„Jim Morrison. Król Jaszczur” – Jerry Hopkins

Jim MorrisonMiłośnikom muzyki nie trzeba przedstawiać tej postaci. Narosło wokół niej sporo mitów i legend. Dlatego książka Jeery’ego Hopkinsa pt.: „Jim Morrison. Król Jaszczur” wzbudziła moje zainteresowanie. A gdy nadarzyła się okazja, wzięłam udział w konkursie na blogu agaczyta i – ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu – wygrałam tę biografię. Raczej nie muszę dodawać jak bardzo się ucieszyłam.

Biografie takich muzyków jak Morrison mają jedną wadę – szybko się kończą, bo i życie bohaterów nie było zbyt długie. Owo magiczne 27 lat jest tą granicą, której niektóre sławy nie były w stanie przekroczyć. W epoce, kiedy tworzył Morrison, w tym samym wieku co tytułowy bohater książki odeszli: Janis Joplin, Jimi Hendrix. Do słynnego „Klubu 27” należy też Kurt Cobain, czy Amy Winehouse. Niektórym się marzy, by do tej grupy dołączył Justin Bieber, jeszcze inni uważają, że to zbyt straszne, by tak długo czekać…

Wracając do tematu, Jerry Hopkins osobiście poznał słynnego Króla Jaszczura. Przeprowadzał z nim wywiady, choćby dla magazynu „Rolling Stone”. Na początek autor wprowadza nas w temat. Pokazuje, skąd się wzięło jego zainteresowanie Jimem oraz jak odbierano muzyka w latach sześćdziesiątych. Ludzie wierzyli w przesłanie, które niosły jego piosenki. Natomiast swój wizerunek Jim zaczerpnął od klasyków. Wzorował się na Aleksandrze Wielkim i postaciach rzeźbionych przez Michała Anioła. Później tryb życia muzyka doprowadził do nieuchronnych zmian – Morrison zapuścił brodę oraz przytył.

W biografii Jerry Hopkins rekonstruuje życie Jima, zaczynając od historii jego rodziców. Przyszły wokalista The Doors urodził się w 1943 roku, w Melbourne. Jak to się stało, że syn zawodowego wojskowego stał się artystą? Być może muzyk zerwał ze swoją rodziną, bo nie mógł znieść tego, że wojsko dla jego ojca było ważniejsze, niż bliscy. Nastoletni Jim uwielbiał pisać sprośne wierszyki, czy rysować niegrzeczne obrazki. Nikogo nie traktował dobrze – nawet brata, czy swoich dziewczyn. Bał się, że jak będzie zwyczajny, wszystkim się znudzi. A jednocześnie istniał drugi Morrison – zdolny, oczytany, o wysokim ilorazie inteligencji, ten który dostał się w 1961 roku na Uniwersytet Florydy, a po 1,5 roku rozpoczął naukę na UCLA. Już na studiach nadużywał alkoholu (według autora, właśnie on doprowadził muzyka do śmierci).

Jim marzył o tym, by zostać filmowcem. Jednak nadeszła era Beatlesów i Stonesów, a kiedy w 1965 roku wraz z kolegą ze studiów – Rayem Manczarkiem (który potem zmieni nazwisko na Manzarek) założy zespół, olbrzymi sukces odniosą jako The Doors. Ich zespół miał być drzwiami, które dzielą wiadome od niewiadomego. W tym samym roku Jim rozpocznie eksperymenty z narkotykami.

Poeta, gwiazda rocka, czy pijak? Można jeszcze dodać że chciał być szamanem i zaklinaczem rzeczywistości. Sława, która przyszła, okazała się czymś nie do zniesienia dla Morrisona. Prowokacje na scenie doprowadziły do konfliktów z prawem. Oskarżono Króla Jaszczura o publiczne obnażanie się. Na ile było ono prawdziwe, zostało dokładnie opisane przez autora książki (do dziś są sprzeczne opinie na ten temat).

Hopkins stara się pokazać Jima Morrisona w sposób obiektywny. Nie buduje mu pomnika, lecz opisuje artystę, jako człowieka z jego wszystkimi wadami i zaletami. Stara się być obiektywny. Wyjaśnia też tajemnicę śmierci Króla Jaszczura, która nastąpiła w Paryżu w 1971 roku. Największy jednak smaczek otrzymujemy na samym końcu książki – jedną trzecią stanowią wywiady, których udzielił artysta w czasie swej niezwykle krótkiej kariery.

Do tej pory nie miałam do czynienia z biografiami z wydawnictwa Anakonda. Książka została wydana w twardej oprawie na kredowym papierze. Przydałoby się jeszcze dopracować korektę, bo dopatrzyłam się kilku usterek. Jednak miłośnicy Jima Morrisona nie powinni omijać tej książki, nie tylko dlatego, że otrzymują biografię wokalisty The Doors wzbogaconą o liczne zdjęcia, ale ze względu na liczne wywiady, umieszczone na końcu książki.

„Jagger. Diabeł z przedmieścia” – Philip Norman

Jagger. Diabeł z przedmieściaKiedy sięgam po biografie muzyków, liczę na to, że otrzymam opowieść nie tylko o ciekawej postaci, ale też zobaczę szerszą perspektywę, a mianowicie czasy, w których owi ludzie tworzyli. Na książkę Philipa Normana „Jagger. Diabeł z przedmieścia” nie trzeba mnie było namawiać, bo miałam ochotę poznać jednego z najsłynniejszych muzyków rockowych.

Fenomen Micka Jaggera polega na tym, że wokalista The Rolling Stones śpiewa w swoim zespole już od pięćdziesięciu lat. Przetrwali wszelkie burze, zmiany, nowinki muzyczne i trwają. Zmieniają się odbiorcy, moda, rządy i obyczaje, a Jagger wydaje się być wieczny.

Jak to się stało, że grzeczny syn wuefisty został znanym muzykiem? Wszystko wskazywało na to, że Mick urodzony w 1943 roku w Dratford będzie ekonomistą. Natomiast dzięki ojcu – świetnie wysportowanym specem od cyferek. W czasie wojny w wielkiej Brytanii nie było zbyt przyjemnie, w każdej chwili można było spodziewać się nalotu nazistowskich rakiet V-1, czy potem V-2. Młody Michael Philip – późniejszy Mick – był grzecznym dzieckiem, potem ułożonym młodzieńcem uwielbiającym jazz.

Kiedy w 1962 roku powstała grupa – the Rolling Stones – wszystko wskazywało na to, że jej liderem będzie Brian Jones. Ten jasnowłosy gitarzysta i buntownik, już jako szesnastolatek został ojcem, do dwudziestego roku życia miał aż troje dzieci – każde z inną kobietą. W porównaniu z Brianem, Mick był ideałem. Natomiast jeśli chodzi o nazwę zespołu był to hołd dla Muddy’ego Watersa.

Kapela zaczęła stawać się popularna za sprawą Andrew Oldhama, który ich wypromował. Współpraca z wytwórnią płytową Decca, to kolejne elementy układanki na drodze do sukcesu. Jednak w 1964 roku podczas pierwszej podróży do Stanów Zjednoczonych członkowie kapeli wciąż klepali biedę. Na pocieszenie zaczęły się pojawiać w mediach informacje o Stonesach, że są głosem nastolatków i przeciwieństwem grzecznych muzyków z The Beatles. Zaczęło się szaleństwo, które trwa do dziś.

Mick Jagger w biografii Philipha Normana nie jest bóstwem postawionym na piedestale. Niewiele też ma wspólnego z antychrystem. Poznajemy człowieka zdeterminowanego, potrafiącego osiągnąć zamierzony cel. A słynny Stones po cichutku marzył o karierze aktorskiej. Jak się okazało, dane mu było stać się jednym z najsłynniejszych muzyków rockowych.

Za sprawą biografii obserwujemy zmiany, które nastąpiły w świecie Zachodu. Choć w latach sześćdziesiątych „The Rolling Stones” byli uważani za buntowników, tak naprawdę Mick był znacznie bardziej poukładany, niż choćby niektórzy Beatlesi oraz podporządkowany systemowi. Później Jagger oczywiście pokazał na co go stać, ale jakoś udało mu się pokonać problemy z narkotykami, czy alkoholem.

Gorzej natomiast było z miłostkami Jaggera. Zdobywał wszystkie najpiękniejsze damy od słynnej Marianne Faithfull zaczynając. W jego życiu była też Chrissie Shrimpton, Bianka Pérez-Mora Macias, Carlia Bruni, Jerry Hall, Luciana Morad (w sumie został ojcem siedmiorga dzieci, ze związku z czterema kobietami). Ukochane Micka mogły być pewne tylko jednego, że słynny Stones nie będzie wierny. Czym fascynował niewysoki, szczupły i szerokousty wokalista, że potrafił zdobyć serce najpiękniejszych?

Dzięki biografii Normana widzimy jak zmieniał się Mick Jagger. Obserwujemy też estradę z perspektywy fanów, czy muzyków oraz ekipy. Widzimy najpierw grzecznych chłopców, postrzeganych potem jako brudasów, a następnie buntowników. Michaela, który stopniowo przekracza kolejne granice, by wreszcie stać się sir Mickiem Jaggerem.

Każdy z nas ma swoje ulubione utwory Stonesów. Dla jednych będzie to „Sympathy for the Devil”, dla innych „Satisfaction”, czy „Brown Shugar”. Za sprawą biografii Philipa Normana (rówieśnika Jaggera) dowiemy się jak doszło do ich powstania. Sam Mick twierdzi, że niczego nie pamięta. Dzięki tej nieautoryzowanej biografii cofamy się w czasie i przechodzimy drogę artysty do sławy jeszcze raz. Zobaczymy jakie są koszty popularności, poznamy też człowieka z krwi i kości, który wcale nie poszedł tą samą drogą co Hendrix, Janis Joplin, czy Jim Morrison. Bo choć wydawało się, że jako trzydziestolatek będzie już za stary by śpiewać „Satisfaction”, rzeczywistość okazała się dla rockmana łaskawa.

Książę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa: Świat Książki.

The Beatles. Jedyna autoryzowana biografia – Hunter Davies

The BeatlesNiektórzy twierdzą, że wszystko zaczęło się od Elvisa Presleya. Natomiast w Anglii szaleństwo zainicjowali Beatlesi. W każdym razie, dzięki nim muzyka rozrywkowa rozkwitła i doprowadzała nastolatki do histerii. Hunter Davies pisał o tym zespole między 1967 a 1968 rokiem, ale nie wiedział jeszcze, że Beatlesi za chwilę się rozpadną. Dlatego książka jest tak ważna dla miłośników tej grupy. Obserwujemy grupę, kiedy jest u szczytu sławy. Możemy cofnąć się do niezwykle ważnego momentu. Autor pisząc swoją biografię nie miał pojęcia jeszcze jak istotny będzie 1968 rok. Nie tylko dla fanów grupy The Beatles, ale dla całej kultury.

Hunter Davies może się szczycić tym, że napisał jedyną autoryzowaną biografię zespołu The Beatles. Czerpał informacje u źródeł: rozmawiał z członkami grupy, ich rodzinami, przyjaciółmi, współpracownikami. Uzyskał mnóstwo informacji, z których wybrał te najważniejsze – by książka nie była zbyt obszerna – choć i tak liczy ponad 550 stron.

Autor biografii uznał, że z perspektywy czasu, należy wzbogacić dzieło dokładną przedmową. W niej wyjaśnia pewne istotne sprawy. Przede wszystkim, po latach, wypłynęło kilka nieścisłości. Inne zagadnienia nie mogły być umieszczone w oryginale, a teraz nic nie stoi na przeszkodzie, by mówić o nich wprost. Hunter Davies stwierdził, że przez biografię wprowadził do życia pewną legendę. Bliscy Johna Lenona podawali, jakoby muzyk miał się urodzić w czasie bombardowania Londynu. Dopiero inny badacz sprawdził, że to niemożliwe. Tego dnia akurat nie było żadnego nalotu hitlerowców na miasto.

Książka „The Beatles” podzielona została na trzy części. W pierwszej poznajemy głównych bohaterów. Bez Johna, Paula, George’a, Ringo, nie byłoby tej biografii. Hunter Davies nakreślił sylwetki innych ważnych osób. Tych, którzy przyczynili się do powstania grupy The Beatles oraz wpłynęli na rozwój i kształt zespołu. Nie mogło zabraknąć choćby przygody Johna z zespołem The Quarrymen. Pojawia się Stu, czyli Stuart Sutcliff. Członek zespołu, który zmarł przedwcześnie w 1962 roku. Miał zaledwie dwadzieścia jeden lat. Poznamy burzliwe początki zespołu, dowiemy jak powstał skład najsłynniejszej grupy świata. Hunter Davies odpowie na pytanie, kto wpłynął na wizerunek The Beatles, taki który pozwolił im się wyróżnić spośród innych grup? Sama historia Briana Epsteina zajmuje cały rozdział książki. Autor wspomina w przedmowie o jego homoseksualizmie i obala mity na temat jego śmierci (zmarł w wyniku zażycia zbyt dużej ilości leków, ale nie było to samobójstwo). Prócz osób, istotne są też miejsca. One w pewnym stopniu stają się bohaterami tej biografii. Dla Beatlesów Liverpool, Hamburg, klub Casbah były niezwykle ważne.

Druga część książki opowiada o Beatlesach u szczytu sławy. Dzięki autorowi książki, trasy koncertowe, Beatlemanię, podróże do Stanów Zjednoczonych, Szwecji, oglądamy niemal jak świadkowie wydarzeń. Nie zabraknie opowieści o tym, w jaki sposób Beatlesi korzystali z uroków swej popularności, czy jak dbali o duchowość.

Ostatnia część z jednej strony jest charakterystyką członków grupy The Beatles, a z drugiej dotyczy ich muzyki. Davies próbuje przyjrzeć się warsztatowi pracy zespołu. Pisze o kolejnych utworach, ale stara się pokazać, jak Beatlesi pracowali. Wyjaśnia źródła, motywy i schematy działania. Najbardziej zaskoczyło mnie, że niektóre utwory Beatlesów miały być żartem, a dziś tego nikt już nie pamięta. Utwór „Lady Madonna” powstał jako pastisz, a „All You Need Is Love” jako autoparodia. Cóż – czas wszystko rozmył…

Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się jak żyli i mieszkali Beatlesi w 1968 roku, warto prześledzić tę książkę. Bardziej wartościowe jest to, że Daviesowi udało się, w ciągu osiemnastu miesięcy towarzyszenia Beatlesom, skłonić ich do zwierzeń. Zwykle przecież muzycy robili sobie żarty podczas spotkań z dziennikarzami i nie pokazywali prawdziwego oblicza. Trudno uwierzyć, ile czasu minęło od napisania tej biografii. Stąd obszerne przedmowy i posłowia. Hunter Davies pisząc książkę musiał pójść na wiele kompromisów. Choć świat już się zmieniał, on przecież nie mógł burzyć idealnego wizerunku gwiazd. Myślę, że i tak był odważny. Wspomniał przecież o kilku kontrowersyjnych sprawach. I – co ciekawe – muzycy pozwolili mu umieścić te informacje. Można odnaleźć wzmianki o tym, że członkowie grupy sięgali po narkotyki. Wszystkie wątpliwości, niedopowiedzenia, uzupełnia po latach.

Pod koniec lat sześćdziesiątych następowały przemiany obyczajowo-kulturalne. Beatlesi mieli na nie wpływ, choć może też potrafili odnaleźć się w tym szaleństwie. Byli młodzi, rozumieli doskonale, czego pragną ich rówieśnicy, jacy są. Przy okazji czytania tego materiału jesteśmy świadkami owych przemian. Widzimy je nie z dystansu, a od środka. Na tym polega właśnie wartość tej biografii. Poznajemy Beatlesów, ale i czasy, które ich ukształtowały. Książek o najsłynniejszej grupie świata jest sporo, ale ta zwana jest biografią-matką, od której należy zaczynać poznawanie zespołu.

Dziękuję Wydawnictwu SQN za biografię.

Album ze zdjęciami o legendzie rocka: „Bon Jovi. Kiedy byliśmy piękni”

Bon JoviKsiążka „Bon Jovi. Kiedy byliśmy piękni” choć opowiada o muzykach, działa na odbiorcę poprzez zmysł wzroku, ponieważ mamy do czynienia ze świetnie wydanym albumem z fotografiami. W 2008 roku zespół obchodził dwudziestopięciolecie. Z tej okazji powstał film dokumentalny oraz właśnie ta książka.

Autorem większości zdjęć jest Phil Griffin. Współpraca z zespołem Bon Jovi zaowocowała filmem dokumentalnym w reżyserii Griffina oraz albumem z fotografiami o tej legendarnej grupie. Film „Kiedy byliśmy piękni” wyświetlono na specjalnym pokazie w ramach nowojorskiego Tribeca Film Festival w 2009 roku.

Do nas opowieść o Bon Jovi przywędrowała na trzydziestolecie istnienia zespołu. Jednak nie tylko Phil Grffin jest autorem książki „Kiedy byliśmy piękni”. Współtworzyli ją również członkowie bandu: frontman i wokalista grupy Jon Bon Jovi, grający na gitarze Richie Sambora, klawiszowiec David Bryant, perkusista Tico Torres. Dzięki albumowi fani zespołu mają jedyną w swoim rodzaju okazję, by stanąć po drugiej stronie, za kulisami. Członkowie grupy pokazują nam również swój warsztat pracy oraz mówią o sobie i o relacjach jakie panują w zespole.

Opowieść dotyczy czasów od momentu narodzin grupy w New Jersey do słynnej trasy Lost Highway w 2008 roku. Gwiazdy rocka wspominają dwadzieścia pięć lat swojej kariery. Opowiadają o sobie w sposób ciepły i opisują braterskie więzi. Oczywiście jest to wybielona wizja zespołu. Nie ma w niej miejsca na samokrytycyzm, czy wywlekanie brudów. Choć bohaterowie wspominają o kryzysach i problemach jakie mieli w ciągu ćwierćwiecza, to jednak są to tylko półsłówka i dobrze jeśli znamy historię zespołu, żeby lepiej orientować się w temacie.

W albumie najważniejsza jest jednak możliwość wejścia za kulisy jednej z ulubionych grup Ameryki. To największa gratka dla fanów zespołu, bo właśnie dla nich jest ta książka. Taki czytelnik wyrusza w sentymentalną podróż do czasów, kiedy członkowie bandu ze swoimi długimi kudłami brylowali w kolorowych magazynach. Teraz należą do klasyków rocka, a wiele z ich utworów nadal cieszy ucho. Wystarczy sobie przypomnieć takie piosenki jak „Livin’ On A Prayer”, „Always”, czy ” Its My Life”, które stały się częścią kultury, na której wychowywały się wtedy nastolatki. Jon Bon Jovi wspomina, ze chciałby, aby jego utwory wciąż były aktualne. I dopóki ma słuchaczy, jego marzenie się spełnia. A jeśli ktoś ma ochotę przyjrzeć się bliżej tej legendzie, chętnie sięgnie po album „Kiedy byliśmy piękni”. Ciekawe, czy Mikołaj jeszcze przyjmuje zamówienia?

Dziękuję Wydawnictwu SQN za album.

Recenzja biografii: „Bob Marley. Nieopowiedziana historia króla reggae” – Chris Salewicz

Bob Marley. Nieopowiedziana historia króla reggaeNikomu nie trzeba przedstawiać Boba Marleya. Jest chyba najbardziej znanym na świecie muzykiem pochodzącym z Jamajki. Zresztą okrzyknięto go królem reggae. Autor biografii tego artysty, miał okazję go spotkać, a nawet spędził z nim kilka chwil. Książka  „Bob Marley. Nieopowiedziana historia króla reggae” Chrisa Salewicza pokazuje trudną drogę, którą przeszedł ten artysta, by wspiąć się na sam szczyt sławy.

Muzyk urodzony w 1945 roku w Jamajce jako Nesta Robert Marley miał niezwykle trudne dzieciństwo. Wychowywany przez samotną matkę, nie do końca wiedział kim jest. Jego ojciec był biały, więc źle traktowali go rówieśnicy z ciemną skórą. Ponad sześćdziesięcioletni kapitan Norval Marley związał się na krótko z siedemnastoletnią Cedellą. Owocem ich związku był właśnie Bob. Norval Marley jednak nie uczestniczył w życiu swojego syna, porzucił swoją młodą żonę zaraz po ślubie.

Chłopiec najpierw mieszkał na wsi, ale potem jego matka przeniosła się do Kingston – stolicy Jamajki. Dorastał w Trench Town, miejscu zamieszkiwanym przez najbiedniejszych i rastafarian. Nesta Marley nie zdobył wykształcenia, aby w tym brutalnym i szorstkim miejscu jakoś sobie poradzić, postanowił zarabiać śpiewaniem.

Już w 1961 powstał zespół „The Wailers” (choć na początku nazwa była nieco dłuższa), w którym grał Bob, Bunny Livingston i Peter Tosh. Szkolił ich Joe Higgs, nazywany ojcem chrzestnym reggae. Później do grupy dołączyły:  Beverly Kelso i Cherry Green i Rita Anderson tworząc chórek. Do międzynarodowej sławy była jeszcze daleka droga. W 1966 roku dwudziestojednoletni Nesta Marley poślubia Ritę, i… wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych.

Stało się w tym czasie coś ważnego. Do Jamajki przybył Haile Selassie, który był dla rastafarian wcieleniem Boga. Rita Marley poruszyła sercem Boba opowieścią o wizycie Jego Cesarskiej Wysokości. Kiedy Nesta wrócił do Kingston postanowił założyć własną wytwórnię płytową i przyjrzeć się ruchowi Rastafari.

Za sprawą Johna Nasha Wailersi odbyli podróż do Nowego Jorku. Zespół zaczął koncertować już nie tylko w Jamajce. Marley udał się do Szwecji, a potem odbył trasę po Wielkiej Brytanii. Kariera muzyków zaczęła stawać się faktem, choć i problemów nie brakowało. Chris Salewicz opisuje jak wyglądała sprawa nagrywania płyt na Jamajce, jak rozwijała się ta dziedzina biznesu. Początkowo muzycy nie mieli nawet praw do swoich utworów.

Dzięki biografii dowiedziałam się na czym polegał ruch Rastafari i na ile Bob był mu wierny. Bo duchowo jego wyznawcy byli mu bardzo bliscy, ale pewnych reguł nie przestrzegał, czy pojmował po swojemu. Jednak to właśnie dzięki Marleyowi świat dowiedział się o ich istnieniu.

Oczywiście, dzisiaj można sobie dokładnie prześledzić przebieg kariery Boba Marleya za pomocą internetu, przeczytać recenzje kolejnych płyt. Jednak Chris Salewicz nie tylko tym się zajmuje. Najcenniejsze dla mnie jest wyjaśnienie, co ukształtowało króla reggae. Dlaczego znany był nie tylko za sprawą swojej muzyki, ale też postawy, którą wybrał? Przecież uznawano go za buntownika, tylko przeciwko czemu protestował? Na te pytania odpowiada autor książki. Przekonały mnie jego objaśnienia.

Ważne w biografii na temat Marleya jest pokazanie wielu czynników, które miały wpływ na króla reggae. Będzie więc krótka historia Jamajki, ruchu Rastafari, czy rodziny z której się wywodził. Olbrzymi wpływ na postawę tego muzyka miały osoby, z którymi się spotkał w swym krótkim życiu. Dowiemy się choćby dlaczego zignorował prośby lekarzy, gdy dowiedział się o pierwszej fazie choroby nowotworowej.

Niezwykłe jest, jaką niewielką szansę miała nawet tak zdolna i ciekawa osoba, by wybić się w tej części świata. A jednak Marleyowi się udało. Dzięki niemu reggae gości na stałe w naszej świadomości. Nawet, jeśli nie zdajemy sobie z tego do końca sprawy. Bardzo lubię sięgać po biografie, które osadzają opisywaną jednostkę w kontekście społeczno-historycznym. Przez to książka jest niezwykle rzetelna i wartościowa, a przede wyjaśnia, jaki właściwie był jej główny bohater. Wreszcie mogę go lepiej zrozumieć.

Za biografię dziękuję Wydawnictwu SQN.

Kings of Leon. Sex on Fire – Michael i Drew Heatley

Kings of LeonKsiążki o muzykach, które do tej pory czytałam, opisywały kariery weteranów sceny.Tych tworzących przez kilkadziesiąt lat. Zaskoczeniem było więc dla mnie to, że powstała biografia zespołu, którego wszyscy członkowie są młodsi ode mnie…

Kings of Leon, bo o nich oczywiście mowa, zdobyli moje ucho za sprawą płyty „Only By The Night”. Ich muzyka wnosiła pewną świeżość, bo choć przyzwyczajona byłam do słuchania klasyków rocka i nie szukałam żadnych nowinek, a tu nagle pojawili się czterej muzycy ze Stanów, których utwory wydawały się być stworzone jakby specjalnie dla mnie.

Książka Michaela i Drew Heatleya –  „Kings of Leon. Sex on Fire” opisuje drogę jaką przebył ten młody (przynajmniej moim zdaniem) zespół. Trudno dziś powiedzieć, czy uda mu się zajść jeszcze wyżej, czy może osiągnęli szczyt? Na to pytanie odpowiedzi jeszcze nie ma, ponieważ biografia zespołu kończy się na początku 2011 roku.

Autorzy pokazali jak z amerykańskich dzieciaków, pochodzących z bogobojnego Tennessee, wychowywanych, wręcz predestynowanych do zawodu kaznodziejów, stali się rock’n’rollowymi wyjadaczami.

Członkowie zespołu wywodzą się z jednej rodziny. Trzech braci i kuzyn noszą to samo nazwisko. Followillowie należeli do Zjednoczonego Kościoła Zielonoświątkowego, a ojciec trójki braci był kaznodzieją. Dzieciństwo południowców nie było typowe. Często zmieniali miejsce zamieszkania, jeździli po kraju w fioletowym oldsmobile’u, a ojciec wygłaszał kazania w okolicznych kościołach.

W pewnym momencie ich świat się rozpadł, ponieważ rodzice się rozwiedli. Wtedy chłopcy zaznali, co to sex, drugs i rock’n’roll. Wcześniej żyli pod kloszem, a tu nagle mogli swobodnie poznawać muzykę inną niż gospel. Właśnie owo nadrabianie strat sprawiło, że młodzi Followillowie odkryli, że najbardziej interesują ich rockowe rytmy. W 2000 roku bracia założyli zespół. Nie martwił ich fakt, że jeszcze nic nie potrafią. Posiadali talent, który zauważył doświadczony producent Angelo Petraglia i stał się ich mentorem.

Pierwszą płytę kapeli wydano w 2003 roku. Jej producentem został Ethan Jones. Kings of Leon opowiadali w niej o nadrabianiu straconej dekady okresu dojrzewania. Powoli stawali się popularni, ale w Anglii, a nie w rodzinnych stronach. Zbierali pierwsze laury, ale trzymali się mocno wytyczonych celów i ciężko pracowali.

Kolejny album „Aha Shake Heartbreak” został wydany już w 2004 roku, a zespół był coraz bardziej znany. Kwartet grał jako support na koncertach U2. Zostali zauważeni przez samego Boba Dylana. To czego się nauczyli przez kilka lat, zaowocowało podczas tworzenia kolejnej płyty: „Because Of The Times”. Pełnię swego talentu pokazali w 2008 roku, podczas nagrywania krążka „Only By The Night”.

Biografia „Kings of Leon” to historia zespołu, którą uosabia pewien – wydawałoby się martwy – mit. Bo oto na szczyty wdrapali się ludzie znikąd. Chłopcy, którzy mieli być kaznodziejami, wyszli z piwnicy, chwycili gitary do ręki i przeobrazili się w demony rocka. A trzeba pamiętać, że do 1997 roku ten gatunek był im całkowicie obcy, bo wychowani zostali na muzyce gospel.

Michael i Drew Heatley dokładnie opisują kolejne szczeble kariery zespołu z Tennessee. Skupiają się przede wszystkim na muzyce, ale przytaczają też pewne szczegóły z życia artystów. Nie ukrywają skłonności członków kapeli do bójek, alkoholu i narkotyków. Pokazują, jak stresująca może być sława i w jaki sposób wpłynęła na młodych muzyków. Na szczęście Fallowillowie posiadają jakiś zawór bezpieczeństwa, dzięki któremu zatrzymują się na granicy. Czy jednak uda im się stworzyć coś na miarę „Only By The Night”? Mam nadzieję, że jeszcze pokażą pazury.

Za biografię „Kings of Leon” dziękuję Wydawnictwu SQN.