„Prymityw. Epopeja narodowa” – Marcin Kołodziejczyk

Prymityw, Marcin KołodziejczykMarcin Kołodziejczyk jest znanym i często nagradzanym reporterem. Udało mi się poznać jego „Bardzo martwy sezon. Reportaże naoczne”, a nawet posłuchać tego, co ma do powiedzenia dziennikarz i zdobyć autograf podczas spotkania literackiego. Teraz autor zadebiutował powieścią „Prymityw. Epopeja narodowa”. Czy brzmi to groteskowo? Oczywiście dopiero po lekturze będzie można ocenić, że zamiast wzniosłości i eposu otrzymujemy opowieść o Polsce prowincjonalnej. 

Akcja powieści rozgrywa się przede wszystkim w Warszawie, więc wydawać by się mogło, że nie może być tu mowy o ludziach ze świata zabitego dechami. A jednak mamy do czynienia z bohaterami mieszkającymi w mieście, ale pochodzącymi z prowincji, bądź posiadającym zaściankowy sposób myślenia. Prawobrzeżna Warszawa jest miejscem, gdzie postacie żyją, ale jest to gorszy świat. Znajdą się w nim zwykli pracownicy fizyczni, menele, dresiarze. Wielu z nich trafiło do miasta, by uciec od wiejskiej biedy. Czy teraz są bardziej szczęśliwi? Czy udało im się osiągnąć sukces?

Autor książki zaskakuje przede wszystkim żywym językiem. Twierdzi, że dialogi zapisane w powieści są podsłuchane, bo sam nie byłby w stanie tego wymyślić. Mamy do czynienia ze stylizacją, w której przerysowana jest tendencja do której zmierzamy pod względem językowym. Mowa ulicy pomieszana została z żargonem korporacyjno-politycznym. Powstała przez to niepowtarzalna stylistycznie powieść.

Punktem wyjścia dla rozpoczęcia książki, jest wydarzenie, które ma miejsce w Parku Skaryszewskim, gdzie spłonął człowiek. W powieści mamy też pewien wątek miłosny i kryminalny. Sama fabuła jest jednak mniej istotna, bo ważniejsze są tu pewne obrazy oraz sceny, które pozwalają nam zrozumieć jaką rzeczywistość chce przedstawić autor. Wyśmiewa nasze wady i kompleksy pokazując je w sposób przerysowany, stosując absurd.

Marcin Kołodziejczyk znany jest z tego, że uważnie przygląda się otaczającemu go światu. W powieści „Prymityw” otrzymujemy to, co znany z jego reportaży. Autor zastanawia się nad tym w jakim miejscu się znajdujemy i dokąd podążamy. Wyśmiewa tendencję do nadmiernej wzniosłości. Polacy szczycą się swoim patriotyzmem, choć tak naprawdę jest to często przykrywka dla zwykłych bandyckich zachowań. Tak jak w „Złym” Leopolda Tyrmanda warszawski cwaniak i chuligan w końcu staje się przestępcą. Czy to samo czeka bohaterów powieści „Prymityw”?

Kim są osoby, które poznamy w powieści Kołodziejczyka? Nie znajdziemy tu postaci, które kojarzymy z epopeją. Wręcz odwrotnie, zamiast wzniosłości, otrzymujemy właśnie osoby, które zajmują się bardzo przyziemnymi sprawami. Choć z drugiej strony główna postać, Jan Kwas, miewa cechy romantyka, ale często w negatywnym tego słowa znaczeniu. Uważa się za patriotę, nie rozumie swoich własnych uczuć, próbuje poradzić sobie z codziennością i pogodzić się z szarą egzystencją.

„Prymityw” nie jest lekturą łatwą w odbiorze ze względu na język, a sama fabuła znajduje się na drugim miejscu. Trudno początkowo się przestawić na ten specyficzny styl, ale z czasem okazuje się, że powiedzenia i wyrażenia oraz neologizmy są tutaj zastosowane w jakimś celu. W sposób przerysowany oddają polską rzeczywistość. Humor tu obecny staje się też obosiecznym mieczem, bo szybko może się okazać, że śmiejemy się z samych siebie. Marcin Kołodziejczyk bowiem celnie trafia w nasze kompleksy i pięty achillesowe. Sama historia kojarzy mi się ze „Złym” Tyrmanda, ale w powiązaniu z „Wojną polsko-ruską” Doroty Małkowskiej. Marcin Kołodziejczyk połączył warszawską opowieść z językiem ulicy, ale zrobił to po to, by opowiedzieć jak wygląda życie zwykłego człowieka.

    • Z pewnością książka może się okazać trudna w odbiorze, ale Ci którzy znają Marcina Kołodziejczyka się nie zawiodą.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *