Książki o charakterze autobiograficznym nie są niczym nowym, choć często wzbudzają kontrowersje. Jakiś czas temu głośno było o „Mojej walce” Karla Ovego Knausgårda, ale przecież przed nim o sobie pisało wielu innych twórców. Jeśli skupimy się na prozie skandynawskiej, wcześniej publikowała szwedzka pisarka Agneta Pleijel. Natomiast Tove Ditlevsen za sprawą „Trylogii kopenhaskiej” przenosi czytelników do czasów jeszcze międzywojennych, gdyż urodziła się w 1917 roku, a swoją autobiograficzną książkę zaczyna od czasów wczesnego dzieciństwa. W 1976 roku ta wybitna duńska pisarka odebrała sobie życie.
Tove Ditlevsen nie miała beztroskiego dzieciństwa. Wychowywana była w sposób bardzo surowy w biednej robotniczej rodzinie. W relacji z matką brakowało ciepła i bliskości. Dziecko nie czuje wsparcia z jej strony, a czara goryczy przeleje się, gdy dyrektorka szkoły skrytykuje dziecko za to, że już umie pisać i czytać poprawnie. Rodzicielka nie staje po stronie dziecka. Odsuwa się od Tove. W tym momencie na temat swoich uczuć najlepiej, gdy wyrazi się narratorka: „(…) moje serce wypełnia się tym chaosem gniewu, żalu i współczucia, który matka od tej chwili już przez całe życie będzie we mnie wywoływać.”.
Oglądamy świat dziecka, które żyjąc w ubóstwie, czuje, że to coś złego. Ukrywa to, że kupuje co niedzielę czerstwe drożdżówki, bo tak każą postępować bliskie jej osoby. Kiedy siedmioletnia Tove dowiaduje się, że ojca „wylali” z pracy, wie, że to nie wróży nic dobrego, choć nie do końca rozumie, co oznacza to słowo. Czując, że to jakaś hiobową wieść próbuje złapać za rękę mamę, ta jednak odpycha dłoń dziecka. Takich momentów jest wiele.
W rodzinie Tove pojawia się też przemoc, choć pojawia się w sposób trudny do przewidzenia, gdyż „Matka biła często i mocno, ale z reguły przypadkowo i niesprawiedliwie, w trakcie wymierzania kary czułam więc coś na kształt tajemnego wstydu i ciężkiej żałoby, które napędzały mi łzy do oczu i jeszcze zwiększały dzielący nas bolesny dystans. Ojciec nie bił mnie nigdy.”. To właśnie dzięki tacie dziewczynka pokochała czytanie. Z czasem zaczęła marzyć o tym, by zostać poetką, co uważano za dziecięcą fanaberię.
Tymczasem dziesięcioletnia Tove tworzy do szuflady i nie przypuszcza, że uda jej się zostać jedną z najwybitniejszych współczesnych duńskich pisarek. Nie może kontynuować nauki, bo jako nastolatka ma pracować, by wspierać rodzinę finansowo. W książce oglądamy początki kariery Ditlevsen, jej dojrzewanie, dorosłość i trudną drogę ku pisarstwu.
Jak wskazuje sam tytuł Trylogia kopenhaska” składa się z trzech części, które mamy okazję poznać w całości. Natomiast w Danii ukazywały się oddzielnie. Pierwsze dwie części: „Dzieciństwo” i „Młodość” ukazały się w 1967 roku, natomiast „Uzależnienie” wydano w 1971 roku. Teraz polscy czytelnicy mają okazję poznać książkę uznawaną za niezwykle ważne dzieło literatury światowej. Książkę na język polski przełożyła Iwona Zimnicka. Tłumaczka na koniec książki wskazuje, że trzecia część w języku duńskim nosi dwuznaczny tytuł, ponieważ słowo „gift” oznacza zarówno małżeństwo, jaki i truciznę.
Autobiograficzna proza Tove Ditlevsen wprowadza czytelników w świat bolesnego dzieciństwa, ale również przełamywania stereotypów. Ostatecznie narratorka decyduje się pójść inną drogą, niż wytyczona rola społeczna. Kobieta awansuje, ale jej poszukiwanie miejsca dla siebie nie będzie łatwe. Tove chce pisać, utrzymywać się z tego, jednak wkracza do świata zdominowanego przez mężczyzn. Ditlevsen pragnie również miłości, ale i tutaj mamy okazję przyjrzeć się jej niewłaściwym wyborom.
Czytając „Trylogię kopenhaską” niejednokrotnie zanurzamy się w mroku. Autorka pisze o trudnych doświadczeniach, czy to chodzi o dzieciństwo, czy opisując relacje z mężczyznami. Pojawiają się intymne zwierzenia dotyczące inicjacji seksualnej, a także aborcji oraz uzależnień. Mąż Tove wciąga ją w lekomanię. Pisarka mówi o tym w sposób szczery, choć cały czas towarzyszy nam poczucie, że nie wszystko zostało wypowiedziane wprost. Dzięki „Trylogii kopenhaskiej” widzimy z jakim poczuciem wstydu zmaga się narratorka tej opowieści. Wyrwała się z ubogiej dzielnicy, ale wciąż ma wrażenie, że znajduje się nie na swoim miejscu. Szuka własnej tożsamości, a przecież to mężczyźni mieli jej ją dać. Wątki feministyczne, jakie się tutaj pojawiają, okazują się niezwykle aktualne, choć przecież książka w Danii została opublikowana dawno temu. Czyta się tę prozę z poczuciem zaskoczenia, że o bolesnych sprawach można mówić właśnie w taki sposób: przyglądając się im z bliska. Trylogia sprawia wrażenie prozy, która oczyszcza i stanowi rodzaj spowiedzi. Myślę, że dobrze się stało, że polscy czytelnicy wreszcie mają okazję poznać tę poruszającą książkę.
Brzmi ciekawie, tym bardziej, że nie słyszałem o tej pisarce. Będę rozglądać się za tą książką.
Tymczasem się okazuje, że to jedna z najważniejszych duńskich pisarek – ale oczywiście do niedawna też nie miałam o tym pojęcia. 🙂