznaczał plus lub minus).
Głównym bohaterem powieści jest chłopiec pochodzenia romskiego – Adrian. Nastolatek przeżywa wojnę i z jego opowieści widzimy, co się wydarzyło w klinice. Do szpitala trafił już na początku, a jako piętnastolatek uciekł. Udało mu się przetrwać, ale trauma pozostała. Uniknął losu dzieci, na których dokonano eutanazji za pomocą luminalu albo weronalu w tabletkach. Lekarze i pielęgniarki często ślepo wpatrzeni byli w ideologię nazistowską. Po wojnie nie zawsze dosięgała ich ręka sprawiedliwości. Po trzydziestu latach dorosły już Adrian zetknie się niespodziewanie z jednym ze swoich oprawców – Heinrichem Grossem. Okazało się, że ten człowiek uniknął wymiaru sprawiedliwości, a jego kariera kwitła. Wykorzystywał w pracy naukowej swoje „materiały” z czasu wojny.
Adrian Ziegler nie potrafił poradzić sobie w życiu powojennym. Niemal cudem uniknął śmierci, ale czuł się winny. Doznał upokorzeń z każdej strony i właściwie od każdego. Większość z jego kolegów straciła życie, a on na to bezsilnie patrzył. W dorosłym życiu już nigdy się z tego nie otrząśnie, wciąż pozostając w więzieniu własnych wspomnień. Postać Adriana jest fikcyjna, ale została zbudowana ze wspomnień kilku osób, które autor książki miał okazję przeczytać albo poznać.
Natomiast Anna Katschenka to osoba autentyczna. Pielęgniarka, która wzorowo wykonywała swoje obowiązki, zapatrzona w doktora Jekeliusa. On jej pomógł znaleźć pracę w Am Spiegelgrund, a ona sprawowała się, tak jak od niej oczekiwano. Widać, jak łatwo poddawała się manipulacjom. Właśnie takich ludzi potrzebowali naziści, karnych, którzy uwierzą w ich idee.
Książka „Wybrańcy” należy do trudnych powieści ze względu na temat, który podejmuje. Obserwujemy eutanazję wykonywaną z zimną krwią na niewinnych dzieciach. Przytłacza nas ta olbrzymia ilość cierpienia. Widzimy jednocześnie, jak po tych okrutnych czasach, trudno się było rozliczyć z winnymi. Dopiero po wielu latach znaleziono szczątki dzieci zatopione w słojach z formaliną. Pochowano je w 2002 roku. Ofiary, ta garstka ocalałych, miała niemały problem, by mówić o swoich przeżyciach. A przecież milczenie chroni oprawców. W „Wybrańcach” pokazano jak łatwo można było odczłowieczyć istotę ludzką. Jeśli chodzi o ocenę postaci opisanych w książce, to Steve Sem-Sandberg pozostawia ocenę czytelnikom. Ładunek emocji jest olbrzymi, ale naprawdę warto sięgnąć po książkę.
„Biedni ludzie z miasta Łodzi” to tytuł, który już od pewnego czasu obiecuję sobie przeczytać. A teraz do listy pożądanych książek muszę dorzucić jeszcze „Wybrańców” – powieść porusza bardzo interesującą choć dość okrutną tematykę. Dobrze jest jednak wiedzieć do jakiego stopnia można odczłowieczyć istotę ludzką – poznając mechanizmy działania dehumanizacji, łatwiej jest chyba zaobserwować tego typu proces u samego siebie.
Po tej lekturze nabrałam ochoty na pozostałe książki tego autora wydane w Polsce. Tytuł, który przywołujesz – „Biedni ludzie z miasta Łodzi” – najbardziej mnie kusi.
Wspaniała lektura.
Dopiero co przeczytałem „Czarnobylską modlitwę”, teraz czytam „Ścieżki północy”… Na razie nie odważę się po to sięgnąć. Ale kiedyś na pewno.
Oj, też nie wytrzymałabym takiej dawki trudnych emocjonalnie lektur. Jeszcze czuję to napięcie po „Czarnobylskiej modlitwie”, którą czytałam kilka lat temu. Mam taką metodę, że po trudnych lekturach zwracam się ku łatwiejszym – byle było chociaż trochę humoru.
Pingback: „Polska odwraca oczy” – Justyna Kopińska | Czytam, bo chcę i już