Alice Munro, nazywana jest kanadyjskim Czechowem, kandydatką do Literackiej Nagrody Nobla. Niestety, nie miałam dotąd kontaktu z prozą tej autorki. Na szczęście, wydany ostatnio – „Taniec szczęśliwych cieni” pozwolił mi wkroczyć w świat wykreowany przez Munro.
Dobrze się złożyło, bo książka ta jest debiutem autorki – a lubię zaczynać od początku. Ciekawa jestem, jej późniejszych opowiadań, bo choć książka powstała 45 lat temu, dopiero teraz dociera do nas. Zdarza się, że debiut nie zawsze zachwyca. W tym przypadku nie ma się czego bać. „Taniec szczęśliwych cieni” stanowi zbiór piętnastu opowiadań na najwyższym poziomie.
Pierwsze skojarzenie, które miałam, czytając książkę, było nierozłącznie związane z Wisławą Szymborską. Gdyby polska poetka pisała prozę, tworzyłaby tak jak Munro. Dlaczego? Otóż kanadyjska pisarka na ledwie dwudziestu stronach – na których mieści się średnio jedno opowiadanie, potrafi zawrzeć cały świat, mikro i makrokosmos jednocześnie. Znaczenia, które kryją się na kolejnych stronach mogą wywołać lekki zawrót głowy. Skondensowanie – tak najkrócej można podsumować prozę Munro.
Łatwo wkroczyłam w świat, do którego zapraszają mnie kolejne narratorki. Są nimi głównie kobiety, choć nie zawsze. Wyłania się z niego interesujący obraz kobiet – outsaiderek. W opowiadaniach widoczne są wątki autobiograficzne. W kilku historiach pojawia się lisia ferma, życie codzienne lat trzydziestych i czterdziestych XX w. i kanadyjska prowincja, chora matka.
Choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Alice Munro opisuje zwykłych ludzi, jednak dla niej każdy bohater jest wyjątkowy. Nie istnieje takie pojęcie jak zwykły człowiek. Po prostu autorka oddaje mu głos i pozwala snuć swoją historię. Tak jak w pierwszym opowiadaniu: dzieci jadą z ojcem – komiwojażerem sprzedawać medykamenty, ale przy okazji wszyscy razem udają się do jego dawnej ukochanej. Nikt nie robi z tego tajemnicy, nic złego się nie dzieje, jednak bohaterowie zatrzymają to wydarzenie wewnątrz siebie i nikomu o tym nie powiedzą. Pozostaje rysa w relacji ojciec – córka.
Każde opowiadanie pozwala czytelnikowi wkroczyć do kanadyjskich domów z pierwszej połowy XX wieku. Problemy, które poznamy, pokażą człowieka jako niezwykle skomplikowany twór. Alice Munro zachowuje się jak zegarmistrz. Tworzy miniaturowe dzieło, tak precyzyjne, jak najlepszy szwajcarski zegarek.
Bohaterowie, których poznamy, nie będą mieli w sobie zbyt wiele heroiczności. Za to zauważymy w nich sporo kompleksów, lęków, niespełnionych nadziei. Domy, do których wkroczymy, przepełnione będą skomplikowanymi relacjami międzyludzkimi. Za każdym jednak razem te historie poruszą czytelnikiem. Munro, przedstawiając pozornie codzienną sytuację, podkreśla jednak, że tym razem coś się wydarzy. Jakiego wyboru dokonają bohaterowie, jakie będą tego konsekwencje?
Do tej pory uważałam, że na szczycie krótkiej formy prozatorskiej znajduje się Julio Cortazar. Teraz ma towarzystwo w postaci wybitnej pisarki, jaką jest niewątpliwie Alice Munro.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję WL