„Muza Claudela” – Thérèse Mourlevat

Muza ClaudelaWciąż znane jest (mam nadzieję nieaktualne) powiedzenie, że dzieci i ryby głosu nie mają. Wydaje mi się, że do pewnego momentu w dziejach świata nie chciano słuchać tego, co mogłyby powiedzieć muzy wielkich artystów. Wprawdzie były inspiracją, źródłem dającym natchnienie, a jednak uwaga skupiała się na dziełu, albo twórcy. Skoro jednak człowiek potrafi być dla drugiego tak ważny, że stanowi klucz dla twórczości – może istotnie miał coś ciekawego do powiedzenia? Czytaj dalej

„Wszystkie barwy siatkówki” – Marcin Prus

Wszystkie barwy siatkówki. Marcin PrusSiatkówka wywołuje sporo emocji. I to nie tylko od wczoraj. Wydawnictwo SQN doskonale zdaje sobie sprawę z tego jak sport działa na ludzi. W ubiegłym roku pojawiła się autobiografia Marcina Prusa pt. „Wszystkie barwy siatkówki”. Zresztą było o niej głośno. Teraz w związku z Mistrzostwami Świata, pewnie niektórzy sobie o niej przypomną.

W zasadzie chyba tylko sportowcy mogą pisać autobiografie w tak młodym wieku. Marcin Prus skończył swą karierę siatkarską w 2003 roku, mając zaledwie dwadzieścia pięć lat. Zaskoczył mnie fakt, że Marcin Prus jako jedyny siatkarz w Polsce, zdecydował się na to, by opowiedzieć swoją historię.

Autor pisze o swoim dzieciństwie, które w czasach PRL-u nie wyglądało zbyt kolorowo. Przyszedł na świat w 1978 roku w niewielkim mieście – Starogardzie Gdańskim. Potrafił jednak już od najmłodszych lat spędzać sen z powiek swoim rodzicom, ponieważ był niezwykle ruchliwym dzieckiem, które potrafiło skoczyć z okna bloku: z drugiego piętra. Wprawdzie prosto w ręce babci, ale nie obyło się bez kontuzji – pęknięcia kręgosłupa w odcinku lędźwiowym.

Już jako młody chłopak dostał się do reprezentacji juniorów. Kiedy inni odpoczywali i zbijali bąki, siatkarze musieli ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Marcin Prus pokazuje jak ciężką pracą są treningi. Jednak nie ukrywa, że tego typu życie miało pewne blaski. Z jednej strony musiał zmieniać szkołę średnią, bo trudno było nadążyć mu z programem. A z drugiej reprezentacja juniorów w 1997 roku pod opieką Ireneusza Mazura została mistrzami świata juniorów, a Marcin Prus MVP (dla niewtajemniczonych takich jak ja – najlepszym juniorem świata w roczniku 1977/78).

Autor  „Wszystkich barw siatkówki” miał też taki moment, w której sensem jego życia była plażówka. Szybko jednak zaczął karierę seniora i wędrówkę po klubach. Wreszcie dostał się do kadry pod skrzydłami Huberta Jerzego Wagnera. Tak na marginesie: ostatnio głośno o biografii tego trenera, którą napisał jego syn Grzegorz Wagner.

Marcin Prus ze względów zdrowotnych musiał skończyć swoją karierę. Został dziennikarzem sportowym. Jego autobiografia pokazuje, że piękny sport może być również niebezpieczny. Niezwykle ciężka praca nie daje gwarancji sukcesu. W przypadku tego siatkarza laury wprawdzie były, ale ich koszt też był ogromny. Najpierw kontuzje, a potem dziewięć trudnych operacji sprawiło, że Prusowi nie udało się wrócić do zawodowstwa.

Książka „Wszystkie barwy siatkówki” została napisana w sposób energiczny. Jej autor pisze nieskomplikowanym językiem, bardzo bezpośrednio. Zaskoczyły mnie złote myśli autora. Co jakiś czas pojawiają się w tekście wyróżnione wtręty typu: „Prus mówi. Nie mam możliwości odwrócenia tego, co się stało. Cholerna szkoda” (s.104). Jakoś zupełnie nie rozumiem, po co te dodatki? Może dla tych, którzy chcieliby się wzorować na autorze?

Z autobiografii wyłania się trochę gorzki obraz polskiej siatkówki. Z jednej strony wspaniali kibice i chwile sławy. A z drugiej niezwykle trudna i żmudna praca, która wprawdzie dała efekty, ale zdrowie nie pozwoliło kontynuować Prusowi kariery. Ktoś, kto był rozpoznawany nie tylko dzięki swoim farbowanym włosom, nagle odchodzi w cień. To musi boleć równie mocno, jak kontuzje. Czytelnicy, którzy są fanami siatkówki z pewnością przeczytają tę pozycję jednym tchem (o ile już tego nie zrobili). Mogą jednak odczuć pewien niedosyt. Otrzymujemy bowiem anegdoty, obraz kariery bohatera – nie zawsze usłanej różami. Mnie jednak nie do końca przekonał styl autora i jego poczucie humoru. Chciałabym się dowiedzieć nieco więcej. Zwłaszcza o podróżach zagranicznych Marcina Prusa.

Dlaczego sięgnęłam po tę książkę? Otóż jej autor uczęszczał do tego samego liceum, co ja. W dołączonych do autobiografii fotografiach mogę oglądać swoich znajomych ze szkoły, ponieważ autor dodał zdjęcia swojej klasy z podstawówki i liceum (jesteśmy z tego samego rocznika). Obserwowaliśmy jego sukcesy, cieszyliśmy się, że ktoś od nas robi sportową karierę, ale nie wiedzieliśmy, jak wyglądało prawdziwe życie Marcina Prusa. Teraz zobaczyliśmy je jego oczyma.

„Uparte serce. Biografia Poświatowskiej” – Kalina Błażejowska

Uparte serceZnana poetka – Halina Poświatowska – pisała w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Głównym motywem w jej twórczości była miłość i śmierć. Dlaczego wybierała takie a nie inne tematy dla swoich wierszy? Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w biografii autorstwa Kaliny Błażejowskiej pt. „Uparte serce”.

Halina Poświatowska urodziła się w 1935 roku w Częstochowie jako Helena Myga. Wojna odcisnęła na niej olbrzymie piętno. W styczniu 1945 roku, w czasie wyzwalania miasta, przebywała z rodziną w piwnicy, gdzie zaraziła się paciorkowcem. Skutki były tragiczne. Doszło do zapalenia stawów, a następnie do powstania poważnej wady serca.

Przez chorobę Haśka nie miała dzieciństwa takiego jak inni. Nie mogła chodzić normalnie do szkoły, bo większą część życia spędzała w łóżku – czy w domu, czy w szpitalu, czy sanatoriach. W tym ostatnim miejscu poznała swego męża Adolfa Poświatowskiego. On również ciężko chorował na serce. Halina została wdową w dwudziestym pierwszym roku życia. Wtedy też zadebiutowała w „Gazecie Częstochowskiej”.

Kiedy lekarzem Haliny Poświatowskiej został Julian Aleksandrowicz, w jej życiu pojawiła się nadzieja. Leczyła się III Klinice Chorób Wewnętrznych w Krakowie, zaprzyjaźniła się z profesorem, a on pomógł jej wyjechać do Stanów na operację. Aleksandrowicz poznał Haśkę z Szymborską…

W Ameryce Poświatowska zobaczyła inny świat, zupełnie inny niż ten za żelazną kurtyną. W 1958 roku Nowy Jork był tętniącą życiem metropolią, jakże inną niż Częstochowa, czy Kraków. Dzięki zbiórce wśród Polonii amerykańskiej Haśka zdobyła fundusze na operację. Kiedy ta się udała, postanowiła kształcić się w Stanach. Zdobyła stypendium, dzięki któremu ukończyła Smith College w Northampton. Mogła kontynuować naukę w prestiżowym Stanford, ale zdecydowała się na powrót do Polski – do Krakowa. Tam ukończyła filozofię, a następnie zaczęła pracę na uczelni.

Halina Poświatowska wiele zawdzięczała matce. Ona opiekowała się Haśką, kiedy ta chorowała, pomagała jej wydawać poezję. Tak organizowała Halinie życie, żeby tylko nie nadwyrężać słabego serca córki, ale jednocześnie pozwolić jej na możliwie normalną egzystencję. A Halina była niezwykle uparta w tej walce, gdyż wszystkie sprawy musiała podporządkować swemu sercu. Poświatowska nie poddawała się jednak łatwo. Mimo to choroba miała ogromny wpływ na to kim była i jak żyła.

Kalina Błażejowska pokazuje jak ważna w życiu Haliny Poświatowskiej była miłość. Najpierw do męża Adasia (lepiej brzmiało niż właściwe: Adolf), potem do kolejnych mężczyzn. Zaskakuje jak często i jak wielu mężczyzn kochała. Zwykle byli to ludzie, albo chorzy, albo niedostępni (żonaci). Kiedy zakocha się w zdrowym Lubomirze Zającu również ten wybór nie przyniesie jej wiele dobrego, a niemal doprowadzi ją do kryminału i do śmierci. Podczas jednej z burzliwych kłótni z Lubomirem dokonuje nieudanej próby samobójczej, połyka fiolkę tabletek.

Książka „Uparte serce” została napisana w taki sposób, że trudno się od niej oderwać. Obserwujemy walkę Haliny Poświatowskiej o życie z zapartym tchem. Nawet jej twórczość schodzi na dalszy plan, choć oczywiście w biografii nie zabraknie najważniejszych utworów poetki. Kalina Błażejowska nieco zbeletryzowała biografię, dzięki czemu czytający odczuwa te same emocje, które mogła przeżywać Poświatowska.

Portret Haliny kreślony przez Błażejowską jest niezwykle intymny. Widzimy co czuła poetka. Dzięki temu staje się nam bliska. Kiedy za sprawą tej biografii pozna się tę artystkę, łatwiej zrozumieć ją jako człowieka. Choroba sprawiła, że wciąż musiała się wsłuchiwać w bicie swego serca. I choć Poświatowska odeszła mając zaledwie 32 lata, starała się wykorzystać każdą chwilę swego istnienia i jej nie marnować.

Dzięki biografii obserwujemy fascynujące życie poetki, tak często mylonej, a przynajmniej porównywanej do Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. W „Upartym sercu” zobaczymy też czasy, w których żyła Poświatowska i ludzi, z którymi miała do czynienia. W swej książce Kalina Błażejowska oparła się na licznych źródłach, np. listach udostępnionych przez rodzinę poetki. Wszystko po to, byśmy poznali prawdziwą Halinę, a nie jej sentymentalną ikonę. Książka jest też napisana pięknym językiem, w taki sposób, byśmy choć trochę poznali ból poetki, dlatego nie da się wyłączyć emocji podczas lektury tej biografii.

Dziękuję Wydawnictwu Znak za książkę.

„Moja walka. Księga pierwsza” – Karl Ove Knausgård

Moja walkaPopularny autor ze Skandynawii wcale nie musi być twórcą kryminałów. Doskonałym przykładem może być Karl Ove Knausgård i jego głośna już książka „Moja walka”. W podtytule otrzymujemy podpowiedź, że mamy do czynienia  z powieścią. Oczywiście dla precyzji należy dodać, że jest to powieść o charakterze autobiograficznym.

Karl Ove Knausgård najpierw nas zwodzi. Daje nam magdalenkę na wzór „Straconego czasu” Marcela Prousta, by zwrócić na siebie uwagę. Jest jak wędkarz, a nawiązania do autora „W stronę Swanna” są niewątpliwie przynętą dla miłośników książek na najwyższym poziomie. Dla równowagi otrzymujemy skojarzenie z Adolfem Hitlerem i jego „Mein Kampf”. Na szczęście bohaterowi opowieści  Knausgårda chodzi nie o ideologie, a o życie.

Pisarz w „Mojej walce” opowiada o sobie. Jest tak szczery, że rodzina wytoczyła mu proces. Książka na szczęście pojawiła się w druku, niektórym bohaterom jedynie zmieniono imiona (ale nie nazwiska). A Karl Ove niczego nie zamiata pod dywan, wręcz odwrotnie: na światło dzienne wypływają takie fakty, które każda rodzina wolałaby pomijać, np.  alkoholizm ojca autora, czy zamiłowanie do trunków babci.

Często się zdarza, że sięgając po jakąś powieść, zastanawiamy się ile w niej pojawia się elementów autobiograficznych. Tutaj nie musimy się niczego doszukiwać. Knausgård opisuje swoje życie, na dodatek w w skali makro. Drobiazgowo rekonstruuje swoje wspomnienia. Poznajemy na razie mały wycinek, bo otrzymujemy na razie pierwszą z sześciu części owej walki.

Na czym polega niezwykłość tej książki? Przede wszystkim zaskakuje, że choć nie ma w „Mojej walce” jakiejś wciągającej akcji, to czyta się ją rewelacyjnie. Z zapartym tchem śledzimy zmagania bohatera z jego egzystencją. Nawet jeśli nic się nie dzieje, Karl Ove potrafi tak obudować w słowa uczucia czy opisy, że chcemy poznawać tę prozę. A styl Knausg?rda mocno różni się od tego, który znamy z naszego podwórka. W „Mojej walce” brakuje ozdobników, dostajemy tylko esencję. Aż trudno uwierzyć, że opowieść będzie liczyła ponad 3500 stron.

Autor książki pisze dwutorowo. Pierwsza część książki dotyczy dzieciństwa Karla Knausgårda. Brak zrozumienia ze strony strony ojca, pierwsze miłości i imprezy. Najważniejszą postacią jest ojciec. Karl Ove pragnie jego akceptacji, ale jej nie uzyskuje. Mógłby porozmawiać z matką, ale ta wciąż jest nieobecna. Ot, banalna historia chciałoby się powiedzieć, ale wnikliwe analizy i obserwacje autora sprawiają, że powstaje coś odkrywczego.

Z kolei na drugim torze mamy do czynienia z dojrzałym bohaterem, który na wieść o śmierci ojca, przybywa z bratem do domu babki, by zorganizować pogrzeb. Willa dziadków nie jest już taka, jak Karl Ove zapamiętał ją z dzieciństwa. Teraz za sprawą alkoholizmu ojca, niedołężności babki, popadła w ruinę. Jednak przed pogrzebem bracia pragną doprowadzić ją do stanu sprzed lat. Ta część choć dotyczy rzeczy pozornie zwyczajnej, czyli przygotowań do pogrzebu, pozwala narratorowi nie tylko uporządkować własne mieszkanie, ale też uczucia: wobec ojca, brata. Pozwala też przemyśleć swój stosunek do życia i śmierci.

Dla Karla Ove Knausgårda ciało ojca po śmierci stopniowo ulega uprzedmiotowieniu. Już nie jest kimś, kto przez całe życie był apodyktyczny i niedostępny, tylko czymś. Pisze: „Teraz widziałem to, co pozbawione życia. Widziałem, że nie ma różnicy między tym, co kiedyś było moim ojcem, a ojcem, a stołem, na którym leżał, podłogą na której stał stół, gniazdkiem w ścianie pod oknem czy kablem biegnącym do kinkietu. Bo człowiek jest jedynie formą wśród innych form, w których nieustannie wyraża się świat, nie tylko żywych, lecz również martwych, zapisanych na piasku, kamieniu, wodzie” (s. 547). Śmierć staje się czymś zwyczajnym.

Autor książki posiada dar opowiadania o sprawach zwyczajnych, a nawet banalnych. Bo przecież takich historii można przytaczać wiele. Jednak nikt nie potrafi o nich pisać tak jak Karl Ove Knausgård. Nie trzeba się tu dopatrywać sensacji, porównań do Prousta. Wystarczy dać się wciągnąć w ten świat rzeczy i uczuć. Okaże się, że zapomnimy o autobiografizmie, nie będziemy się doszukiwali ekshibicjonizmu u pisarza, a to co tak normalne, czyli życie, wciągnie nas bardziej niż jakakolwiek sensacja czy kryminał.

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za książkę.

„Księga stylu Coco Chanel” – Karen Karbo

Księga stylu Coco ChanelJeśli ktoś choć raz był w Paryżu, zaraz zwróci uwagę na paryski szyk. Wystarczy przejść się ulicą, aby natychmiast wyłowić wzrokiem paryżanki, które tak bardzo różnią się od turystów. W ubiegłym wieku Paryż był nie tylko miastem mody, ale i artystyczną stolicą świata. Dzisiaj traktujemy ubrania niemal jak dzieła sztuki, między innymi za sprawą takich artystek jak Coco Chanel, która oprócz pięknych ubrań dała kobietom wolność…

Książka Karen Karbo: „Księga stylu Coco Chanel. Jak stać się elegancką kobietą z klasą” nieco mnie wywiodła w pole. Spodziewałam się typowego poradnika, na który nawet nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie to słynne nazwisko w tytule. A tu otrzymałam też biografię Coco Chanel, która według mnie jest bardzo ciekawą postacią, więc to właśnie jej wolałam się przyjrzeć a modzie przy okazji.

Amerykańska autorka Karen Karbo specjalizuje się w pisaniu biografii znanych postaci: np. Audrey Hepburn, Julii Child. Oprócz tego publikuje artykuły w znanych pismach: „Elle”, „Vogue”, „New York Times”. Mnie zaskoczyło w książce „Księga stylu Coco Chanel” niezwykle nowoczesne podejście do tematu.

Publikacja nie jest w zasadzie stricte biografią, czy poradnikiem – a ich połączeniem. Znajdziemy w niej przemyślenia autorki na temat stylu Coco Chanel, a przy okazji niejako poznajemy życie tytułowej bohaterki, jej drogę na sam szczyt. Przecież taka kariera dziecka wychowanego w sierocińcu przez siostry zakonne nie była realna. W tamtych czasach biedne dziewczyny chcąc osiągnąć sukces często kończyły zwyczajnie na ulicy. Na początku XX wieku niewiele było dróg, którymi mogła podążyć młoda kobieta. Najłatwiejszą było zamążpójście. Tylko, że żaden dobrze sytuowany mężczyzna nie pozwoliłby sobie na mezalians i nie poślubiłby dziewczyny źle urodzonej.

Coco Chanel, żeby przetrwać, musiała stać się silną osobą, wręcz hardą. Dzięki temu zdołała osiągnąć cel – stała się niezależną kobietą. Aby tego dokonać potrzebowała pomocy… mężczyzn. Karen Karbo wymienia nie tylko kochanków Chanel, ale pokazuje, co od każdego z nich otrzymała. Jej największą miłością był Boy Capel. On dał jej pożyczkę, dzięki której mogła otworzyć Chanel Modes, gdzie sprzedawała zaprojektowane przez siebie spódnice i kardigany. Jako, że wybuchła I wojna światowa ten pierwszy dom mody był w Deauville, ale to właśnie tam uciekły wszystkie (bogate) paryżanki.

Tak zaczęła się kariera Coco Chanel. Ona właśnie wyzwoliła kobiety z wielkich i niewygodnych kapeluszy, dając im w zamian słomkowe, czy w marynarskim stylu. Pozwoliła kobietom oddychać pełną piersią odrzucając gorsety, wreszcie mogły czuć się swobodnie. Coco postawiła na wygodę, a to była rewolucja. Dzięki niej mamy „małą czarną”, ubrania z dżerseju, kardigany, stroje sportowe, czy słynne żakiety. Do tego dochodzą perfumy. Któż nie słyszał o Chanel No. 5?

Karen Karbo opowiada o tym jak być elegancką opierając się przede wszystkim na biografii Coco. Tyle, że tytułowa bohaterka uwielbiała konfabulować. Po latach powstała pewna legenda, z której trudno oddzielić prawdę od kłamstwa. Autorka szuka dla współczesnych kobiet złotego środka w drodze do określenia własnego, indywidualnego stylu. Nie każe nam wybierać najdroższych ubrań, z najnowszych kolekcji. Pozwala nam być taką jak Chanel – niezależną i wolną

Książka „Księga stylu Coco Chanel” może być też historią o kobiecie, która całe życie szukała wolności. Nigdy nie wyszła za mąż, bo – jak powiedziała: „Małżeństwa zawiera się dla bezpieczeństwa i prestiżu. Mnie to nie interesuje”. Dzięki takim kobietom jak one, możemy wybierać, kim chcemy być oraz jak chcemy się ubierać.

Autorka starała się w książce połączyć biografię z poradnikiem. Jako miłośniczce historii bardziej interesowało mnie samo życie Chanel, więc na początku byłam nieco zdezorientowana. Styl Karen Karbo z pewnością przemówi do młodych kobiet, które chcą podczas czytania się dobrze bawić, gdyż autorka stara się pisać w sposób ironiczny i dowcipny. Ma dystans zarówno do głównej bohaterki oraz do samej siebie. Dlatego, choć książka jest pozornie lekka, pokazuje, jak wiele pracy trzeba włożyć, by osiągnąć wymarzony cel. Odrobina szczęścia też się przyda…

Książkę przeczytałam dzięki Wydawnictwu Literackiemu.

„Zasrane życie mojego ojca, zasrane życie mojej matki i moja zasrana młodość” – Andreas Altmann

Zasrane życie mojego ojca, zasrane życie mojej matki i moja zasrana młodosćAndreas Altmann nazywany jest mistrzem reportażu. Pisze książki podróżnicze, za które otrzymał nagrodę Egona Erwina Kirscha, uhonorowany został nagrodą literacką Seumego. W Polsce ten niemiecki autor raczej nie jest zbyt znany. Zetknęłam się z tym nazwiskiem za sprawą książki, po którą sięgnęłam. Trzeba przyznać, że jej tytuł brzmi bardzo intrygująco: „Zasrane życie mojego ojca, zasrane życie mojej matki i moja zasrana młodość”, zwłaszcza w oryginale („Das Scheißleben meines Vaters, das Scheißleben meiner Mutter und meine eigene Scheißjugend”).

Książka opowiada o życiu osoby, która została ofiarą przemocy domowej. Andreas Altmann doświadczał jej z ręki ojca, ale ze strony matki również nie otrzymał żadnego wsparcia. Jak traumatyczne przeżycia wpłyną na dalsze losy głównego bohatera? Kim się stanie jako dorosły?

Ojciec autora książki był SS-manem, który przeżył wojnę, mimo że walczył na froncie wschodnim. Te doświadczenia pozostawiły w nim trwały ślad. Kiedy powrócił do domu, stał się tyranem. Z zewnątrz nic nie wskazywało na to, co może się dziać w domu Altmannów. Przecież żyjący w Bawarii katolik, król różańcowy, utrzymujący się z produkcji dewocjonaliów, nie mógł być złym ojcem. Pozory jednak myliły. Altötting, miejsce do którego podążali pielgrzymi, stało się dla Andreasa źródłem nieszczęść, bo właśnie tam doznał tak wielu krzywd. W tym miejscu warto przypomnieć sobie „Rozmowy z katem” Kazimierza Moczarskiego. Młodość Jürgena Stroopa, późniejszego likwidatora getta warszawskiego, przebiegała w podobnym miejscu.

Najpierw matka, kiedy dowiedziała się, że urodziła trzeciego syna, postanowiła udusić go poduszką. Miała dość tego, że na świat przychodzą kolejni chłopcy, czyli potencjalne źródła przemocy w przyszłości. Przez kilka lat Andreas nie doznaje krzywd ze strony ojca. Niemal wyparł go ze swojej pamięci. Kiedy jednak uświadomi sobie jego istnienie, nie będzie potrafił przytoczyć o Franzu Xawierze Altmannie żadnych dobrych opowieści.

Bijący dzieci do nieprzytomności, zmuszający ich do ciężkiej pracy fizycznej w rodzinnej firmie, głodzący własne pociechy, dla Andreasa staje się kimś, w kim widzi jedynie kata. Czuje do ojca tylko jedno – czystą nienawiść. Brak wsparcia ze strony słabej matki, będzie kolejnym źródłem upokorzeń i cierpień. Dla głównego bohatera tej opowieści pozostanie atawistyczna walka o przetrwanie, człowieczeństwo nie ma racji bytu w domu Altmannów.

Po latach Andreas uwolni się od ojca, ale trudno mu będzie odnaleźć się w życiu. Kiedy zacznie się uczyć w szkole z internatem, brak przemocy doprowadzi go do depresji. Jak odnaleźć dla siebie drogę życiową, jeśli nigdy nie otrzymało się od bliskich choćby jednego słowa wsparcia? Czy możliwe jest prowadzenie szczęśliwego życia i związania się z kimś? Zaufania drugiej osobie, na tyle by stworzyć relację opartą na miłości?

Autobiografia zaskakuje stylem, w jakim Andreas Altmann opisuje swoje doświadczenia z dzieciństwa. Autor pisząc o niewyobrażalnym cierpieniu, aktach przemocy ze strony ojca, posługuje się niemal zimnymi obrazami, wyzutymi z emocji. Kreśli te obrazy z chirurgiczną precyzją, nie pomija niczego. Zostajemy świadkami katowania dzieci Altmannów, by niemal poczuć cierpienia na własnej skórze. Dzięki temu doskonale rozumiemy autora. Akceptujemy to, kim się stał. Choćby jego ateistyczne poglądy. Andreas Altmann na pewnym etapie życia zrozumiał, że jego ojciec jest hipokrytą. A nie chcąc być takim jak on, całkowicie odrzucił religię, bo była dla niego źródłem zła. Bohater odciął się od wszystkiego, co kojarzyło mu się z Franzem Xawierem.

Książka pokazuje, jak bardzo dzieci potrzebują wsparcia i uczuć ze strony rodziców. Jeśli tego zabraknie, trudno im będzie prowadzić życie pewnych siebie osób. Brak miłości powodował u Altmanna sporo zaburzeń, choćby potrzebę autodestrukcji – byle tylko ktoś go zauważył. Aby napisać taką szczerą książkę potrzeba naprawdę sporo odwagi. Z jednej strony przecież odkrywamy całą rodzinę, ale też obnażamy siebie, odsłaniając własne słabości. Czy jednak Andreas wybaczył swojemu ojcu? Z pewnością nauczył się mu współczuć. Franzowi się nie udało w życiu, gdyż na świat przyszedł w najgorszym możliwym momencie. Jego synowi się udało osiągnąć cel – został reporterem. Przeszłość będzie jednak mu wciąż towarzyszyła. Książka pozwala autorowi uporać się z przeszłością, nas – czytelników – natomiast porusza.

Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za autobiografię.