
O książkach Liane Moriarty zrobiło się głośno w związku z ekranizacją „Wielkich kłamstewek”. Świetny serial z doskonałą ścieżką dźwiękową powstał na podstawie powieści tej australijskiej autorki. W ubiegłym roku miałam też okazję poznać jej „Sekret mojego męża”. Dlatego niedawna premiera powieści „Niedaleko pada jabłko” Liane Moriarty bardzo mnie ucieszyła. Kiedy zaczęłam czytać historię, po chwili odkryłam, że tak szybko się od niej nie oderwę.
Podczas lektury powieści poznajemy rodzinę Delaneyów. Małżeństwo Joy i Stana doczekało się czworga dzieci. Są one już dorosłe, a para niedawno sprzedała szkółkę tenisową, którą do tej pory prowadziła. Delaneyowie mogą odejść na zasłużoną emeryturę i cieszyć się wolnym czasem. Para nadal jest aktywna, mimo że dochodzą do siedemdziesiątego roku życia, wciąż grają w tenisa i są niepokonani w debla wśród ludzi w ich wieku. Pewnego dnia znika Joy. Jej najbliżsi zgłaszają zaginięcie. Podejrzenia padają na Stana. Czy miał motyw, by zabić swoją żonę?
Amy, Logan, Troy i Brooke martwią się o swoją matkę. Prowadzą swego rodzaju śledztwo. Chcą dowiedzieć się, co się stało z Joy. Czy wszystko co wiedzą, powiedzą policji? Otrzymali dziwną wiadomość od matki, ale telefon został znaleziony w domu. Szybko odkrywamy, że w tej rodzinie nie wszystko jest tak idealne, jak wygląda to z zewnątrz. Liane Moriarty prowadzi narrację w taki sposób, byśmy mogli poznać różne perspektywy.
Podczas lektury książki śledzimy dwie perspektywy czasowe i poznajemy dokładniej kilku bohaterów. Odkrywamy, co się wydarzyło rok wcześniej i zastanawiamy się, jakie ma to powiązanie z tym, co dzieje się w teraźniejszości. Te opowieści się ze sobą przeplatają, a czytelnik uważnie śledzi tok narracji. Przez całą opowieść zastanawiamy się, kto i z jakiego powodu byłby zdolny do tego, by skrzywdzić Joy.
Delaneyowie, jako rodzina prowadząca szkółkę tenisową, świetnie wpisują się w sukcesy Igi Świątek. Tu widzimy, co musi zrobić przyszła gwiazda, by odnieść sukces. Jednak rodzina Delaneyów nigdy nie zaszła tak daleko, jak nasza polska tenisistka. Tylko jeden z ich podopiecznych stał się słynnym sportowcem, ale z jakiegoś powodu rodzina za nim nie przepada. Co takiego zrobił ów tenisista, że Delaneyowie nim gardzą? Liczne retrospekcje oraz bieżąca akcja za każdym razem wnoszą coś do historii. Wpada kolejny kamyczek, który burzy zbudowany do tej pory idealny obraz rodziny i wprowadza nowe podejrzenia w sprawie zniknięcia Joy. Dziwne zachowanie męża kreśli rysy na tym idealnym małżeństwie z półwiecznym stażem. Podejrzenia padają Stana, który nie za wiele chce nam powiedzieć o sobie.
Liane Moriarty po raz kolejny udowodniła, że potrafi świetnie budować napięcie. Choć „Niedaleko pada jabłko” liczy prawie 600 stron, to do samego finału jesteśmy trzymani w niepewności. Nie wiemy, co tak naprawdę się wydarzyło. W toku akcji pada wiele podejrzeń, przypuszczeń, a z czasem uświadamiamy sobie, że tak naprawdę prócz wątków kryminalnych, mieliśmy okazję poznać ciekawą opowieść rodzinną. Śledzimy historię sześciorga członków rodziny Delaneyów, poznajemy ich losy, dowiadujemy się, jakimi są ludźmi. Te wątki obyczajowe oraz psychologiczne okazały się przekonujące. Poznałam opowieść o ludziach, ich wzajemnych relacjach, tłumionych żalach, smutkach i radościach. Cała intryga wciągnęła mnie do reszty. Liane Moriarty świetnie kreuje historie, z przyjemnością się je poznaje. Nie oderwiemy się od nich za szybko.