Trudno sobie wyobrazić, że decyzja o wyjeździe za granicę może wpływać na następne pokolenia. Kto by pamiętał o przodkach, którzy wyjechali niemal sto lat temu z Polski? Nie zdajemy sobie często z tego sprawy z jakiego powodu i kto wyjeżdżał za granicę. A przecież każdy chyba ma w bliższej i dalszej rodzinie emigrantów czy to politycznych, czy takich którzy wyjechali w świat za chlebem. Aleksandra Suława była w nieco innej sytuacji. Jej dziadek urodził się w Haillicourt we Francji, ale mieszkał w Polsce. Historia rodzinna przyczyniła się do powstania reportażu „Przy rodzicach nie parlować. O polskich powrotach z Francji”, a czytelnicy mają okazję dowiedzieć się o mało znanym wycinku z przeszłości, który początek ma w dwudziestoleciu międzywojennym.
Po pierwszej wojnie światowej Europa była zniszczona. Francja potrzebowała ludzi do pracy, by szybko się odbudować, a Polacy byli chętni do wyjazdu. Dlatego też w ramach umowy międzynarodowej z kraju wyjechała pewna grupa ludzi. Jak liczna? Było to kilkaset tysięcy naszych rodaków. Zatrudniano ich przede wszystkim w górnictwie, ale też w rolnictwie.
To, co zastali Polacy we Francji, wielu zaskoczyło. Inny język, kultura, do tego ciężka praca. W rodzinnym kraju było jeszcze trudniej, a w nowym miejscu znaleźli zatrudnienie, mieli gdzie mieszkać. Musieli się jednak dostosować do nowych warunków. Wielu świetnie sobie poradziło, do tego stopnia, że z czasem poczuli się we Francji, jak u siebie. Zwłaszcza młodsze pokolenie, które przyszło tu na świat, albo mieszkało w nowym kraju od małego. Chodzili do szkoły i doskonale znali język francuski. Ci młodsi pomagali starszym w pisaniu urzędowych pism, tłumaczeniu zawiadomień, czuli się bardzo dobrze we Francji. Nie tęsknili za odległą Polską, ponieważ jej nie znali.
Niektórzy stawiali sobie za cel, by zarobić we Francji określoną kwotę i wrócić w rodzinne strony. Masowe powroty do Polski nastąpiły jednak tuż po drugiej wojnie światowej. Władze komunistyczne potrzebowały fachowców do pracy w kopalniach. Wielu dawnych emigrantów dało się skusić na propagandowe hasła. Komunistyczne poglądy w kraju Franków zderzyły się z rzeczywistością, jaką zastali w Polsce.
We Francji pierwsze pokolenie Polaków czuło się ludźmi drugiej kategorii, zdarzało się nierówne traktowanie, czy niższe płace. Po powrocie do Polski okazało się, że wspomnienia nijak się mają do tego, jak jest w powojennej ojczyźnie. Obietnice dawane przez władze komunistycznej Polski dla wielu reemigrantów okazały się fikcją. Autorka książki kreśli historie reemigrantów, którzy po powrocie do Polski trafili do więzienia. Inni zrobili karierę, tu warto przytoczyć nazwisko Edwarda Gierka, który trafił do Francji w 1923 roku i za działalność polityczną został karnie wydalony do Polski w 1934 roku.
Aleksandra Suława rekonstruuje przed czytelnikiem złożony portret ludzi, którzy wyjechali do Francji, tam ułożyli sobie jakoś życie, a następnie z różnych powodów zdecydowali się wrócić do rodzinnego kraju. Reportażystka mówi oczywiście o tym, że nie wszyscy wrócili. Pokazuje dlaczego niektóre rodziny podzieliły się na tych co zostają i wracają. Najpierw jednak dokładnie opisuje, jak wyglądało życie w górniczych osiedlach, potem opowiada o drugiej wojnie, a następnie o powrotach do Polski.
Wydawać by się mogło, że temat, jaki wybrała Aleksandra Suława, nie jest możliwy do zrekonstruowania. Nie ma już przecież ludzi, którzy sto lat temu wyjechali do Francji. Co najwyżej są potomkowie następnego pokolenia. Tych, co do Polski wrócili i nie potrafili odpowiedzieć sobie na pytanie o własną tożsamość. Reportażystka dotarła do listów, pamiętników, dzięki którym oglądamy pewne jednostki, które reprezentują emigrantów i reemigrantów z Francji. Ci drudzy, kiedy byli dziećmi, musieli mówić po polsku przy rodzicach. W momencie, kiedy przyjechali do Polski, widziano w nich Francuzów. Odpowiedź na to, kim się czuli, okazuje się tak złożona, jak ich skomplikowana historia.
Aleksandra Suława w reportażu „Przy rodzicach nie parlować” w sposób niezwykle ciekawy opowiedziała o mało znanym wycinku z przeszłości. Zrobiła to w taki sposób, że trudno się oderwać od książki. Wciągnęła mnie historia ludzi na pozór zwykłych, ciężko pracujących, których sposób życia, kultura i zwyczaje stanowią nietypowe połączenie tego co francuskie i polskie. Autorka musiała wykonać naprawdę tytaniczną pracę, by zbadać temat, dotrzeć do źródeł, a do tego przybliżyć odbiorcom jakże skomplikowany temat. Zrobiła to w taki sposób, że reportaż nie przeszedł bez echa. 15 września na Targach Książki w ECS w Gdańsku, miałam okazję obejrzeć uroczystość wręczenia Aleksandrze Suławie Nagrody Ambasador Nowej Europy za rok 2023, a rozmowa z autorką zachęciła mnie do przeczytania książki.