Książka czy film? „Minionki. Historia prawdziwa”

Minionki

Moje dzieciaki odkąd po raz pierwszy zobaczyły Minionki, natychmiast się w nich zakochały. A hasło przewodnie tych przesympatycznych stworków: „Bananas” wypowiadane w najmniej odpowiednich momentach wywoływały u dzieci takie napady śmiechu, że niemal tarzały się po podłodze. Do tej pory żółte stworzenia były tylko i wyłącznie mistrzami drugiego planu. W animacji „Minionki” teraz one są głównymi bohaterami. 

Najpierw był film animowany produkcji amerykańsko-francusko-australijskiej: „Jak ukraść księżyc?” Trzy lata później nakręcono „Minionki rozrabiają”. Jednak nawet w drugiej części i wbrew tytułowi nie one były najważniejsze – ale ich zadanie polegało na bawieniu widzów. Żółte stworki stały się tak bardzo popularne, że tym razem producenci zdecydowali się dać widzom opowieść o tym, skąd się w ogóle wzięły Minionki i jak trafiły do Gru.

Kevin, Bob i Stuart wyruszają w niezwykle niebezpieczną podróż, by znaleźć pana dla swoich ziomków. Władcą nie może zostać byle kto, musi to być najbardziej nikczemna istota na ziemi. W przeciwnym wypadku stworkom grozi depresja. Jeśli ktoś do tej pory nie miał do czynienia z Minionkami, może nie być zachwycony ich poczuciem humoru. Bo one nie są zbyt grzeczne: a to puszczają bąki, a to biją się po głowie i mówią językiem uniwersalnym, czyli po swojemu. Maluchy jednak je uwielbiają.

Najbardziej niepoprawne u Minionków jest to, że uwielbiają złych panów. Jak wytłumaczyć dzieciom tę dziwną zasadę? Otóż okazuje się, że wybierając niewłaściwą ścieżkę Minionki kierują się pozytywnymi wartościami takimi jak wierność, przyjaźń i poświęcenie. A ich oddanie złu, tylko doprowadza do jego likwidacji. Kiedy Stuart, Kevin i Bob trafią w ręce okrutnej Scarlett O’Haracz będą walczyć o przetrwanie. Już nie będą tylko robić sobie na złość.

Dzieciaki siedziały na seansie z wypiekami na twarzy. Co chwilę się pokładały ze śmiechu – są i gagi, i mnóstwo zabawnych scen. Dla dorosłych gratką będą odwołania do kultury lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, w końcu animacja jest prequelem, a maluchy raczej nie zrozumieją nawiązań do Beatlesów, ani nie rozpoznają piosenki z musicalu „Hair”.

Zazwyczaj wolę przeczytać książkę, a dopiero potem obejrzeć film. Jednak w tym przypadku ta zasada się nie sprawdzi. „Minionki. Historia prawdziwa” to adaptacja Sadie Chesterfield na podstawie scenariusza filmowego autorstwa Briana Lyncha. Jeśli więc ktoś nie zna scen z filmu, będzie miał naprawdę spory problem ze zrozumieniem tego charakterystycznego klimatu i dowcipu. Historia jest niemal dokładnie taka sama, nawet dialogi. Tylko że Minionki dobrze jest widzieć i… słyszeć. Kto skupi się na książce, zwyczajnie w świecie nie połapie się, o co w tym wszystkim chodzi. Według mnie ta opowieść to idealna pozycja dla fanów, którzy nie chcą się z zabawnymi stworkami rozstawać ani na chwilę. Po seansie w kinie nie mieliśmy wyjścia – trzeba było książeczkę nabyć i czytać co wieczór. Syn niektórych tekstów nauczył się na pamięć. Oprócz tego zaskoczyło nas nieco inne zakończenie, różniące się od tego, który obejrzeliśmy na szerokim ekranie. Minionkomania trwa w najlepsze…

    • Też nas zaskoczył fakt, że można trafić na książkę o Minionkach. A żółte stworki są przesympatyczne, dlatego chyba wszyscy je uwielbiają – z pewnością dzieci.

  1. Książka o Minionkach? Genialne 😀 Najnowszego filmu jeszcze nie widziałam, choć dwie poprzednie części są wysoko w rankingu moich ulubionych bajek 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *