Marka Krajewskiego nie trzeba przedstawiać miłośnikom powieści kryminalnych, szpiegowskich i sensacyjnych. Tymczasem moja przygoda literacka z tym pisarzem nie należy do najdłuższych. Udało mi się wreszcie sięgnąć po książki tego autora, a teraz skusiła mnie premiera najnowszego tomu z cyklu o Edwardzie Popielskim. Jest to już jedenasta część. Choć dla mnie była pierwsza, nie miałam problemu z jej odbiorem. Według mnie można ją czytać bez znajomości wcześniejszych tomów.
Główna oś historii rozgrywa się w 1935 roku. Nasi bohaterowie przebywać będą w miejscach takich jak Lwów, Bydgoszcz, ale nas najbardziej będzie intrygował Wrocław. Miłośnicy cyklu o Eberhardzie Mocku wiedzą, że właśnie tam najczęściej mogą go zobaczyć w czasie pracy. Właśnie w tym niemieckim mieście walczy z przestępcami. Czy Edward Popielski spotka się z tym bohaterem? Tego oczywiście nie zdradzę…
Kiedy kapitan Jan Henryk Żychoń dowiaduje się, że we Wrocławiu pewna piękna kobieta, posiada dokumenty, które mogą zadecydować o tym, jak będzie wyglądała polityczna równowaga europejska, musi działać szybko i skutecznie. Wysyła do miasta Edwarda Popielskiego. Dlaczego właśnie tego człowieka? Żychoń dowiedział się, że ciemnowłosa rozwódka gustuje w mężczyznach o konkretnym typie urody. Tylko agent ze Lwowa odpowiada jej wymaganiom.
Popielski zgadza się na misję, kiedy tylko zobaczy, jak piękna jest Aurelia Teichert. Tak rozpoczyna się szpiegowska misja agenta. Na dokumentach, jakie posiada kobieta, zależało będzie nie tylko Polakom. Tajne służby hitlerowskie również chciałyby wejść w ich posiadanie, a pani Teichert odda je temu, kto da za nie więcej. Cena okaże się bardzo wysoka, działania szpiegów polegać będą na umiejętności intrygowania, przewidywania kroków przeciwnika. Rozgrywka okaże się grą o najwyższą stawkę.
Powieść „Czas zdrajców” Marka Krajewskiego zaskoczyła mnie dbałością o szczegóły. Wprawdzie nie jest to nowością dla czytelników książek tego autora, ale za każdym razem budzi mój podziw owa szwajcarska dokładność. Mogę dokładnie poznać nazwy ulic, którymi chodzą bohaterowie, odkryć dania z przedwojennej kuchni regionalnej, czy elementy garderoby stosowane w czasie, kiedy rozgrywa się akcja powieści. W „Czasie zdrajców” tego nie zabrakło. Do tego otrzymujemy subtelne smaczki dla uważnych czytelników. Wprawdzie nie należę do osób, które uwielbiają powieści szpiegowskie, ale muszę przyznać, że żałuję tego, iż tak długo zwlekałam z lekturą cyklu o Popielskim. Prócz tego wszystkiego, co kojarzy się ze specyfiką gatunku, Marek Krajewski przypomniał mi przykurzone o nieznanej historii służb specjalnych działających w dwudziestoleciu międzywojennym. Nie zachwycił mnie wątek miłosny, bardziej intrygowały mnie oddane w dopracowany sposób elementy świata przedstawionego, dzięki temu wciągnęłam się w klimat opowieści. Nie wszyscy też wiedzą, że bohater książki, kapitan Jan Henryk Żychoń, jest postacią autentyczną, Jamesem Bondem polskiego wywiadu. Autor w ciekawy sposób wplata go do „Czasu zdrajców”.
Lubię twórczość Marka Krajewskiego. Tej książki jeszcze nie miałam przyjemności czytać, ale z pewnością nadrobię 🙂
Po lekturze kolejnych książek tego autora coraz lepiej rozumiem za co kochają go czytelnicy. 🙂