Filip Zawada należy do tych pisarzy, obok twórczości których trudno przejść obojętnie. Już same tytuły jego książek bywają prowokujące i zmuszają do zastanowienia, tak jak np. „Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek” czy „Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna”. Od czasu ostatniej powieści autoraa, jaką czytałam, czyli „Weź z nią zatańcz”, minęło już trochę czasu (dokładnie trzy lata), dlatego premiera książki „Gdyby nie czerń” bardzo mnie ucieszyła. Podczas Literackiego Sopotu Filip Zawada wprawdzie nie był gościem festiwalu, ale pojawił się na stoisku Wydawnictwa Znak. Jakimś fartem w tym samym czasie byłam pod namiotem, więc wykorzystałam sytuację i zdobyłam autograf autora.
Historia rodziny Mrazów opowiedziana jest przez nietypowego narratora. Jest nim pewien podglądacz, gawron. Ważne będzie, by nie mylić go z krukiem. Ten ostatni kojarzony jest z powieściami grozy czy horrorem, symbolika tych obu ptaków też jest inna. W „Gdyby nie czerń” nie znajdziemy wspomnianej wcześniej formy, ale gawron z powieści, trochę wzoruje się na krukach z historii E. A. Poego, czy nawet „Gry o tron”. Będzie również potrafił przejść w zaświaty, nas też tam zabierze.
Czym różni się rodzina Mrazów od pozostałych? Składa się z czterech osób, czyli dość typowo. Rodziców i dwojga dzieci. Kiedy im się przyjrzymy bliżej, okażą się dosyć złożonymi jednostkami. Andrzejj i Halia są niewidomi. Kobieta kocha wiatr, a mężczyzna szczególnie ceni ogień. Potrafi w mieszkaniu w bloku włączyć gaz i przypalać sobie palce, by mieć wrażenie, że przebywa przy ognisku. Dorośli ludzie sprawiają wrażenie oderwanych od rzeczywistości. Nie radzą sobie za bardzo, ale dzięki dzieciom jakoś funkcjonują w społeczeństwie.
Róża i Trytek muszą szybko dorosnąć i nauczyć się reguł rządzących światem. Te ostatnie przyjdzie im poznawać poza rodzinnym gniazdem. Tam bowiem panuje chaos. Dzieci nie mają łatwego życia, czy poczucia stabilizacji. Za to mogą liczyć na nietypowe doświadczenia i liczne niespodzianki. Trudno też ich wzajemne rodzinne relacje określić jako wyjątkowo ciepłe i pełne miłości. Dwa żywioły połączone razem: ogień i wiatr wnoszą do życia dzieci sporo chłodu.
Z czasem do opieki nad rodziną dołączy Hades, pies przewodnik. Jednak i jemu będzie trudno z takimi podopiecznymi. W miarę rozwoju akcji będziemy mieli okazję poznawać bliżej członków tej rodziny. Odkrywamy ich przeszłość, co pozwala nam stworzyć sobie pewien obraz rodziny. Narrator nie ułatwia nam jednak zadania. Gawron podglądacz dostrzega również to, czego nie widać gołym okiem, ale nie wszystko interpretuje po ludzku. Rodzina żyje wśród żywych, ale na ich egzystencję w jakimś stopniu wpływają zmarli. Gawron to wszystko dostrzega, nawet jeśli członkowie rodziny sami sobie tego nie uświadamiają.
Powieść „Gdyby nie czerń” w opisie na okładce nazywana jest sagą rodzinną, ale wcześniej dodano jeszcze określenie „przewrotną”. Nic dziwnego, bo rzadko historie opowiada gawron. Na dodatek posługujący się absurdalnym humorem. Odbiorca będzie miał za zadanie poukładać sobie opowieść odzierając ją z niektórych powłok, jak cebulę, by dotrzeć do kolejnych warstw historii. W ten sposób odsłoni się obraz członków pewnej rodziny, w której każdy wnosi swoje trudne doświadczenia, lęki, traumy, by potem przenieść je na kolejne pokolenie. Rodzina Mrazów naznaczona zostaje szaleństwem, a także cierpieniem. Jednak o tym, co trudne autor pisze tak, by nieco przełamać mrok tej opowieści. Filip Zawada zabierze nas również w zaświaty, do czyśćca, choć i tu będzie nieco przewrotnie. Kto tam trafi i dlaczego? Podczas lektury śledzimy losy głównych bohaterów, ich trudne wzajemne relacje, a przemyślenia postaci będą nas prowadzić do pytań natury egzystencjalnej. Warto jednak pamiętać, że Filip Zawada lubi posługiwać się czarnym humorem, by przełamać nieco mrok opowieści i tutaj tego również nie zabrakło.