Trudno mi sobie przypomnieć, kiedy ostatnio sięgnęłam po jakąś książkę Philipa Rotha. Ładnych parę lat temu. Niestety niezbyt często zdarza mi się wracać do ulubionych lektur. Jednak przy okazji premiery filmu opartej na powieści „Amerykańska sielanka”, postanowiłam skorzystać z okazji i sięgnąć po książkę. Należę do tej grupy ludzi, którzy wolą najpierw przeczytać powieść, a dopiero potem zobaczyć jej adaptację na ekranach kin. Philip Roth znany jest za sprawą głośnej i kontrowersyjnej książki „Kompleks Portnoya”, jednak to właśnie „Amerykańska sielanka” uznawana jest za jego najlepszą powieść. Pisarz otrzymał za nią Nagrodą Pulitzera za 1998 rok.
Główny bohater i narrator „Amerykańskiej sielanki”, Nathan Zuckerman, spotyka po latach swojego szkolnego idola. Seymoura „Szweda” Levova kochali wszyscy. Zarówno dzieciaki, które podziwiały go jako sportowca, ale też dorośli – zwłaszcza matki, ponieważ był człowiekiem bez skazy, chodzącym ideałem. Gwiazda footballu, o ciele młodego boga wzbudzała zachwyt i podziw obu płci. Oprócz tego Szwed nigdy nie popadł w samozachwyt, nie wywyższał się, starał się pozostać zwyczajnym, dobrym dla innych chłopakiem.
Na pierwszy rzut oka Seymour Levov ma wszystko i stanowi ucieleśnienie amerykańskiego snu. Mimo młodego wieku zdążył jeszcze zgłosić się na ochotnika do armii, by wziąć udział w II wojnie światowej. Chciał wrócić jako bohater, ale nie udało mu się uczestniczyć w walkach, bo wojna się skończyła. Mimo wszystko wrócił do Ameryki w chwale. Poślubił piękną miss New Jersey i przejął od ojca fabrykę produkującą rękawiczki. Jak wyglądało naprawdę życie pięknych i bogatych?
Patrząc z zewnątrz wydawać by się mogło, że w głównym bohaterze odbijają się wszystkie marzenia o Ameryce. Szwedowi niczego nie brakuje, wiedzie spokojny żywot na łonie idealnej rodziny w uporządkowanym społeczeństwie. Tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Opowiadającemu o Szwedzie Nathanowi Zuckermanowi nawet po wielu latach wciąż wydaje się niemal ideałem. Jeszcze nie wie, co Levovovi zgotował los. Później sam to podsumuje: „(…) kto by się spodziewał, że życie Szweda rozpadnie się w taki dramatyczny sposób? Odłamek amerykańskiego chaosu poszybował aż do Old Rimrok i trafił prosto w Szweda. Fantastycznie przystojny, nadnaturalnych rozmiarów, opromieniony chwałą i powszechnie syconą wiarą, że rola herosa uodparnia go na zwątpienia siebie – to, że w obraz tak rozlicznych cnót uderzyła zbrodnia polityczna, przypomniało mi (…) Johna F. Kennedy’ego.” (s. 125-126). Dla Żydów mieszkających w Newark, Seymour Levov stał się taką osobą, jaką dla całej Ameryki był Kennedy.
Okazało się, że ideały człowieka, dla którego najważniejsze było spokojne życie u boku pięknej żony oraz praca, legły w gruzach. Levovom rodzi się córka, która zostanie terrorystką. Przyczyni się do śmierci kilka osób, a Szwed wciąż będzie się zastanawiał, gdzie popełnił błąd. Do tej pory wszystko bohaterowi się udawało, nie potrafił jednak zapobiec tragedii. Merry ze słodkiego dziecka, staje się nastolatką zmagającą z jąkaniem. Nie pomagają specjaliści, za to narasta typowy konflikt pokoleń. Ten jednak różni się od pozostałych kłopotów między rodzicami a dziećmi, bo śmiercią niewinnych osób. Szwed pokaże nam swą córkę, cały czas będzie roztrząsał relację między nim a Merry. Patrzymy na dziewczynę jednak niemal tylko oczyma jej ojca. Takie ujęcie nie pozwala oddać jej głosu.
Książka Philipa Rotha to wielopłaszczyznowa opowieść o Ameryce, Amerykanach, terroryzmie, czy konflikcie międzypokoleniowym. Widzimy jak następuje zderzenie idealizmu i rzeczywistości, a sielanka zmienia się w koszmar. Philip Roth bardzo dokładnie analizuje ten świat i nam go szczegółowo przedstawia. Szwed przejmuje interes po ojcu i produkuje rękawiczki, a cały ten proces poznamy niezwykle dokładnie. Każdy szczegół zostaje opisany, ponieważ praca dla bohatera jest niezwykle ważna. Widzimy też żydowską społeczność żyjącą w Newark. Kolejne pokolenia budowały sobie tu świat, który miał być rajem. Przyjęły wartości, wokół których obudowały swoją egzystencję. Ameryka stała się dla nich domem, normą był etos pracy. Kiedy to wszystko okazuje się ułudą, znika też poczucie sensu istnienia.
„Amerykańska sielanka” została napisana w taki sposób, byśmy uwierzyli w opowieść narratora, choć on sam od początku pisze, że skoro niewiele wiemy o samych sobie, to jeszcze mniej o drugim człowieku. Historia Szweda staje się retrospektywą opartą na przypuszczeniach. Roth opisuje człowieka sukcesu. Praca Szweda jako właściciela fabryki rękawiczek wydaje się nieprzypadkowa. Bohater zachowuje się w życiu, jak człowiek w białych rękawiczkach. Nie chce nikogo dotknąć, urazić, czy zostawić śladu, dlatego pozostaje bez wyrazu i bezosobowy. Jego żona popada w depresję, a w córce rodzi się bunt. Czy rzeczywiście jest to reakcja na zachowanie Levova? Przez większą część lektury będziemy się nad tym zastanawiać wraz z głównym bohaterem. Powieść świetnie oddaje klimat i rzeczywistość Ameryki drugiej połowy XX wieku. Roth łączy w tej historii dwie sprzeczności. Jednocześnie dekonstruuje sen o Ameryce, ale też pisze o tym kraju z pewną nutą melancholii.
„Kompleks Portnoya” też czytałam, ale na tym zakończyła się moja przygoda z twórczością Rotha. Kiedyś zamierzam do niej wrócić.
„Kompleks Portnoya” był bardzo kontrowersyjny i dał autorowi rozgłos. W niektórych krajach nie dopuszczono jej do sprzedaży. Myślę jednak, że „Amerykańska sielanka” to również literatura z najwyższej półki i naprawdę warto po nią sięgnąć.
Lubię książki, w której następuje demitologizacja amerykańskiego snu. Takie zestawienie pozorów, marzeń i stereotypów z rzeczywistością jest bardzo interesujące. Jeśli chodzi o Rotha, to jak na razie poznałem tylko „Wzburzenie” i czuję, że jest to zdecydowanie zbyt mało, by w pełni docenić prozę tego jegomościa.
O pisarzu robi się głośno co rok, kiedy przyznawana jest nagroda Nobla, bo jest on jednym z kandydatów do niej. Sam Roth lubi prowokować i dowodzi, że nigdy jej nie dostanie. Jeśli chodzi o „Amerykańską sielankę”, pisarz pokazuje dokładnie, jakim złudzeniem jest ów amerykański sen.
Zgadzam się, że to świetna powieść, ale ja z kolei nie do końca wierzyłem Zuckermanowi. Dla mnie wprowadzenie go jako narratora i dodatkowa warstwa narracyjna osłabiały nieco wydźwięk powieści.
Ten sposób na narrację nieco utrudnia odbiór. Z jednej strony trzeba jeszcze bardziej skupić uwagę, a z drugiej i tak zostaje pewne poczucie zagubienia, porównywalne z tym, co zrobił Gombrowicz stosując słynne ostatnie zdaniem w „Ferdydurke”.