„Sopot, czwarta rano” – antologia opowiadań kryminalnych

Sopot, czwarta ranoKażda edycja Literackiego Sopotu ma swój temat przewodni. W ubiegłym roku było kryminalnie i skandynawsko. Nie zabrakło również konkursów. Jednym z nich był konkurs literacki na opowiadanie z wątkiem kryminalnym, którego akcja rozgrywa się w Sopocie. Nadesłano 133 prace, z których trzy zostały nagrodzone, trzy kolejne wyróżnione przez jury (w składzie: Iwona Borawska, Dorota Karaś, Mariusz Czubaj, Tadeusz Dąbrowski i Marek Krajewski).

Wspominam o tym, gdyż można sięgnąć po te opowiadania. Zostały wydane w zbiorze nakładem sopockiego wydawnictwa ?Smak Słowa?. W antologii znajduje się sześć najlepszych tekstów,  których głównym bohaterem jest Sopot, ale ten o ciemnym obliczu. Nawet znane wszystkim turystom miejsca nabierają nieco innego charakteru. Mrok może zaatakować wszędzie.

Autorzy mieli niełatwe zadanie. Czym zaskoczyć w tak krótkiej formie? Jeśli jeszcze narzucono sporo ograniczeń – wątek kryminalny i Sopot w tle? Przyznam, że autorzy poradzili sobie świetnie. Chciałam zostać czymś zaskoczona, i rzeczywiście tak się stało. Jak się okazało, wątek kryminalny niekoniecznie musiał stać się dominującym, ponieważ w niektórych pracach więcej było z thrillera, czy horroru.

Na uwagę zasługuje choćby pomysł Anny Wakulik, której opowiadanie dało tytuł antologii. Autorka nawiązała do słynnego zniknięcia Iwony Wieczorek, choć jej imię i nazwisko tu nie pada. Głównym bohaterem jest policjant. Stara się wcielić w drogę, którą mogła odbyć zaginiona dziewczyna. Jednocześnie wie, że sytuacja jest beznadziejna, gdyż o czwartej nad ranem raczej nic dobrego nie może się przytrafić samotnie spacerującej kobiecie. Napięcie potrafił świetnie zbudować Tomasz Słomczyński w „Pajęczycy”. Już sam tytuł jest obiecujący. Kto zabił przed laty młodego mężczyznę? Jakie wydarzenia do tego doprowadziły? Przy okazji poznajemy sopocką alternatywę z 1989 roku.

Można też przeżyć chwile grozy za sprawą opowiadania Olgi Górskiej pt. „Druga zmiana”. W Sopocie zaginęła cała grupa przedszkolna. Sprawą zajmuje się specjalistka w tej dziedzinie, jednak odpowiedź, którą odnajduje, jest nie do przyjęcia – przynajmniej dla zdrowego rozsądku i zasad logiki.

Akcja opowiadań „Sopot, czwarta rano” rozgrywa się w miejscach, których raczej nie łączymy ze zbrodnią. Właśnie dlatego te opowiadania są ciekawe. Pokazują czytelnikowi zupełnie inną perspektywę. Musimy choć na chwilę zboczyć z utartych ścieżek i ujrzeć miasto, jakiego wcześniej nie widzieliśmy. Nagle, w Sopocie, można poczuć ciarki na plecach – ze strachu. Od tej chwili zmienia się nasze pocztówkowe widzenie tego nadmorskiego kurortu. Podczas najbliższej wizyty w Sopocie będę wypatrywała zupełnie innych miejsc niż zwykle…

W tym roku Literacki Sopot odbędzie się między 21 a 24 sierpnia. Tematem wiodącym będzie literatura rosyjska. Mam nadzieję, że mnie to nie ominie. Zresztą i dzieciaki nie mogą się doczekać…

Recenzja książki: „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie” – Beata Chomątowska

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w BredzieDwa takie zeszyty jeszcze leżą w domu. Przechował je mąż. Teraz służą jako eksponaty, które wprowadzają dzieciaki w realia PRL-u. Oczywiście, młodzi nie wyobrażają sobie innego świata niż ten z komputerami, smartfonami. Poprzednia epoka kojarzy im się ewentualnie ze śmiesznymi komediami. Mojemu pokoleniu na widok tego typu zeszytów, może nagle zechcieć się wspominać „dawne, dobre, czasy”…

Beata Chomątowska napisała wcześniej książkę z gatunku: literatura faktu. W ubiegłym roku recenzenci zachwycali się jej „Stacją Muranów”. Sama miałam okazję spotkać autorkę podczas Literackiego Sopotu. Wywołała na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Świetnie i w ciekawy sposób potrafiła opowiadać o swojej książce. Tym bardziej po rozmowie o Muranowie, nie mogłam się doczekać historii o nieco innym charakterze.

Bohaterka książki „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie” wyjeżdża wraz ze swym chłopakiem: R. do Holandii. Z jednej strony chcą zarobić na Zachodzie konkretne pieniądze, a z drugiej poznać na czym polega prawdziwa wolność. Wyruszają do kraju, który kojarzy im się właśnie z takimi atrybutami. Są pewni, że nie będzie żadnych ograniczeń. Kwintesencja raju na ziemskim padole. Kontrast dla Polski, która dopiero zaczyna się podnosić po tym, jak upadł komunizm. Beata i R. ruszają do niby bliskiej Holandii, do której dziś można się dostać w kilka chwil, ale wtedy nie było ich stać na samolot, więc wybierają się w drogę – autostopem. Jak w „Podróży za jeden uśmiech”. Bez przygód się nie obyło.

Beata Chomątowska pokazuje w powieści różnice jakie zaistniały między bohaterami, a Holendrami. Młodzi gastarbeiterzy spodziewali się całkowitej swobody, luzu, a przywitał ich chłód mieszkańców Bredy. Nastąpiło zderzenie kultur, bo choć Polska i Holandia nie są tak daleko od siebie położone pod względem geograficznym, ale pod względem kulturowym oba kraje znalazły się na przeciwległych biegunach.

Główna bohaterka obserwuje rdzennych mieszkańców Bredy oraz emigrantów, którzy tam przybyli. Polacy, opisywani przez Beatę, nie są czyści jak łza. Obraz emigrantów może przygnębiać, bo ostatecznie nie można na nich polegać. Młodzi ludzie przyjeżdżający do Holandii mają różne cele – od matrymonialnych zaczynając, po zarobkowe, czy choćby takie, by skosztować przyjemności oferowanych przez coffee shopy.

Beata, podczas swego pobytu w Bredzie przechodzi pewną transformację. Staje się dojrzalsza i bardziej odpowiedzialna. Obserwując Polaków-emigrantów i Holendrów, stara się analizować ich postawy, zgłębiać je i wyciągać wnioski. Okazuje się, że ci zamknięci w sobie ludzie żyjący „pod niskim niebem”, będą potrafili zaprzyjaźnić z przybyszami ze Wschodu. Nie robią tego jednak na hurra, tylko z właściwym dla siebie dystansem, powoli otwierają na obcych. Dzięki temu Beata może poznać i zrozumieć tych ludzi.

Kolejną sprawą, która zaskoczy główną bohaterkę, będzie sposób studiowania. W Bredzie nie spotka się z metodami, które są jej znane z Polski. Nie wolno się spóźniać, trzeba się trzymać powszechnie znanych zasad. Żadnego kombinowania, bo inaczej nie ma szans, by udało się zaliczyć semestr. Trzeba poradzić sobie z obcym językiem i nauczyć się mówić – tego się wymaga od studentów, by dyskutowali, a nie słuchali jedynie wykładów. Tego nie ma w Holandii.

Beata Chomątowska rewelacyjnie naszkicowała portret swego pokolenia u progu dorosłości. Zderzając z sobą dwie kultury polską i holenderską, uzmysłowiła nam, że w latach dziewięćdziesiątych wciąż tkwiliśmy w cieniu komunizmu ze swoimi kompleksami i stereotypami. Holandia nie dla wszystkich okazała się ziemią obiecaną. Największa bariera tkwiła w mentalności samych bohaterów. Beata wydaje się być alter-ego autorki. Ciekawy zabieg, który powoduje, że czujemy się nieco zdezorientowani, bo niekiedy wydaje się, że czytamy reportaż, by za chwilę uświadomić sobie, że mamy do czynienia z powieścią.

„Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie” jest opowieścią o poszukiwaniu własnej drogi w życiu, bez zbędnego sentymentalizmu ale z olbrzymim poczuciem humoru. Beata Chomątowska pisze w sposób ironiczny, a jednocześnie niezwykle ciepło. Opisywani przez nią bohaterowie, mimo licznych przywar, wzbudzają w czytelniku pozytywne uczucia. Pisarka pokazuje nam świat, który wcale nie musi być tak szary, jak nam się pozornie wydaje. Wszystko dzięki ludziom i relacjom miedzy nimi panującym. Autorka daje nam sygnał, że warto przyglądać się światu i obserwować go z uwagą.

Dziękuję za książkę Wydawnictwu Czarne.

Piaskowy Wilk i ćwiczenia z myślenia – Åsa Lind po raz drugi

Piaskowy Wilk i ćwiczenia z myśleniaPo Literackim Sopocie z twórczością Åsy Lind zaprzyjaźniliśmy się na dobre. Nie dość, że dzieciaki zachwycone, to jeszcze czytająca czuje podobnie. Pierwszy tom przygód Karusi już poznaliśmy, teraz przyszedł czas na drugą część, zatytułowaną „Piaskowy Wilk i ćwiczenia z myślenia”.

Tak jak poprzednio, otrzymaliśmy piętnaście tematów, z którymi zmaga się główna bohaterka – kilkuletnia dziewczynka – mieszkająca w domu położonym nad brzegiem morza. Jej problemom przysłuchuje się tajemniczy Piaskowy Wilk i pomaga Karusi znaleźć rozwiązanie. Tyle, że nie narzuca gotowych instrukcji, a delikatnie ją naprowadza. Dzięki temu dziewczynka na wszystkie filozoficzne pytania odpowiada sobie sama.

Tym razem jest mowa o śmierci, przyjaźni, emocjach. Karusia próbuje zrozumieć świat. A z punktu widzenia dziecka zwykle jest on skomplikowany. Zwłaszcza, jeśli się patrzy na zachowania dorosłych. Czasami małe rzeczy z punktu widzenia rodziców, stają się olbrzymimi sprawami dla malutkich. Jednak dzięki pośrednictwu tytułowego wilka, wiele spraw Karusia może zrozumieć.

„Piaskowy Wilk i ćwiczenia z myślenia” to niezwykle ciekawa książka. Autorka posługuje się metaforą i odwołuje do wyobraźni dziecka. Dzięki pytaniom, które zadaje sobie Karusia, mali odbiorcy spróbują inaczej spojrzeć na otaczającą rzeczywistość. I nie dowiedzą się, że nie wolno samemu rozpalać ogniska. Sami tego doświadczą. Przygoda Karusi pokaże im, że z małej iskierki powstaje wielki i groźny smok, więc może lepiej jej nie podsycać.

W książce Åsy Lind stworzony został nastrojowy klimat. Podoba mi się to, że nawet młodym odbiorcom można pokazać zabawy ze słowem i językiem. Pisarka nie boi się metafor, ani neologizmów. Dzieci, podczas czytania historii Karusi, bawią się i uczą. A wszystko dopełniają czarno-białe ilustracje Kristiny Digman, które pozwalają wczuć się w ów klimat.

Sama Karusia nie jest idealną dziewczynka. Czasami nie potrafi zrozumieć swoich emocji, albo myśli egoistycznie. Najważniejsze jest jednak to, że mądrze i przy pomocy Piaskowego Wilka szuka rozwiązania. Z takim niezwykłym towarzyszem, żaden problem nie jest straszny…

Kamyki Astona – L. Geffenblad

Kamyki AstonaLottę Geffenblad poznaliśmy przy okazji spotkań z autorkami podczas Literackiego Sopotu. Szwedzka pisarka na podstawie swych „Kamyków Astona” stworzyła krótkometrażowy film animowany (dodam, że był wielokrotnie nagradzany). Mieliśmy okazję go obejrzeć podczas spotkania z L. Geffenblad. Jako nieliczni w Polsce mogliśmy poznać drugą część mądrej oraz ciepłej historii o Astonie – w wersji filmowej.

Tytułowy bohater – mały piesek – podczas powrotu do domu znajduje samotny kamień. Postanowia dać mu dom i zabiera go do siebie. Otula go we własną czapeczkę i kładzie w łóżeczku dla lalek. Tak zaczyna się pasja Astona. Kolekcjonuje wszystkie napotkane na swej drodze otoczaki. Od jesieni do lata w domu jest ich zatrzęsienie.

Rodzice postanawiają rozwiązać ten problem organizując wycieczkę na plażę. Kamyki podróżują w futerale, a nad morzem wreszcie nie muszą być samotne, bo podobnych kamieni jest zatrzęsienie. Łatwo sobie wyobrazić radość rodziców. Szybko okazuje się jednak, że futerał nie jest pusty. Aston na kamiennej plaży znajduje samotny patyk…

Lotta Geffenblad w niezwykle ciepły sposób pokazuje jak rozwiązać problem zbieractwa, który dotyka dzieci w pewnym wieku. Książka idealnie nadaje się na długie jesienne wieczory. Przede wszystkim dlatego, że duża jej część utrzymana jest w jesienno-zimowych barwach. Jednak z przepięknych ilustracji emanuje mnóstwo ciepła.

Główny bohater książki jest niezwykle empatycznym i wrażliwym pieskiem. Jego rodzice również potrafią go zrozumieć i wspierać. Nagle podczas czytania tej histoii okazuje się, że opowiada i o nas, i naszych dzieciach. Bo przecież każdy ma w sobie coś z małego zbieracza. Tyle, że Aston robi to nie dla samego posiadania, ale najzwyczajniej w świecie adoptuje kamienie, które napotyka, dając im całą swoją uwagę i miłość.

 „Kamyki Astona” napisane zostały prostym językiem. Każde zdanie ma znaczenie. Pokazano wrażliwość małego pieska, który nawet pod kopcem śniegu potrafi wypatrzyć samotny kamień. I dać mu dom… Dzięki takim obrazkowym książeczkom mały odbiorca może bardziej zrozumieć samego siebie. Czerpać radość ze spokojnej obserwacji świata. Nawet jeśli pozornie wszystko jest szare, mokre i szorstkie. Zarówno opowieść, jak i ilustracje do niej intrygują i zapraszają małych czytelników do wertowania książeczki. Myślę, że można ją czytać już trzylatkom, ale i starsze dzieciaki z chęcią do niej zajrzą – wielokrotnie.

Tsatsiki i Mamuśka – Moni Nilsson

Tsatsiki i Mamuśka - Moni NilssonPrzydałoby się trochę lata… Z Literackiego Sopotu przywieźliśmy, prócz nowych doświadczeń, książkę „Tsatsiki i Mamuśka” Moni Nilsson. Pięciolatek i ośmiolatka zaprzyjaźnili się z autorką. Syn próbował nawet nauczyć pisarkę liczyć po polsku… Tak im się spodobała Moni Nilsson, że starali się być na każdym spotkaniu z pisarką.

Książka „Tsatsiki i Mamuśka” jest opowieścią o siedmioletnim, rezolutnym chłopcu, który poznaje świat. Tytułowy bohater mieszka z mamą, która gra w zespole muzycznym. Tata mieszka w Grecji i jest poławiaczem ośmiornic. Tak przynajmniej mówi Mamuśka, choć chłopiec nigdy go nie widział i zaczyna wątpić w jego istnienie.

Tsatsiki-Tsatsiki Johansson zaczyna nowy etap życia. Rozpoczyna przygodę ze szkołą. Obawia się jednak, że nie będzie to łatwe doświadczenie. Przez Mamuśkę regularnie się spóźnia na lekcje. A jeśli jest kłopot, mama nie zawaha się potrząsnąć niebem i ziemią, by nikomu w szkole nie działa się krzywda. W tym przypadku ofiarą Mamuśki stanie się sam dyrektor.

Książka Moni Nilsson opowiada o problemach współczesnych dzieci. Nie ma dla niej tematów tabu. Traktuje maluchy poważnie, choć pisze w tak zabawny sposób, że dzieciaki chwilami ryczą ze śmiechu. Rodzice również, choć może w nieco innych sytuacjach, niż ich potomkowie. Tsatsiki przeżywa swoje rozterki. Pragnie zrozumieć otaczający go świat i się w nim odnaleźć. Poszuka sobie przyjaciela, zakocha się, przeżyje pierwsze bójki…

Książka powstała w 1995 roku, ale w Polsce jest niezwykle aktualna. Jakby została napisana wczoraj. Świat, który opisuje Nilsson nie jest wyidealizowany. Istnieją w nim niepełne rodziny, konflikty, pijacy i brzydkie słowa. Autorka tłumaczyła podczas spotkań z czytelnikami, że chciała opisać rzeczywistość z punktu widzenia dziecka, bez zbędnego idealizowania. Nie chciała też ukrywać niewygodnych tematów.

Bałam się trochę, że książka nie dotrze do pięciolatka. Głównym odbiorcą miała być córka, która chodzi do drugiej klasy. Okazało się, że cała dwójka doskonale zrozumiała Tsatsikiego. Tytułowy bohater stał się kumplem z sąsiedztwa. Jego przygody do nich trafiały, reagowały śmiechem na zabawne sytuacje.

Były momenty, kiedy trzeba było wyjaśniać pewne kwestie. Syn się zastanawiał najbardziej nad hasłem „przyszywany rodzic”. Wyobraźnia dziecka nie zna granic… Okazało się jednak, że nie trzeba nikogo zszywać ani maszyną do szycia, ani igłą – jak myślał syn.

Mamuśka Tsatsikiego nie jest postacią idealną. Chłopczyk uwielbia ją i kocha bezgraniczną miłością. Ale nawet on widzi jej wady. Pomaga Mamuśce, kiedy popada w stany depresyjne i dba o nią najlepiej jak potrafi. Z tego również rodzą się zabawne sytuacje. I choć Mamuśka sama uważa się za kiepską matkę, mali czytelnicy zachwycać się mogą jej fantazją i umiejętnościami (potrafi stać na rękach i ruszać palcami od stóp). Dorośli będą mogli wykorzystać jej zdolności wychowawcze i determinację w dbaniu o to, by Tsatsiki stał się niezależnym i dobrym człowiekiem. Nie należy bać się tej książki, ponieważ dzięki niej młodzi odbiorcy poszerzają swoje horyzonty i lepiej rozumieją prawdziwy świat.

Piaskowy Wilk – Åsa Lind

Piaskowy Wilk

Piaskowy Wilk

Nie dość, że poprzednia recenzja dotyczyła szwedzkiej autorki, teraz jeszcze sięgnęłam po kolejną pisarkę z tego kraju. Jakby tego było mało – nastąpiła nawet zbieżność imion. Tyle, że Larsson pisze kryminały, natomiast Åsa Lind publikuje książki dla dzieci. Z „Piaskowym Wilkiem” zetknęliśmy się przy okazji spotkań dla najmłodszych, podczas Literackiego Sopotu.

Bohaterką książki jest kilkuletnia Karusia mieszkająca z rodzicami w domku nad morzem. Dziewczynka może spędzać wolny czas na własnej plaży. Niestety, niekiedy dokucza jej samotność. Rodzice nie zawsze mogą jej towarzyszyć w zabawach, albo zwyczajnie nie mają ochoty. Pewnego dnia spotyka nad morzem wilka. Różni się on od innych przedstawicieli tego gatunku tym, że jest z piasku i żywi się słonecznym oraz księżycowym blaskiem.

Nowy przyjaciel Karusi towarzyszy dziewczynce w chwilach samotności. Pozwala jej zastanawiać się nad światem. Często wspólnie będą rozwiązywać dziecięce problemy i dylematy. Piaskowy Wilk pomoże Rusi zrozumieć dlaczego rodzice muszą pracować, czym jest wszechświat oraz nieskończoność. Karmić się będą marzeniami. Stworzą nawet własny język.

Piaskowy Wilk nie podaje Karusi gotowych rozwiązań. Stara się dziewczynkę na nie naprowadzać. Pomaga jej akceptować samą siebie oraz rzeczywistość. Rusia czuje się dzięki wilkowi w pełni rozumiana, a nie pouczana. Bo jak pojąć choćby to, że dzieciom cały czas ruszają się nogi – nawet wbrew woli właściciela? Wilk przytacza pewien wierszyk: Nie usiedzi człowiek mały jak dorosły skamieniały. Rośnie rano, rośnie w nocy, strzela w górę jak z procy. A nogi same wierzgają i wierzgać nie przestają. Dzięki takim słowom dziewczynka rozumie co się z nią dzieje, a i rodzice poprzez tę rymowankę nagle przypominają sobie własne dzieciństwo.

Główna bohaterka dzięki swojemu przyjacielowi zyskuje spokój ducha. Okaże się, że można się złościć, wstydzić, bać ciemności, ale z towarzyszem jest raźniej oraz łatwiej można poradzić sobie z pewnymi emocjami. Wystarczy odrobina zrozumienia i rozwiązanie problemu samo się nasuwa.

Książka Åsy Lind zachwyciła moje dzieci. Pomógł z pewnością fakt, że osobiście poznały autorkę. Ale to nie wszystko. Perypetie Karusi pomagały im zrozumieć samych siebie. Okazało się, że im też nogi nie chcą przestać się ruszać. Zachwycił je nastrój historyjek. Bo Piaskowy Wilk nigdy nie napomina, nie moralizuje, nie poucza. Dydaktyzm opowieści nie polega na tym, by dawać gotowe rozwiązania. Nic z tego, dzieciaki muszą same uruchomić swoją wyobraźnię. Ale okazuje się, że ich interpretacje idą we właściwym kierunku. A przy okazji poznają świat i oswajają lęki, które przestają być straszne. Nagle ciemność nie przeraża, wystarczy przecież nadać jej nastrój wspaniałości i tajemniczości. Tego właśnie uczy Piaskowy Wilk. Dzieciaki to uwielbiają. Rodzice też…