Deep Purple – Dave Thompson

Są książki, których się nie da czytać bez słuchania muzyki. Do takiej kategorii należy właśnie biografia „Deep Purple. Smoke on the Water. Opowieść o dobrych nieznajomych” Dave’a Thompsona.

Autor opisuje w niej historię zespołu uwielbianego na całym świecie. Zanim jednak doszło do jego powstania, musieli zaistnieć muzycy. Thompson pokazuje obraz pokolenia, to co kształtowało przyszłych członków grupy Deep Purple. Najpierw dziennikarz opisał czasy, w których dorastali przyszli muzycy, żeby czytelnik potem lepiej ich zrozumiał. Thompson wszystko dokładnie dokumentuje.

Zmiany społeczne miały wielki wpływ na zespół. Gdyby nie one, wiele kapel by nie zaistniało. Chodziło przecież nie tylko o muzykę, ale o bunt. Rok 1968 wiele znaczy i dla muzyki, i dla samej historii.  Początkowo wydawało się, że młodzi Anglicy, nie odniosą sukcesu w swoim kraju. Znacznie lepiej odebrano ich w Stanach Zjednoczonych.

Nazwa Roundabout może niewiele mówić. Tak właśnie nazywał się zespół w którym grał między innymi Jon Lord oraz Ritchie Blackmore. W 1968 członkowie grupy postanowili ogłosić zmianę nazwy na Deep Purple. Muzycy postawili na wieloznaczność, ponieważ z jednej strony był to tytuł jednej ze znanych  piosenek z lat trzydziestych, a z drugiej określenie pewnego popularnego kwasa.

Przez czterdzieści pięć lat zdążyło się zmienić wszystko, oprócz nazwy zespołu. Dziennikarz kreśli drogę, którą podążyli Purple. Przez kapelę przewinęło się aż czternastu muzyków. Drugi skład Deep Purple –  Mark II (Jon Lord, Ian Paice, Ritchie Blackmore, Roger Glover, Ian Gillan) – wydaje się być najbardziej znany. Wtedy nastąpił największy rozkwit grupy, ponieważ powstały najbardziej charakterystyczne utwory Purpli.

Zadziwiające jest, jak łatwo zmieniano muzyków w składzie grupy. Nie oszczędzano nawet wokalistów. W latach siedemdziesiątych Deep Purple przechodzą kryzys. Niektórzy muzycy nie są w stanie znieść presji koncertów. W 1976 roku wydaje się, że zespół już nigdy nie zagra. Jednak jest jak feniks powstający z popiołów i odradza się w połowie lat osiemdziesiątych. Co jakiś czas artyści się zmieniają, odchodzą, czasem wracają. Show jednak trwa do dziś.

Książka Dave’a Thompsona bardzo dokładnie ukazuje historię grupy Deep Purple. Nie chodzi jednak o sensacyjne szkice z życia muzyków. Z reguły nie dowiadujemy się niczego o ich życiu prywatnym. W tej książce istotna jest muzyka. O niej właśnie pisze ten znany brytyjski dziennikarz. W benedyktyński sposób bada fakty, historię powstawania kolejnych utworów. Skrupulatnie odtwarza istotne szczegóły. Nie zapomina jednak o tym, żeby nas porwać swoją lekturą. Czytelnik – nawet dobrze znający grupę – będzie czekał w napięciu na opowieści o tym, jak rodziły się kolejne płyty. Każda zmiana składu, to kolejne dawki emocji. Ci którzy nie interesują się muzyką, nie mają czego szukać w książce „Deep Purple”. Ale jeśli ktoś chce wiedzieć, jak wygląda historia rocka, właśnie na podstawie tej książki wiele się dowie. Okaże się, że muzyka to jedno, ale kontekst historyczno-społeczny jest równie istotny. Właśnie dzięki biografii Thompsona, historia Purpli zostaje osadzona w czasie i przestrzeni. Dowiemy się, jak ów słynny zespół wpłynął na oblicze rocka.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości SQN.

„David Bowie”, Paul Trynka. Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Starmanie…

David BowiePaul Trynka, autor książki „David Bowie. Starman. Człowiek, który spadł na ziemię” przekonał mnie swoją poprzednią biografią: Iggy Pop. Open up and bleed. Zresztą obie książki dopełniają się w pewien sposób. Jeśli kogoś interesuje historia Iggy’ego, będzie chciał poznać bliżej Bowiego – i odwrotnie.

Należę do pokolenia, dla którego Bowie związany jest przede wszystkim z utworem Let’s Dance. Mogłabym nawet stwierdzić, że lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku minęły mi w połączeniu z dźwiękami wymienianej wcześniej piosenki oraz China Girl i Tonight  śpiewanej z Tiną Turner. Tyle, że dzisiaj przywołuje to na myśl skojarzenia z kiczem.

Paul Trynka w biografii opisuje dzielnicę Brixton, położoną w południowym Londynie, gdzie  w 1947 roku urodził się David Jones. Druga wojna światowa mocno wpłynęła na rodzinę przyszłego Starmana – zarówno matka, jak i ojciec mieli za sobą nieudane związki. Anglia powojenna była szara i biedna, jednak miała pewien urok. Dzieciaki wypełniały swoje wolne chwile bawiąc się w ruinach i lejach po wybuchach bomb.

Schludnie ubrany i zawsze czysty David wyróżniał się wśród rówieśników. Posiadał niesamowity urok, którym potrafił sobie zjednać nawet surowego dyrektora podstawówki. Kiedy młody chłopak poznał rock and rolla, postanowił, że zostanie muzykiem. Razem z przyjacielem Georgiem Underwoodem przeszli do szkoły Bromley Tech. To właśnie jego najbliższy kolega, podczas bójki o dziewczynę, uszkodził lewe oko Davida.

Niezwykły wygląd, stylowe ubrania, zainteresowania muzyką nie dały jeszcze szansy piętnastolatkowi na sukces muzyczny. Musiał bardzo długo pracować nad tym, by się wybić. A jednak posiadał to „coś”, na co każdy zwracał uwagę. Nie talent muzyczny, a charyzma Bowiego była bardzo zauważalna. Wszyscy również podkreślają, jak bardzo pracowity był młody muzyk.

Kilka pierwszych płyt Davida poniosło porażkę. Większość twórców zraziłaby się. A jednak Bowie nie dawał za wygraną. Cały czas uczył się na błędach. Właśnie one go ukształtowały. W pewnym momencie dwudziestojednoletni David oświadczył, że zostanie tancerzem – chodził na lekcje, grał w spektaklu Chmurę. Poznawał ciekawych ludzi. 1969 rok przynosi zmiany – wreszcie wydana zostaje Space Oddity, płyta, która da mu sławę.

Kariera zaczyna się rozkręcać za sprawą Amerykanki Angeli Barnett. Przez następne cztery lata ona stanowiła siłę sprawczą sukcesu swego przyszłego męża. Nietypowa para, głosząca otwartość związku nie przetrwała zbyt długo. Choć z tego małżeństwa Bowie ma syna Duncana.

Kolejne płyty z lat siedemdziesiątych wyniosły muzyka na szczyty. Nie chodzi o listy przebojów, a osiągnięcia twórcze. Powstało alter ego artysty: Ziggy Stardust. Nie sposób wymieniać kolejnych przebojów i wcieleń. Miały one olbrzymi wpływ na wielu muzyków i całe pokolenia – z czego nie zawsze zdajemy sobie sprawę. Choćby utwór The men who sold the world znany memu pokoleniu z niezwykłego wykonania Nirvany, stworzony został przez Bowiego. To oczywiście tylko jeden z przykładów. Innymi muzykami, którzy wiele zawdzięczają Starmanowi są Iggy Pop, a nawet Freddie Mercury.

Książka Paula Trynki dokładnie opisuje przebieg kariery „Człowieka, który spadł na ziemię”. W niezwykle szczegółowy sposób rekonstruuje wszystko, co kształtowało muzyka. Biograf nie próbuje jednak określać orientacji seksualnej Starmana. Pokazuje raczej grę Bowiego. W czasach, kiedy homoseksualizm był tabu, Bowie otaczał się mężczyznami i ogłaszał gejem. Jednocześnie też miał mnóstwo przygód z kobietami.

Autor książki świetnie pokazał kolejne wcielenia Davida Bowiego. Starman jest mistrzem muzyki, ale geniuszem kreacji. Potrafił intrygować swoim wyglądem, wpływając ogromnie na popkulturę. Przy okazji P. Trynka – niejako na drugim planie – pokazał muzyczny świat  drugiej połowy XX wieku. Obala też pewne mity – np. romans z Davida z Jaggerem, który przedstawiony został  jako element autokreacji i promocji, a nie fakt. Z drugiej strony biograf nie idealizuje artysty. Bowie, jeśli chodzi o muzykę potrafił być bezwzględny, ostro rywalizując nawet z najbliższymi przyjaciółmi. I choć pod koniec lat sześćdziesiątych artysta był spóźniony w stosunku do wielkich muzyków wytyczających szlaki, teraz jego gwiazda wciąż błyszczy. A za sprawą najnowszej płyty Next Day, Bowie udowadnia, że jest jak feniks powstający z popiołów.

Za biografię dziękuję Wydawnictwu SQN

Dave Grohl. Oto moje (po)wołanie – Paul Brannigan

Dave GrohlCzytam i słucham… W pewnym momencie odczuwam potrzebę, by dowiedzieć się czegoś więcej o twórcach moich ulubionych utworów muzycznych. I w takiej chwili znowu sięgam po książki – tym razem o piosenkarzach i ich twórczości. Nie interesuje mnie zbytnio życie prywatne bohaterów (chyba że ma istotny wpływ na tworzenie), a czynniki które przyczyniły się do powstania danych utworów muzycznych.

Obecnie zainteresowała mnie historia Dave Grohla. Może być ona kolejną wersją mitu o pucybucie, który stał się milionerem. W obu opowieściach  chodzi o jedno – żeby być na tyle zdeterminowanym, by nigdy się nie poddawać i osiągnąć cel.

Tytułowy bohater książki Paula Barnnigana zaczynał od zera. Miał jedynie talent, który postarał się rozwijać. Czasy w których dorastał – a urodził się w 1969 – były okresem rozwoju muzyki punkowej. Grohl dojrzewał w świecie, gdzie liczył się bunt i nonkonformizm. Barnnigan w biografii pokazuje nie tylko jak i gdzie dorastał przyszły muzyk. Szkicuje też opowieść o muzyce, która wpłynęła na artystę i go ukształtowała.

Zaledwie kilkunastoletni chłopak, tak jak wielu przed nim, próbował swoich sił grając na gitarze. Doszły do tego też eksperymenty z perkusją. Mission Imossible, Dain Bramage, Scream były pierwszymi zespołami w których próbował się relalizować.

Największe chwile sławy przeżył wstępując do Nirvany. Nie miał pojęcia, jak szybko jego życie wywróci się do góry nogami. Choć miał dopiero dwadzieścia jeden lat, nagle stał się znaną osobą. Samobójstwo Cobaina nie zamknęło jednak drogi rozwoju tego artysty. W pewnym sensie Nirvana stała się przekleństwem Grohla, bo wiele osób wciąż widzi w nim jedynie muzyka, który grał na perkusji u Cobaina.

W chwili śmierci Kurta zamknął się pewien etap w życiu Grohla, ale zaczął następny. Biografia Brannigana dowodzi, że młody muzyk wciąż miał wiele do powiedzenia.  Dave udowodnił, że jest artystą, a nie tylko rzemieślnikiem. Stworzenie  Foo Fighters przyniosło mu sławę, jako niezależnego i samodzielnego twórcy. Oczywiście nie wymieniłam wszystkiego. Ilość projektów w których wziął udział, przyprawia o zawrót głowy. Po prostu gra z najlepszymi.

Dave Grohl opisany przez znanego dziennikarza stał się dla mnie człowiekiem z krwi i kości, a nie tylko cieniem zza pleców Cobaina. Barnnigan oddał mu głos, byśmy go lepiej poznali. Nie ukrywa też niewygodnych faktów – zażywanie narkotyków przez muzyków nie było przecież dla nikogo tajemnicą. Grohl został zdjęty z piedestału, tak byśmy mogli się mu bliżej przyjrzeć i zrozumieć. Pisarz często oddaje mu głos, więc poznajemy zdanie samego Grohla na wiele tematów.

„Oto moje (po)wołanie” jest świetnym tytułem. Nie dość, że to nazwa piosenki muzyka, na dodatek wiele jeszcze mówi na temat jego samego – człowieka o wielkiejj energii, który potrafi swoje ADHD przetworzyć na coś wielkiego. Daje upust swojemu wigorowi grając i komponując, a przy okazji nie traci kontaktu z rzeczywistością. Łączy talent z pracą, a efekty są imponujące.

Historię Grohla można potraktować jak instruktaż, na temat odnoszenia sukcesu. Pokazuje ona ile trzeba włożyć pracy i determinacji, by osiągnąć cel. Nie wystarczy sam talent, trzeba jeszcze wiele dać od siebie. Dave to zrobił, przy okazji nie zapominając kim jest i skąd pochodzi. Brinnigan dał czytelnikowi dogłębną biografię tego artysty opierając się na licznych wywiadach, rozmowach z ludźmi znającymi muzyka, dlatego myślę, że warto się z nią zapoznać.

 Dziękuję za książkę Wydawnictwu SQN.

Poniedziałkowe dzieci – renesansowa Patti Smith

Poniedziałkowe dzieciOd dawna polowałam na książkę Patti Smith pt. „Poniedziałkowe dzieci”. Muzyka artystki mówi sama za siebie, ale chciałam wiedzieć, co ma do powiedzenia ta niewątpiwie wielka indywidualność.

Końcówka lat sześćdziesiątych i początek siedemdziesiątych ubiegłego wieku z perspektywy czasu, wydaje się być rajem dla artystów. Właśnie wtedy rodziły się gwiazdy rocka, malarstwa, fotografii, czy poezji. Albo jak w przypadku Patti Smith niemal wszystko na raz. Jednak jeśli ktoś sięgnie po tę historię, myśląc, że trzyma w ręku biografię artystki, może się zawieść. „Poniedziałkowe dzieci” są przede wszystkim hołdem złożonym Robertowi Mapplethorpe’owi.

Patti Smith zaczyna opowieść dwutorowo. Najpierw wspomina o swoim dzieciństwie. Od pierwszych stron mamy smaczek za smaczkiem – zwłaszcza przemówił do mnie opis matki, która uczy dziewczynkę modlitwy, nie wypuszczając jednocześnie papierosa z ręki (czy ust). Potem mowa o dzieciństwie Roberta Mapplethrope. Bohaterów łączy to, że urodzili się tego samego roku – w poniedziałek, stąd taki a nie inny tytuł polskiej wersji książki. W oryginale brzmi on – Just Kids.

Łatwiej artystce pisać o swoim dzieciństwie, gdyż Robert niewiele o nim mówił, uważając, że nie warto wspominać o tamtych czasach. Patti Smith nie ukrywa, że jako dziewiętnastolatka została matką, a następnie oddała dziecko parze pragnącej dziecka. Po wyrzuceniu ze studiów, postanawia podjąć pracę w drukarni podręczników w Filadelfii, ale szybko wyjeżdża do Nowego Jorku. Wie jedno – że pragnie zostać artystką.

Życie cyganerii pod koniec lat sześćdziesiątych nie jest łatwe. Trudno o pracę, głód nie pomaga tworzyć, zresztą bez pieniędzy nie da się być artystą, bo nie starcza nawet na najskromniejsze materiały. Trudno też się zdecydować na konkretną dziedzinę sztuki, tyle jest do przekazania. Zwykłe dzieciaki spotykają się przez przypadek. Robert ratuje Patti przed nieciekawym adoratorem. Tak zaczyna się ich niesamowita relacja.

Najpierw są kochankami, później Robert odkrywa w sobie skłonności homoseksualne. Nie przeszkadza im to jednak darzyć się czystą miłością. Łaczy ich przede wszystkim umiłowanie sztuki.  Mapplethrope początkowo maluje, ciągle poszukuje metody na wyrażanie się. Pomaga sobie używkami. Patti z kolei uważa się za poetkę i nie daje się namówić na śpiewanie, ani na narkotyki.

Kiedy bohaterowie zamieszkają w hotelu Chelsea, stają się jednocześnie sąsiadami znanych twórców. Poznają wybitnych poetów, muzyków, artystów wszelkich maści. Ginsberg, Godard i Hendriks są osobami, które można w każdej chwili spotkać gdzieś na korytarzu. Długo poszukują inspiracji, ale w końcu odnajdują niszę dla siebie – Robert fotografuje, a Patti Smith pisze poezję i piosenki.

Bohaterowie, choć nie zostaną parą, do końca są bratnimi duszami. Smith opisuje na kartach swej książki, na czym polega istota przyjaźni. Choć nie wszystkie posunięcia Roberta akceptuje, mam on u niej zawsze pełną uwagę. Mogłoby się wydawać, że Robert będzie prowokatorem, jednak Patti również nauczy się wyrażać swoje zdanie. Najważniejsze będzie obrazoburcze: Jezus umarł za czyjeś grzechy, ale nie moje. Poezja Smith inspirowana jest twórczością Rimbauda i Williama Blake’a, a sama piosenkarka stała się matką chrzestną punk rocka.

Robert  Mapplethrope był ofiarą swoich czasów – zmarł w 1989 roku z powodu komplikacji wywołanych przez AIDS. Książka napisana przez Patti powstała na jego życzenie. Smith obiecała Robertowi, że opisze ich życie oraz relacje jakie łączyły tę parę. Byli jak bliźniacze dusze. Tworzyli wielką sztukę. Dzięki tej świetnej książce widać to jasno. Nie można przejść obok „Poniedziałkowych dzieci” obojętnie. A jeśli kogoś fascynują wspaniałe lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte XX wieku – jest to pozycja obowiązkowa. Czytelnik, który szuka w książce sporej dawki wrażliwości i emocji również się nie zawiedzie.

Święta z Pink Floyd

Pink Floyd. Prędzej świnie zaczną lataćKsiążka Marka Blake’a „Pink Floyd. Prędzej świnie zaczną latać”, stanowi nielada gratkę dla fanów tej grupy muzycznej. Tym bardziej jest widoczne, że to wartościowa lektura, skoro patronuje jej medialnie radiowa Trójka – jak dla mnie autorytet w kwestii muzyki. Posłowie napisał Piotr Metz, który przybliżył czytelnikom związki członków tej grupy z Polską.

Aby w pełni zrozumieć sens książki najlepiej czytać ją w towarzystwie muzyki Pink Floyd. Autor biografii na ponad 500 stronach, w niemal benedyktyński sposób, opisuje każde dzieło stworzone przez członków tej grupy – zarówno w zespole, jak i solowo. Oczywiście, znawcy Pink Floyd doskonale będą się orientowali. Jednak zwykły wielbiciel muzyki, który najlepiej kojarzy The Wall i The Dark Side of the Moon, ma okazję dowiedzieć się czegoś więcej.

Mark Blake – pisarz i dziennikarz muzyczny – stworzył swe dzieło na podstawie stu wywiadów. Niestety, grupa nie lubiła prasy, więc zadanie należało do trudnych, by rzetelnie przedstawić historię Pink Floyd. Myślę jednak, że autorowi się udało.

Najbardziej lubię wczytywać się w  historie z dzieciństwa przyszłych geniuszy muzycznych. Co powoduje, że zaczynają tworzyć? Cóż takiego ich kształtuje i jakie okoliczności sprawiają, że trafiają na siebie?

Na początku postacią dominującą jest Syd Barrett. Jednak bez pozostałych członków grupy niewiele by zwojował. Pierwszy skład zespołu tworzył bez Davida Gilmoura, który w tym czasie grał w innej grupie muzycznej. Roger Waters z kolei wcale nie był wielbicielem rocka, miał zostać architektem. Nick Mason wybrał granie na perkusji a Richard Wright został klawiszowcem.

Wspominam nazwiska członków Pink Floyd z ważnego powodu. Muzycy tak starannie chcieli się ukrywać przed publicznością, a zwłaszcza reporterami, że stali się niemal anonimowi. Wszyscy znali nazwę zespołu, muzykę, a tylko fani wiedzieli coś więcej o artystach. Sam pomysł stworzenia muru i odgrodzenia się od publiki, też o czymś świadczy.

Książka „Pink Floyd” pokazuje czytelnikowi jak wyglądało staczanie się Syda Barretha, który zaczął przesadzać z narkotykami. Mimo swego geniuszu, w pewnym momencie pozostali członkowie zespołu musieli zerwać z nim kontakt, ponieważ nie można już było z nim normalnie pracować. Wtedy do grupy dołączył Gilmour. Pozostali Floydowcy również sięgali po narkotyki, znaleźli jednak siły, by zachować pewien umiar – choć nie było to z pewnością  łatwe.

Dzięki temu, że Pink Floyd grało od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, czytając książkę, podążamy w podróż w przeszłość. Nie tylko poznajemy historię zespołu. Obserwujemy lato miłości w 1967, oglądamy bohaterów na tle wydarzeń tamtych czasów. Ważne są dla mnie te momenty w książce pokazujące jak tworzyli artyści – ich żmudną pracę, konflikty w trakcie decydowania, jakie utwory mają zostać nagrane na daną płytę. Autor pokazuje nawet, w jaki sposób dokonywano wyborów okładek płyt.

Mark Blake starał się w dużym stopniu odtworzyć losy Syda Barrettha, które do dziś są owiane legendą. Niestety, niektórych spraw nie da się dziś potwierdzić, czy uprawdopodobnić. Dla wielu ludzi jest on nadal legendą. Gwiazdą, która błyszczała niezwykle jasno, choć tak krótko…

Pisarz przekonał mnie swą opowieścią. Pokazując, jak powstawałay kolejne wspaniałe kawałki, odsłonił rąbek pewnej tajemnicy. Uzmysłowił mi, jak charakter artystów wpływał na powstawanie dzieł, jak bardzo byli od siebie zależni – choć i konfliktowi. Dotąd znałam utwory, ale nie zdawałam sobie sprawy, co kształtowało muzyków. Ważny jest też dla mnie obraz epoki, którą przedstawił Mark Blake biografią Pink Floyd. Dla fana najważniejsze będą ciekawostki muzyczne, natomiast o sprawach osobistych wspomina się tu typowo po angielsku – w sposób dżentelmeński, choć i z typowym dla tego kraju poczuciem humoru. Warto się zapomnieć w muzyce Pink Floyd, czytając biografię zespołu. Będzie to niezwykła podróż w czasie.

Dziękuję SQN za biografię Pink Floyd.

Życie w trasie z Queen

QuennKiedy czytam książkę, słucham dobrej muzyki. Potem zaczynam się zastanawiać, co właściwie wiem o swoim ulubionym twórcy? Oczywiście, nie chodzi mi o informacje z tabloidów, tylko takie przedstawiające przebieg życia danego artysty, jego przemyślenia, sposób w jaki pracował. Lubię też wiedzieć, co spowodowało, że stworzył dane dzieło. Wtedy przychodzi czas na biografie sławnych muzyków.

Książka Petera Hince’a „Queen. Nieznana historia” dotyka właściwie jednego problemu – życia ekipy technicznej w trasie koncertowej. Człowiek, który pracował przez trzynaście lat dla zespołu musiał go doskonale znać. Hince opowiada o latach 1973-1986, czasach, kiedy popularność Queen zaczynała rozkwitać. Autor książki pracował ponad dziesięć lat jako technik dla zespołu, tej jednej z najjaśniejszych gwiazd rockowej estrady.

Dla młodego chłopaka podróżowanie z Queen, było olbrzymią przygodą. Praca wymagała sporo wysiłku, ale dawała też olbrzymią satysfakcję. Peter Hince w bardzo bezpośredni i żartobliwy sposób pokazuje, jakie miał korzyści z przebywania w cieniu gwiazd. Do muzyków lgnęły wszystkie dziewczyny, ale i dla technicznych też coś zostawało.

Od samego początku dowiadujemy się, że autor nie będzie w niej prał brudów, ale weźmie nas za kulisy, w miejsce, gdzie rodziła się wielka muzyka. Freddie Mercury również nie zostanie w tej książce dokładnie opisany, bo to nie jest jego biografia. Natomiast pokazane zostało, jakim był człowiekiem. Hince starał się niczego nie ukrywać. Ani orientacji seksualnej artysty, ani jego ekstrawagancji. Nie pisze jednak hagiografii – cały czas ma dystans do artysty. Podkreśla, że nie hołubił Freddiego, a starał się ułatwić życie muzykom na scenie – bo to było jego zadanie, jako technicznego.

Cały rozdział książki poświęcony został rozrywkom w drodze, którymi umilali sobie życie członkowie zespołu oraz ekipa techniczna. Ci ostatni nie wylewali za kołnierz, a i nie odmawiali sobie narkotyków. Napięcie rozładowywali również dzięki spotkaniom z dziewczynami, czy chłopcami – zależnie od orientacji. Hince opowiada historie, które mogą zniesmaczyć co wrażliwszych. Show must go on – impreza również, niezależnie od konsekwencji.

Tego jak pracowali muzycy, jak wyglądało życie Queen od kuchni – można sie dowiedzieć dzięki książce Petera Hince’a. Rozczaruje się ten, kto zasugeruje się okładką, bo książka nie jest biografią Mercurego. Mowa w niej o całym zespole, z naciskiem na ekipę techniczną. Smaczku dodają również zdjęcia, autorstwa Hince’a. Czytając tę opowieść poczułam się, jakbym sama towarzyszyła muzykom i starała się pomóc im w trudnym procesie prezentowania dzieł, które zna cały świat. Podróż z Queen bedzie miejscami zabawna, ale czasem pełna napięcia, niekiedy zaś mrożąca krew w żyłach. Wszystko dzięki ciekawemu stylowi Hince’a.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości SQN.