Życie i literatura – Książka twarzy

Laureat tegorocznej nagrody Nike zaintrygował mnie swoją nagrodzoną książką. Bo zdanie – „Poza siecią też można mieć swój profil” dziś brzmi niemal jak świętokradztwo. Jednak stwierdzenie, że Bieńczyk stworzył swój Facebook w formie pisanej, niewiele mi powiedziało. Dlatego postnowiłam sięgnąć po jego książkę, tym bardziej, że nie znałam do tej pory twórczości tego pisarza.

Co otrzyma czytelnik, który zechce przeczytać „Książkę twarzy”? Zacznę od tego, że mamy do czynienia z 32 esejami. Ich tematyka jest przeróżna. Czy coś je łączy? Punktem wspólnym jest dla mnie osoba autora, który decyduje, czym się zajmie, na jaki temat zechce pisać. I jaką twarz nam pokaże? Istotne jest pierwsze zdanie książki – „Pisz, ale trochę żyj”. Ono właśnie spaja te eseje.

Poprzez formę, którą wybrał Bieńczyk, miałam okazję bliżej poznać twórcę książki. Nie chodzi oczywiście o jego życie prywatne, tylko sposób myślenia i pisania. Najpierw sądziłam, że mam do czynienia z autobiografią, ponieważ Bieńczyk zaczyna od najważniejszej lektury z dzieciństwa – Winnetou. Dla miłośnika książek, tego typu rozpoczynanie wspomnień jest strzałem w dziesiątkę. Potem zaskoczyć mogą eseje o sporcie. Znawca literatury posiadający zainteresowania inne niż literatura? I chwała mu za to. Okazuje się, że teksty o sporcie mogą być porywające. Na dodatek w połączeniu z wątkami autobiograficznymi, w tym przypadku ze wspomnieniami o ojcu. Ale to nie wszystko. Dojdą jeszcze eseje o winie, perfumach, spływach na Łotwie, obok tych o Mickiewiczu, Krasińskim, czy Beenhakkerze.

Jako miłośnik literatury zachwyciłam się tekstami o powieściach, które dawno temu mocno wbiły mi się w umysł. Chodzi o „Panią Bovary” i „Niebezpieczne związki”. Bieńczyk potrafił na niewielu stronach uchwycić pewne ulotne wrażenia, które podczas czytania, mogłyby zostać niezauważone. On je wydobywa i stawia na pierwszym miejscu. Któż wie, że tłumacz „Niebezpiecznych związków” postanowił nieco poprawić książkę.? I to kto? Sam Boy.

Niektórzy mogą się denerwować na „Książkę twarzy”, że to trudna lektura, wymagająca od odbiorcy wysiłku intelektualneo i skupienia. W świecie gdzie wszystko powinno być spłycone, pisanie eseju o ostatnim zdaniu „Żegnaj laleczko” Chandlera może zaskakiwać, ale i uczyć, że warto się zatrzymać i przyjrzeć jakiemuś detalowi dokładnie, a wtedy możemy odkryć coś nowego.

Marek Bieńczyk w „Książce twarzy” ukazał swój profil. Tak jak na portalach społecznościowych mamy przyjaciół, podróże, zdjęcia, zainteresowania. Wszystko jednak podano na najwyższym poziomie literackim. Pisarz jawi się nie tylko jako znawca literatury. Jego erudycja pozwala mieć nadzieję, że kultura na najwyższym poziomie będzie kwitła.

Dziękuję za egzemplarz recenzyjny wydawnictwu – Świat Książki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *