„Czas drogi” – Patrick Leigh Fermor

Czas drogi, Patrick Leigh Fermor„Szkice piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego należą do ważnych dzieł dwudziestowiecznej literatury polskiej. Ten zapis przeżyć z czasów drugiej wojny, które autor spędził głównie w Paryżu można czytać nie tylko jak dziennik, ale również jako opowieść o podróży. Bobkowski opowiada o Paryżu, a także Francji w czasie wojny. Tymczasem okazało się, że literatura angielska może pochwalić się podobnym pod pewnym względem dziełem. Chodzi o „Czas drogi” Patricka Leigha Fermora.

Wyobraźmy sobie osiemnastolatka, który zamiast na studia, rusza w świat. Porzuca Londyn i Anglię, by odbyć wyprawę do Konstantynopola. Przed młodzieńcem prawie tysiąc pięćset mil. W 1933 roku było to całkiem sporo. Zwłaszcza, że Patrick Fermor postanowił odbyć podróż tak jak włóczykij. Z kijem w ręku i plecakiem na plecach. Dzisiaj, gdy podróżowanie znowu jest czymś nie dla każdego, wielu z nas może zatęsknić za taką wędrówką. Jednak wyprawa Fermora to także podróż w czasie. Jak wyglądała rzeczywistość w latach trzydziestych? Niby wiemy, ale to co nam pokazuje młody obieżyświat fascynuje i chwilami przeraża.

Gdybym miała odbyć taką wędrówkę, z pewnością nikt by mnie nie namówił, bym zrobiła to zimą. Tymczasem Patrick Fermor zaczyna wędrówkę w czasie, kiedy dni są krótkie i mało przyjemne. Najpierw czeka go podróż statkiem do Rotterdamu, a potem przez Niderlandy do Niemiec. Tych nazistowskich, w których na ulicach można spotkać młodzież z Hitlerjugend. Czy w takim mało przyjaznym dla obcokrajowców miejscu, jest szansa na to, że ktoś przyjmie pod własny dach wędrowca? Okazuje się, że mimo swastyk, które da się zauważyć w miejscach publicznych, wciąż nie brakuje życzliwych ludzi. Są niezwykle gościnni, chętnie zapraszają do siebie młodego człowieka i rozmawiaj z nim, często wyrażając się krytycznie o nazistowskiej polityce.

Podróż Patricka pełna jest przygód, zaskakujących wydarzeń, ale najbardziej dramatyczna okazuje się utrata pamiętnika. Patrick traci plecak, ale nie ubolewa nad tym, że skradziono mu rzeczy materialne, ale z powodu utraty zapisków. One są dla niego najcenniejsze, ponieważ miały umożliwić zatrzymanie tego, co ulatuje pamięci. Niestety nie udaje się odzyskać ani notatek, ani dokumentów. Bohater musi zaczynać od zera. Jednak na swojej drodze co chwilę trafia na życzliwych ludzi, którzy pomogą mu wyjść z nawet najgorszych tarapatów.

Wyobraźmy sobie podróżnika z lat trzydziestych. Anglika, który raz nocuje w stodole, następnym razem w pałacu. Kiedy już coraz lepiej potrafi się porozumieć po niemiecku, trafia na Węgry. Tam również ogląda piękne miejsca i spotyka ciekawych ludzi. Zachwyca się Dunajem, pięknymi zamkami, a także literaturą. Paddy wędruje bowiem z tomem poezji Horacego po pachą.

Fermor spisał swoje wrażenia z podróży wiele lat po tym, jak się odbyła. Korzystał ze swoich zapisków, ale część musiał odtworzyć z pamięci. Niekiedy cytuje kartki z pamiętnika, innym razem widzimy dojrzałego pisarza, który opowiada o sobie sprzed kilku ładnych dekad. O samym niezwykle złożonym procesie powstawania „Czasu drogi” wspomina w posłowiu tłumaczka, Ewa Ledóchowska. „Czas drogi” w angielskiej wersji powstał w 1977 roku, czyli minęły aż czterdzieści cztery lata od rozpoczęcia tej młodzieńczej wędrówki. Książka, jaką poznałam, to jednak zaledwie część tej wyprawy. Mam nadzieję, że kolejne dwa tomy wkrótce zostaną przetłumaczone na język polski.

„Czas drogi” nie jest jednak przewodnikiem dla podróżników sprzed prawie stu laty. Czytając tę książkę mamy okazję zobaczyć oczyma wyobraźni świat, którego już nie ma. Autor opisuje godne uwagi miejsca, opowiada o swoich wrażeniach i przygodach. Sporo miejsca poświęca ludziom, którym udało mu się spotkać. Mamy też do czynienia z podróżą erudycyjną. Młodzieniec, któremu nie po drodze ze szkołą, okazuje się posiadać ogromną wiedzę literacką. Kiedy o młodym Fermorze pisze ten dojrzały, zdajemy sobie sprawę, że  tych dwóch ludzi wiele dzieli. Z pewnością ów starszy wie o literaturze znacznie więcej. Jednak w chwili gdy skromny Paddy podaje, jakie teksty zna na pamięć, możemy mu tylko pozazdrościć. Choć on sam uważa tę swoją wiedzę za niewystarczającą, dzisiaj niewiele osób potrafiłoby cytować tak obszerne fragmenty wielkich klasyków. Uczenie się na pamięć nie jest czymś, co dowodzi o wielkim umyśle, ale w przypadku Fermora właśnie z tym mamy do czynienia. Opisana podróż porywa czytelnika w nieznane mu światy, wpływa na wyobraźnię i szybko orientujemy się, że poznajemy kawałek naprawdę dobrej literatury. Takiej na miarę klasyków.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *