Paulina Wilk o dzieciach transformacji w książce „Znaki szczególne”

Znaki szczególneZacznę od tego, że należę do tego samego pokolenia, co Paulina Wilk. Jest to istotne, gdyż każdy trzydziestoparolatek będzie podchodził do „Znaków szczególnych” z pewnym sentymentem. Książka została napisana o nas – całym pokoleniu, które urodzone między 1975 a 1985 rokiem, wkraczało w okres transformacji jeszcze jako osoby nieświadome, by dorastać już w wolnej Polsce.

Paulina Wilk w „Znakach szczególnych” przygląda się swojemu dzieciństwu oraz dojrzewaniu Jednak nie jest skupiona tylko na sobie. Stara się spojrzeć na ten okres z szerszej perspektywy, właśnie dlatego posługuje się cały czas zaimkiem „my”. Bohaterem staje się zatem cała generacja. Ma to pewne minusy, bo łatwo popaść w stereotypy, czy posługiwać utartymi kliszami. Moim jednak zdaniem autorka się obroniła.

Opisując rzeczy, które zapamiętała z czasów PRL-u, pokazała, jak bardzo różnił się tamten świat od tego, który mamy obecnie. Aby jednak określić naszą tożsamość, trzeba sięgnąć do tego, co nas ukształtowało. Paulina Wilk przytacza historie, które według niej były najbardziej typowe dla czasów przed 1989 rokiem. Łączyło nas wiele, choćby ciągłe poczucie braku i niedoboru. Dzięki temu, że niewiele można było mieć, byliśmy tacy sami. Niewidoczne były różnice majątkowe, bo i tak wszyscy ubierali się tak samo, bawili się w tych samych piaskownicach. Do zabawy wystarczyły kapsle, rowery po starszym rodzeństwie, a zimą sanki z metalowymi płozami. Marzenia również były podobne, choćby takie, by mieć magiczny ołówek z dobranocki „Zaczarowany ołówek”, a wtedy nasze kłopoty zostałyby natychmiast rozwiązane. Świat był prosty i przewidywalny.

Kiedy jednak nastał rok 1989, nagle coś zaczęło się zmieniać. Pojawiać zaczęły się przedmioty, które niesamowicie podziałały na wyobraźnię dziecięcą. Najpierw jednak główna bohaterka wraz ze swoim rocznikiem mogła przystąpić do Pierwszej Komunii. Wcześniej kościół był jednym z wielu budynków, którego wnętrza dzieci nawet nie znały – nie mogły jawnie uczestniczyć w mszach, jako latorośle wojskowych. A tu nagle komunia z całą tą uroczystą otoczką, podczas której pojawiać zaczęły się prezenty, których nawet najśmielsza wyobraźnia nie potrafiłaby wymyślić: BMX-y, zegarki elektroniczne, kalkulatory na baterie słoneczne. Prezenty zaczynały pokazywać już pewne różnice występujące między dziewięciolatkami, czy raczej ich rodzicami.

W „Znakach szczególnych” Paulina Wilk ze szczególnym sentymentem opisuje czasy swego dzieciństwa. Nie ma zamiaru jednak nostalgią darzyć PRL-u, a pewne pozytywne rzeczy, które utraciliśmy po odzyskaniu wolności. Nagle owo „my” zaczęło się rozpadać na poszczególne „ja”. Polacy postanowili nadrobić stracony czas, a ich głównym pragnieniem stało się dogonienie Zachodu. Autorka nie krytykuje przemian i demokracji, skupia się bardziej na krytyce wyścigu szczurów, którego stała się świadkiem i mimowolną uczestniczką. Najbardziej przerażające okazało się tempo, w którym następowała transformacja. Kolejne ideały stopniowo zaczęły sięgać bruku.

Pokolenie trzydziestolatków w pewnym momencie zaczęło zauważać, że podczas tej pogoni za Zachodem, sporo też straciliśmy. Oglądaliśmy się na wielki świat, nie widząc jak tracimy poczucie wspólnoty. Nikt już nie wpada spontanicznie do sąsiada po szklankę cukru, czy nie chodzi na niezapowiedziane wizyty do koleżanki. Dzieci również nie mają możliwości, by się nudzić, czy ganiać po podwórku. Wpadliśmy w pułapkę kolejnego systemu, bo patrzyliśmy na niego bezkrytycznie. Teraz 25 lat po przemianie, zaczynamy otwierać oczy i zauważać, że nie wszystko jest tak doskonałe, jak sobie to zaplanowaliśmy, czy jak nas zaprogramowano.

Czytając książkę Pauliny Wilk miałam problem, by czytać ją inaczej niż z perspektywy „my”. Jako, że należę do tego pokolenia, czułam, że „Znaki szczególne” są dla mnie i o mnie. Myślę jednak, że książka trafić powinna i do starszego, i młodszego pokolenia. Ci ostatni nie potrafią sobie wyobrazić PRL-u, a niekiedy ten czas jest dla nich absurdalnym obrazem z filmów Barei – groteską, która nie mogła wydarzyć się naprawdę. Warto posłuchać głosu Pauliny Wilk o tym, jak rozpadło się nasze pokolenie, by nabrać dystansu do wielu spraw. Autorka daje nam wyraźny sygnał, że warto zahamować i spokojnie spojrzeć wstecz teraz, a nie za dwadzieścia lat, kiedy będzie już za późno na zmiany.

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za książkę.

„Niezwykła historia Marvel Comics” – Sean Howe

Niezwykła historia Marvel ComicsDlaczego komiksy są tak popularne? Jak to się stało, że coś czego kiedyś nie traktowano poważnie, dziś uznawane jest za sztukę? Wiele pokoleń miało do czynienia z komiksami, ale dopiero teraz te dzieła popkultury zaczynają się cieszyć uznaniem.

Sean Howe podjął się trudnego zadania. W książce „Niezwykła historia Marvel Comics” opowiedział o tym, jak narodziły się kolejne postacie superbohaterów, których wszyscy znają: Spider-Mana, Hulka, Iron-Mana, Kapitana Ameryki i wielu innych. Nawet jeśli nie zetknęliśmy się z tymi komiksami, to przecież doskonale znamy te postacie, czy z filmów, czy ubrań, a nawet pościeli, które kupujemy własnym dzieciom. Dzięki kompendium wiedzy o Marvelu, które otrzymujemy dzięki książce Howe’a, uświadomiłam sobie, że właściwie tylko Batman i Superman pochodzą z innej firmy – DC Comics.

Aby prześledzić tę kilkudziesięcioletnią historię, autor przeprowadził wywiady z setką osób, które przyczyniły się do narodzin kolejnych popularnych komiksów. Najbardziej zaskoczyła mnie przypadkowość powstawania kolejnych bohaterów komiksów. Sam proces twórczy trudno mi było sobie wcześniej wyobrazić. Traktowanie pracowników przez zarządzających Marvelem przypominało niemal obóz pracy, w której liczy się tylko i wyłącznie zysk. Nie było mowy o żadnych prawach autorskich, a twórcy komiksów zmieniali się niemal jak w kalejdoskopie. Tylko kilka osób było opoką Marvela, inni nie mogli sobie pozwolić na grymaszenie. Największe wydawnictwo komiksowe świata uważało, że właśnie ono jest właścicielem wszystkich praw do superbohaterów, którzy w nim powstawali.

Ci, którzy tworzyli komiksy, pracowali za marne pieniądze. Czas ciągle gonił, bo trzeba było zamknąć numer w terminie. O ośmiogodzinnym trybie pracy nikt nie słyszał, więc ci którzy nie wytrzymywali tempa, albo musieli sami odejść, albo byli wyrzucani z wydawnictwa. Sean Howe przywołuje tak ogromną ilość osób, które tworzyły kolejne komiksy, że nie sposób ich nawet zapamiętać. Najważniejsi z nich zostali jednak opisani bardziej dokładnie, choćby: Stan Lee, Frank Miller, Todd McFarlane, Jim Shooter i Jack Kirby.

Kiedy czytałam „Niezwykłą historię Marvel Comics” początkowo czułam się jakbym przeniosła się prosto do serialu Mad Men. W tym filmie pokazano również prężnie działającą amerykańską firmę, ale zajmującą się reklamami. W wydawnictwie komiksowym panował podobny klimat. Intrygi, układy, knucie za plecami, zdrady były na porządku dziennym. A jednocześnie kwitła wspaniała praca twórcza, która dała niespotykane wcześniej Uniwersum. Oczywiście historie nie były oderwane od ziemskiej rzeczywistości, bo to co się działo w komiksach nawiązywało do realnych wydarzeń, czy odzwierciedlało poglądy, filozofię ich twórców.

Sean Howe opisując historię firmy wydawniczej pokazuje również, jakie przemiany społeczne, kulturowe, światopoglądowe miały miejsce w Ameryce. Wszystko to odbijało się w komiksach. Mitologia, która powstała w Marvelu, nie była oderwana od tej rzeczywistości. Dlatego właśnie sięgnęłam po taką książkę, by dowiedzieć się jakie czynniki miały wpływ na powstawanie kolejnych komiksów. Historia mnie zaskoczyła, ponieważ było mi zupełnie obca. W czasie kiedy sięgałam po komiksy w sposób naturalny, czyli jako nastolatka, mogłam sobie poczytać „Tytusa”, „Kajko i Kokosza”, ewentualnie „Kapitana Klossa”. Dziś mogę przyjrzeć się Spider-Manowi, czy Fantastycznej Czwórce jako ikonom popkultury, ale przez zupełnie nowy pryzmat.

Dziękuję Wydawnictwu SQN za książkę.

„Beksińscy. Portret podwójny” – Magdalena Grzebałkowska

Beksińscy. Portret podwójnyPodczas Literackiego Sopotu, niektóre spotkania ze szwedzkimi pisarkami prowadziła znana dziennikarka – Magdalena Grzebałkowska. Potem jednak na jakiś czas zniknęła mi z oczu. Okazało się, że pisała biografię Beksińskich. Książkę, o której było głośno jeszcze na długo przed jej wydaniem. Przyczyną tego faktu są opisywane postacie, ale i pióro autorki, która zasłynęła również innym dziełem – „Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego”.

Magdalena Grzebałkowska nie pisze tej podwójnej biografii z pozycji na kolanach. Do Beksińskich ma dystans. Jak sama mówi, wiedziała kim są, ale dotąd zbytnio nie przykuwali jej uwagi. Słuchała tej samej muzyki co Tomasz Beksiński, ale nie była fanką jego audycji w radiowej Trójce. Znała obrazy Zbigniewa, jednak nie pochylała się do tej pory nad tymi pracami ze szczególnym uwielbieniem. Książka powstała na zlecenie, wszystko zostało jasno określone w wywiadach, których udzieliła do tej pory autorka.

Reporterka sięgnęła do licznych źródeł, by opowiedzieć tę historię. Opowiada o Beksińskich od początku do końca, choć nie zawsze w sposób chronologiczny. Dzięki temu, moim zdaniem jest bardziej interesująco. Przede wszystkim dowiadujemy się skąd się wywodzi rodzina. Jak wpłynęli na Zdzisława Beksińskiego jego przodkowie oraz dom. Żyjący na prowincji w Sanoku chłopczyk, który zostanie znanym malarzem traktowany jest po pańsku. Urodził się w 1929 roku, więc dane mu jeszcze było poznać życie, które po wojnie ma zostać całkowicie wymazane przez władze ludowe. Przed wojną w Sanoku żyją obok siebie Polacy, Żydzi i Ukraińcy. Dorosły Zdzisław będzie zawsze odcinał się od antysemityzmu, choćby dzięki zdarzeniu, które kiedyś obserwował. Widział obrzęd rzucania z wieży kukły Judasza. Chłopczyk Zdziś jest zafascynowany całą tą inscenizacją, jako dorosły zrozumie jej cel.

Dom, w którym dorasta Zdzisław, a potem Tomasz wychował pięć pokoleń Beksińskich. Miejsce to stanie się również przekleństwem obu mężczyzn, od którego spróbują się oderwać. W końcu przeniosą się do Warszawy, która może zaoferować im szersze perspektywy, niezależność. Ale czy na pewno? Chylący się ku upadkowi dom w Sanoku, pełen tajemniczych korytarzy, ukształtował ich, więc nigdy im się nie uda od niego odciąć. Kiedy czytamy opisy tego miejsca, zostajemy wrzuceni w sam środek lektury „Sklepów Cynamonowych” Brunona Schulza. Klimat jest zupełnie taki sam.

Po wojnie Zdzisław z woli ojca ma wybrać konkretny zawód. Zostaje więc inżynierem, który pracuje w Zakładach Autosanu, firmie należącej kiedyś do jego rodziny. Żyjąc w cieniu ojca, dopiero po jego śmierci mógł zacząć się rozwijać artystycznie, ale jako samouk. Praca w państwowym zakładzie służy do tego, by móc wynosić materiały potrzebne do działalności twórczej. Zdzisław nie ma z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia.

W 1958 roku Beksińskim rodzi się syn. Dostaje na imię Tomasz – na cześć autora „Czarodziejskiej Góry”. Opiekę nad dzieckiem sprawuje żona Zdzisława. Zofia jest moim zdaniem najbardziej intrygującą postacią tej podwójnej biografii, ponieważ niewiele o niej wiadomo. Trudno niekiedy nawet wyobrazić sobie, co mogła czuć, czy myśleć. Kim była i jaka była? Całkowicie oddała się rodzinie i bliskim, nie zostawiając niczego dla siebie. Stała się duchem opiekuńczym Zdzisława i Tomasza. Bez niej żaden z nich by sobie nie poradził.

Magdalena Grzebałkowska pisze, że biografia jest książką o miłości. Właściwie chciałoby się dodać, że jest to opowieść o braku umiejętności okazywania sobie uczuć. Zdzisław Beksiński nie pragnął dziecka, brzydził się niemowlakami. Tomek za to stał się odbiciem jego samego z dwudziestolecia międzywojennego. Równie samotny, ale bez służby, która mogłaby się nim zająć. Rósł bez żadnych ograniczeń, pozwalano mu właściwie  na wszystko, ale nigdy nie został przez ojca przytulony, nie czuł się przez niego akceptowany.

Tomek już jako dziecko ucieka do świata fikcji. Nawet gdy dorośnie, będzie czternastolatkiem w ciele mężczyzny. Jego uzależnienie od rodziców, brak samodzielności, jeszcze się pogłębi po tym, jak ojciec w latach siedemdziesiątych zacznie odnosić sukcesy. Wreszcie będą mieli pieniądze na płyty, jedyny obiekt pożądania Zdzisława, a wkrótce i Tomasza. Ojciec uwielbia muzykę, syn nie potrafi się bez niej obejść. Dlatego też może prowadzić niezwykłe audycje radiowe, bo posiada takie krążki, o których inni mogą tylko marzyć.

Między Beksińskimi istnieje zarówno uczucie miłości, jak i całkowity brak bliskości. Syn jest całkowicie skupiony na sobie, nie potrafi stworzyć prawdziwego związku z kobietą. Dzięki prowadzeniu audycji w radiu poznaje coraz to młodsze fanki, które jednocześnie się go wstydzą i uciekają od niego. Żadna nie wytrzymuje z człowiekiem, który nie wie nawet, gdzie kupić płyn do mycia naczyń. Psychiczna niedojrzałość Tomasza być może jest efektem tego, jak był traktowany przez rodziców. Kilkakrotnie próbuje odebrać sobie życie, ale czy chciał zwrócić na siebie uwagę ojca? Gdzie leży przyczyna takiego stanu psychicznego syna?

Dopiero po śmierci matki, Tomasz definitywnie kończy ze swoim życiem. Zdzisław Beksiński z jednej strony staje się wolny. Jednak jednocześnie całkowicie wyobcowany i samotny. Ginie z ręki Pawła Hendlera, którego rodzice zajmowali się mieszkaniem Beksińskiego. Autorka wyjaśnia również jak doszło do tego, że młody, zwyczajny chłopak stał się mordercą.

Magdalena Grzebałkowska wykonała niesamowitą robotę. Opowiedzieć o tak niezwykłych ludziach bez oceniania ich, jest niewyobrażalne. Czytelnik sam musi odpowiedzieć sobie na wiele pytań, które narzucają się same podczas lektury tej biografii. Jednak nie należy szukać w tej książce tanich chwytów. Przecież można się było skupić na tym, co obecnie jest na topie i poszukiwać sensacji. Wystarczyłoby zapłacić mordercy dwadzieścia tysięcy złotych, by dowiedzieć się czegoś więcej. Jednak nic z tego. Bowiem świadomy czytelnik wie, ile to byłoby warte. Samo zacytowanie listu Hendlera mówi o wiele więcej o mordercy, niż to, co powiedziałby za mamonę. Autorka pokazuje życie i śmierć swoich bohaterów, pokazuje, co ich ukształtowało, osadza ich w miejscu, czasie. Daje czytelnikowi karty, które należy samodzielnie interpretować i układać. Dzięki temu lektura książki pozwala nam naszkicować interesujący obraz Tomasza i Zdzisława Beksińskich. Przy okazji, jakby mimochodem, poznajemy epokę i czasy w których byli zmuszeni żyć oraz jaką cenę musieli za to zapłacić.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

„Czarny Hrabia” – Tom Reiss o protoplaście rodu Dumasów

Czarny HrabiaUwielbiałam książki Aleksandra Dumasa. Pochłaniałam historię hrabiego Monte Christo, d?Artagnana i trzech muszkieterów. Zresztą każdy chyba musiał się zetknąć choćby z jedną z wielu ekranizacji tych słynnych powieści. Jednego tylko wtedy nie byłam świadoma, że autor opowieści – Aleksander Dumas (ojciec) – miał czarnoskórą babcię. A to dopiero początek wielkiej historii…

Podczas czytania tych wszystkich wspaniałych przygód, nie miało dla mnie najmniejszego znaczenia kim byli przodkowie Dumasa. Okazało się jednak dzięki książce Toma Reissa: „Czarny Hrabia”, że właśnie ojciec Aleksandra był pierwowzorem hrabiego Monte Christo. Miłośnicy literatury znają dwóch Dumasów. O tym, który stworzył ów ród nigdy wcześniej nie słyszałam. A wystarczyło dokładniej się przyjrzeć rycinom przedstawiającym autora „Trzech muszkieterów”, by dostrzec, że w historii rodu mogą być ukryte niesamowite historie.

Tom Reiss postanowił przyjrzeć się dokładniej tajemniczej postaci ojca Aleksandra Dumasa. Nie było to łatwe zadanie. Nieco informacji na jego temat zostawił autor „Hrabiego Monte Christo” w swoich dziennikach. Inne źródła zostały odnalezione w sejfie w muzeum w Villers-Cotter?ts, do którego Reiss musiał się włamać. Ostatecznie udało mu się uzyskać dostęp do cennych dokumentów, rzucających nieco światła na postać Alexa. Samo zbieranie materiałów było fascynującą przygodą, podobnie jak życie opisywanej postaci.

Thomas-Alexandre był synem markiza Alexandre Antoine Davy de la Pailletrie i czarnoskórej niewolnicy Marie Cessette. Przyszedł na świat w 1762 roku, w Saint-Domingue, francuskiej kolonii na Karaibach. Dopiero jako czternastolatek przybył wraz z ojcem do Francji. Jako, że Alex był synem markiza, mógł być tytułowany hrabią. Musiał jednak nadrobić braki w edukacji. Okazało się jednak, że wcale nie jest jedynym Mulatem w okolicy. Francuzi zresztą traktowali czarnoskórych znacznie lepiej niż choćby Amerykanie. W Paryżu Thomasa-Alexandre’a traktowano z podziwem, jeszcze nie uważano jego koloru skóry jako świadectwa niższości. Era rasizmu i dyskryminacji rasowej dopiero nadchodziła. Bohater książki budową ciała przypominał greckiego herosa. Młody arystokrata wyróżniał się nie tylko wyglądem i postawą. Wykazywał olbrzymi talent w posługiwaniu się szablą.

W 1786 roku zaciągnął się do armii jako prosty żołnierz. Teraz zaczął się posługiwać imieniem Alexandre i nazwiskiem  Dumas. Nad Francję nadciągnęły chmury kryzysu. Podczas zawirowań rewolucji francuskiej udało mu się nie stracić głowy na szafocie. Alexandre trafił ze swoim regimentem do Villers-Cotter?ts, gdzie poznał swoją przyszłą żonę. Stopniowo piął się po drabinie wojskowej. Dzięki bohaterskim czynom na polach bitewnych, został generałem. Jednak jego gwiazda przestała błyszczeć za sprawą Bonapartego, który zbytnio nie cenił dokonań Alexandre. Ostatecznie Dumas zmarł w wieku 45 lat, nie doczekawszy się najmniejszych zaszczytów ów za zasługi. Jego rodzina popadła w biedę. Osierocony syn – Aleksander – do końca życia będzie idealizował ojca.

Biografia Toma Reissa „Czarny Hrabia” otrzymała w 2013 roku prestiżową Nagrodę Pulitzera. Książkę można pochłaniać jak powieść przygodową i zapomnieć, że została oparta na faktach. Aż nie chce się wierzyć, że człowiek, który potrafił dokonać wielu bohaterskich czynów, zmarł w niesławie i szybko o nim zapomniano. Generał Alex nie tylko wyróżniał się kolorem skóry. Jego ojciec nie przyniósł chluby swojej rodzinie. Za to syn stał się jego całkowitym przeciwieństwem, choćby osiągając tytuł generała.

Książka nie byłaby może tak wartościowa, gdyby opowiadała tylko o samym Alexandre Dumasie. Tom Reiss postarał się, by przybliżyć czytelnikom kontekst historyczny. Nie zapomniał nawet opisać, jaka była mentalność Francuzów i co mówiło prawo na temat Amerykanów – tak nazywano wtedy „kolorowych” obywateli Francji. Dzięki temu biografia staje się pełna i zrozumiała (nie wspomnę o powoływaniu się na liczne źródła). Nie tylko wyjaśniła co się stało z Czarnym Hrabią, ale i pozwoliła lepiej zrozumieć kolejnego Aleksandra Dumasa…

Dziękuję za biografię Wydawnictwu Literackiemu.

Od pornografii do kontrkultury – „Wspomnienia bitniczki” Diane di Prima

Wspomnienia bitniczki - Diane di PrimaJeśli ktoś zapytałby mnie o znanych bitników, wymieniłabym trzy osoby: Allena Ginsberga, Jacka Kerouaca i Williama S. Burroughsa. Po dłuższym zastanowieniu dodałabym jeszcze Kena Keseya. To, co najbardziej uderza w tym wszystkim, to brak kobiet.

A jednak istniały bitniczki. Diane di Prima jest najsłynniejszą z nich. W tym męskim towarzystwie nie miała łatwo, ponieważ beat generation kojarzy się ze zmaskulinizowanym modelem życia na krawędzi, bez żadnych zobowiązań, seksistowskim. Gdzie tu miejsce dla kobiet? One raczej miały pełnić drugoplanowe role i pozwalać mężczyznom być takimi, jacy sobie wymarzą.

Diane di Prima udowodniła, że potrafi dorównać bitnikom pod każdym względem. Skoro żeńska płeć nie umie napisać książki erotycznej, ona stworzy powieść pornograficzną. Na dodatek zatytułuje ją „Wspomnienia bitniczki” dając nam poczucie, że czytamy biografię. Ale czy jesteśmy w stanie we wszystko co pisze di Prima uwierzyć? Jedno nam się uda – zobaczyć świat bitników z punktu widzenia kobiety.

W książce towarzyszymy głównej bohaterce od momentu utraty przez nią dziewictwa do zajścia w ciążę. Kpi sobie z purytańskich obyczajów i pokazuje, że tak naprawdę są one fikcją. Kiedy obserwujemy typowy mieszczański dom, okazuje się on być siedliskiem aktów kazirodczych oraz zdrad. Cóż przeszkadza ojcu rodziny, nieszczęśliwie zakochanemu we własnej żonie, dokonywać gwałtu na przyjaciółce córki? A my oglądamy te sceny przez dziurkę od klucza.

Diane de Prima nie boi się żadnych konfiguracji seksualnych. Opisuje sceny erotyczne o charakterze hetero-, czy homoseksualnym, seks grupowy oraz z nieletnimi. Daje też gratkę fanom Ginsberga i Krouaca – pisze o orgii sztandarowych bitników, która zresztą potwierdzona jest we wspomnieniach autora „Skowytu”. Na ile jest to jednak prawdziwy obraz bitników? Według autora posłowia – Jerzego Jarniewicza – wszystko jest tu prawdziwe, tylko nie seks.

W takim razie w jakim celu książka aż ocieka erotyką? Z jednej strony jest dowodem na to, że kobieta potrafi napisać powieść pornograficzną, a z drugiej stanowi formę sprzeciwu na purytańską mentalność Amerykanów. Di Prima stara się udowodnić, że ma prawo czerpać przyjemność z kontaktu cielesnego. Nawet popadając w skrajny hedonizm, uznając, że wszystko co przyjemne, jest dobre.

Najważniejsze we „Wspomnieniach bitniczki” było autentyczne ukazanie życia bohemy lat pięćdziesiątych. Tego, w jakich warunkach egzystowali początkujący pisarze. Często byli bezdomnymi. Różnili się od kloszardów jedynie tym, że zaczytywali się w dziełach, które pozwalały doświadczyć czegoś więcej. Narkotyki, muzyka, książki i czysty hedonizm pozwalały im jakoś przetrwać w tej skrajnej nędzy.

Może dlatego do beat generation woleli przyłączać się mężczyźni? Kobietom było trudniej wieść takie życie. Di Primie się udało. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że utorowała drogę innym słynnym kobietom. Zaraz przypomniała mi się Patti Smith. W jej wspomnieniach pt. „Poniedziałkowe dzieci” widzę pewne podobieństwa. Można też mówić o feminizmie Diane di Primy. Pokazała przecież, że kobiety też mogą odważnie walczyć z zastanymi normami. Utorowała drogę żeńskiej kontrkulturze. Nadchodzące zmiany już się zaczynają rodzić i zmieniać oblicze Ameryki.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Officyna.

Jerzy Kosiński – Jerome Charyn

Jerzy Kosiński - J. CharynAutor „Malowanego ptaka” stworzył wokół swojej postaci aurę tajemniczości. Był wielkim mistyfikatorem, którego podziwiało wielu, a jeszcze więcej nienawidziło. Jako jeden z nielicznych Polaków zrobił karierę w Stanach Zjednoczonych. Jego najsłynniejsze dzieła powstały w języku angielskim. Gdyby Kosiński żył, miałby dziś osiemdziesiąt lat. W 1991 roku zażył śmiertelną dawkę barbituranów i nakłożył na głowę plastikowy worek. Wybrał trochę dłuższy sen, zwany wiecznością.

Jerome Charyn w swej powieści „Jerzy Kosiński” kreśli historię tej niezwykłej osoby. Tyle, że nie otrzymujemy typowej biografii, nic z tych rzeczy. Celowo użyłam słowa powieść, gdyż mamy do czynienia z biografią zbeletryzowaną. Jeśli ktoś nie zna Kosińskiego, uzna, że Jerome Charyn napisał książkę zawierającą jedynie fikcję literacką, choć przywołującą parę znanych postaci historycznych z drugiej połowy XX wieku.

Opowieść nie jest chronologiczna. Kosiński opisywany jest przez kilka postaci. Dało to J. Charynowi pewną szansę na przyjrzenie się autorowi „Malowanego ptaka”, przez pryzmat tego, jak był postrzegany przez bliskie mu osoby, ale też i te trochę dalsze.

Zaczynamy od ekranizacji powieści „Wystarczy być”. Książka, która stała się bardzo głośna, również za sprawą oskarżeń o plagiat. Porównywano ją przecież do „Kariery NIkodema Dyzmy”. Asystent Peterea Sellersa, odtwórcy głównej roli, opowiada nie tylko o Kosińskim, ale też o jego książkach. W tym momencie pisarz jest na samym szczycie kariery. Nawet rodzina królewska zna Jerzego. A ten fascynuje, zwłaszcza dzięki niezwykłej umiejętności opowiadania. Nikt, nawet najbliżsi, nie potrafią odróżnić fikcji od prawdy.

Po jakimś czasie z salonów przenosimy się do klubów BDSM, gdzie spędzał czas Jerzy Kosiński. Cofamy się w czasie, do momentu, kiedy powstaje „Malowany ptak”. Poznajemy kilka przyjaciółek pisarza. Jedną z nich jest prostytutka, inna córką samego Stalina. Opowiadają o swej znajomości z człowiekiem urodzonym jako Józef Lewinkopf.

Ostatecznie przenosimy się do miejsca, w którym ukrywała się rodzina Kosińskiego podczas drugiej wojny światowej. Choć rodzinie w każdej chwili grozi zagłada, daleko tej historii do opowieści rodem z „Malowanego ptaka”.

Książka J. Charyna pokazuje jak barwną postacią był Jerzy Kosiński. Dzięki zbeletryzowanej biografii wkraczamy w świat autora „Randki w ciemno”, jedynie delikatnie przybliżając się do tej postaci i to z pewnego dystansu. Dając głos osobom trzecim, Jerome Charyn podkreśla, że nigdy nie udałoby się przeniknąć do wnętrza pisarza. Nie kusi się na taki zabieg. Jednocześnie, cofając się coraz bardziej w przeszłość, widzimy, co kształtowało Jerzego Kosińskiego. Jakie wydarzenia mogły mieć na niego największy wpływ. Tylko trudno określić, czy te historie mają jakieś odbicie w rzeczywistych wydarzeniach. Kosiński nam już tego nie powie. Zresztą gdyby żył i tak wodziłby nas za nos swoim bajaniem. A wszyscy słuchaliby jak zaczarowani. Właśnie na tym polega siła książki Jerome Charyna, że oddaje pewien styl, jakim raczył nas sam Kosiński.

Dziekuję Wydawnictwu Czarna Owca za książkę.