Jaka byłam dekadę temu? Takie pytanie będzie zadawała sobie każda czytelniczka książki „Kilka dni z życia Alice” Liane Moriarty. Stosuję rodzaj żeński, gdyż zdaję sobie sprawę, że po ten tytuł chętniej sięgną kobiety, niż mężczyźni, choć zawsze mnie to nieco smuci. Wolałabym, żeby takie podziały się nie pojawiały. Sama sięgam po książki Liane Moriarty, jak tylko mam okazję. Dowiedziałam się o istnieniu australijskiej pisarki dopiero jakiś czas po tym, jak wielką karierę zrobił serial „Wielkie kłamstewka”. Przegapiłam popularną powieść, widzę jednak, że co jakiś czas wydawnictwa przypominają inne książki Liane Moriarty, dlatego też zainteresowało mnie wznowienie powieści „Kilka dni z życia Alice”.
Poznajemy tytułową postać w chwili, gdy ma wypadek na siłowni. Tak mocno uderzyła się w głowę, że straciła pamięć. Co ciekawe, amnezja nie zabrała jej wszystkich wspomnień. Alice myśli, że jest rok dziewięćdziesiąty ósmy, choć tak naprawdę jest dwa tysiące ósmy. Kobieta w ten sposób odmłodziła się o dekadę. Uważa, że ma dwadzieścia dziewięć lat. Mówi też, że spodziewa się dziecka. Tymczasem dowiaduje się, że na jej ciele znajduje się blizna po cesarce. Kiedy udaje jej się skontaktować z siostrą, odkrywa, że ma troje dzieci. Żadnego z nich nie pamięta. Domaga się kontaktu z ukochanym mężem. Niestety nie jest to łatwe, gdyż wyjechał za granicę.
Alice zachowuje się tak, jakby czas stanął w miejscu w ostatnich latach ubiegłego wieku. Zaskakuje tym swoich bliskich, ponieważ jej starsza niemal czterdziestoletnia wersja, stała się inną osobą. Ta zmiana zaskakuje kobietę. Ponadto czekają na nią trudne wyzwania. Nie dość, że musi poradzić sobie z bieżącymi obowiązkami, to jeszcze chciałaby poukładać sobie brakujące elementy wspomnień. Co odkryje?
Brak pamięci posiada pewne pozytywne strony. Kiedy Alice rozmawia z bliskimi, nie wie, z którymi ma na pieńku, z kim żyje w zgodzie, a nawet że jej małżeństwo chyli się ku upadkowi. Wciąż myśli, że ukochany Nick jest dokładnie tym samym człowiekiem, co dziesięć lat temu. Amnezja zmusza ją do refleksji nad swoim dotychczasowym życiem. Odkrywa choćby, jak bardzo z powodu niepłodności cierpi jej siostra Elisabeth. Metody in vitro niby są skuteczne, ale tylko przez chwilę. Żadnej z ciąż nie udało jej się donosić. Tymczasem Alice powinna znać uroki macierzyństwa, w końcu urodziła troje dzieci. Na nich się skupia w życiu codziennym, więc stopniowo drogi sióstr się rozchodzą. Młodsza wersja kobiety tego nie wie, więc może uda się jej po prawić tę relację?
Pomysł z utratą pamięci nie jest niczym nowym. Wielu z nas zetknęło się z książką Tadeusza Dołęgi-Mostowicza pt. „Znachor” i „Profesor Wilczur”, a także ekranizacjami tych historii. Teraz jednak mamy możliwość poznania opowieści współczesnej, której akcja rozgrywa się w Australii. Każdy kto zna „Wielkie kłamstewka” będzie mógł sobie doskonale wyobrazić ten świat przedstawiony. Poznajemy dobrze sytuowaną kobietę w sile wieku. Jednak za fasadą tego, co z zewnątrz wygląda doskonale, kryje się wiele pęknięć i bolesnych emocji.
Jak Alice doszła do tego punktu, w którym się znalazła? To odkrywamy wraz z bohaterką w miarę, jak dowiaduje się czegoś nowego o sobie. Układanka intryguje czytelników. Chcemy wiedzieć, co spotkało Alice przez te ostatnie dziesięć lat. Bohaterka musi podsumować swoje życie. Zastanawiamy się wraz z nią, czy to wszystko, co ją spotkało będzie czymś pozytywnym, czy negatywnym? Czy lepiej żeby Alice pozostała wierna tym ideałom sprzed lat, czy obecnym? To samo dotyczy uczuć, relacji z bliskimi. Wiele z nich pozostawia wiele do życzenia. Co da się naprawić, a może lepiej tego nie robić? Przed takimi problemami staje nagle tytułowa postać. Poznajemy też innych bohaterów. Perspektywę Elisabeth, która pisze dziennik dla swojego terapeuty, czy przyszywaną babcie prowadzącą popularny blog. Wszystko to sprawia, że powieść czyta się bardzo dobrze i nawet nie zauważymy, kiedy pochłonęliśmy te pięćset stron.