„Bukareszt. Kurz i krew” – Małgorzata Rejmer

Bukareszt. Kurz i krewO tytule „Bukareszt. Kurz i krew” Małgorzaty Rejmer przeczytałam mnóstwo pozytywnych recenzji. Byłam nawet na spotkaniu z pisarką i w tym momencie nie mogłam pominąć tej książki, ponieważ przekonała mnie do niej sama autorka. Jako, że zachęcająco działają na mnie też nagrody literackie, to i tak zwróciłabym uwagę na „Bukareszt” – w końcu tytuł znalazł się w finałowej siódemce nominowanej do Nike.

Małgorzata Rejmer zadebiutowała w 2009 roku powieścią „Toksymia”. Tym razem ta młoda autorka postanowiła wydać książkę będącą reportażem, ale takim, który łączy w sobie różne formy. Otrzymujemy np. dramat w pięciu aktach o dyktatorze Nicolae Ceaușescu, relację z podróży, elementy eseju, czy baśni. Czytaj dalej

Deszczowa wersja Literackiego Sopotu

Niedziela postanowiła popsuć plany organizatorom Literackiego Sopotu. W związku z tym, że padał deszcz, trzeba było nieco zmieniać lokalizację, a zwłaszcza mieć baczne oko na książki, które nie lubią wody. Na szczęście te, które kupiliśmy, były zafoliowane, więc nic złego im się nie stało.

Na warsztatach „Emocje od Z do A”  jeszcze udało nie zmoknąć. Dzieci posłuchały książki Tove Jansson, „Niebezpieczna podróż”. Sam tytuł nie wskazuje na to, że ma coś wspólnego z nudą – bo właśnie taki był temat niedzielnego spotkania. Okazuje się, że nudząc się, można przeżyć coś niesamowitego. Tak stało się z Zuzą, która po założeniu okularów, nagle trafia do świata Muminków. Sporo w nim grozy, ale też wiele się dzieje, no i dobrze się kończy. Dzieciakom najbardziej podobał się śnieg (czyli ścinki papieru), którym szczodrze sypali aktorzy. Joanna Trzaska tłumaczyła dorosłym, dlaczego warto się nudzić, bo przecież właśnie wtedy można się lepiej zrozumieć. Natomiast maluchy dowiedziały się podczas spotkania z Anną Uzarczyk, że nuda może być początkiem wielkiej przygody.Niebezpieczna podróż

Po warsztatach udałam się na Kulturalną Plażę Trójki, na spotkanie z Mariuszem Szczygłem. Obfite opady deszczu sprawiły, że trzeba było się przenieść do pobliskiego Klubu Atelier. Tłum zaskoczył wszystkich. Część osób nawet nie próbowała dostać się do środka, tak byliśmy stłoczeni. Sama przyszłam na pół godziny przed rozpoczęciem, a już było dużo osób. Jednak po chwili zapanował tu olbrzymi ścisk. Mimo to warto było się pojawić, ponieważ Mariusz Szczygieł opowiadał niezwykle zabawnie i z polotem. Nawet wzbogacał nasze słownictwo o zapomniane wyrazy (jak dobrze pamiętam: hecny – robiący hecę, zadziorny). Michał Nogaś pytał dziennikarza przede wszystkim o antologię reportażu „100/XX”, bo przecież Szczygieł jest ekspertem w tej dziedzinie, ale wszystko odbywało się w żartobliwej atmosferze.Mariusz Szczygieł

Nie mogłam też pominąć spotkania z Ignacym Karpowiczem. Odbywało się ono w Zatoce Sztuki, a prowadził je Juliusz Kurkiewicz. Za sprawą książki „ości” Karpowicz został nominowany do Literackiej Nagrody Nike. I od tego tytułu zaczęła się rozmowa – o serialach i poliamorii. Oczywiście prowadzący nie zapomniał zapytać o pierwowzory bohaterów tej powieści, bo nie jest tajemnicą, że autor oparł swą historię na żywych ludziach. Na szczęście dziennikarz nie pominął „Sońki”. Dowiedziałam się, że praca nad nią trwała aż siedem lat. Ignacy Karpowicz napisał kilka wersji, pierwsza miała aż 500 stron, ostateczna tylko 208. Padły pytania o możliwość wystawienia adaptacji „Sońki”. Autor stwierdził, że są takie plany, choć nie wiadomo, kiedy nastąpi ich ostateczna realizacja.Ignacy Karpowicz

Żałuję, że Festiwal Literacki Sopot dobiegł końca. Na szczęście dzięki spotkaniom z moimi ulubionymi autorami, naładowałam baterie. Teraz mogę ruszać do pracy. Widzę też że impreza cieszy się sporym powodzeniem. Pewnie w przyszłym roku organizatorzy wezmą to pod uwagę, że może być spory tłum. Na przykład na warsztaty „Emocje od Z do A” cieszyły się w niedzielę takim powodzeniem (mimo niepewnej pogody), że dzieci zwyczajnie w świecie się nie mieściły na przygotowanym dla nich miejscu. Zaś dzięki Michałowi Nogasiowi nie jest już tajemnicą, że za rok można się spodziewać w Sopocie literatury czeskiej. Ciekawe, kto zostanie zaproszony?

Sobota z Literackim Sopotem

LSPewnie nikogo nie zaskoczę, kto tu czasami zagląda, że dzisiaj również spędziliśmy dzień na spotkaniach z pisarzami oraz uczestnicząc w warsztatach. Literacki Sopot trwa, więc trzeba to odpowiednio wykorzystać. Zakupy książkowe uznaję za udane, od poniedziałku będziemy mieli co czytać.

Dzięki warsztatom: „Emocje od Z do A” dowiedziałam się, że Joanna M. Chmielewska pisze książki dla dzieci. Do tej pory czytałam jej prozę skierowaną do dorosłych. Aktorzy z Teatru Miniatura, podobnie jak wczoraj, czytali dzieciom tekst, który potem był pretekstem do rozmów dorosłych i zajęć dla dzieci. Mój sześcioletni syn podsłuchał, że książka ?Niebieska niedźwiedzica? spowoduje, że będzie płakał, ale nic takiego się nie stało. Tyle, że poznana historia doskonale pokazuje jak czują się osoby, które nie wpisują się w schemat i czymś różnią się od pozostałych – w tym przypadku kolorem futra.Niebieska niedźwiedzica

Michał Nogaś na Kulturalnej Plaży Trójki rozmawiał z Sylwią Chutnik. Dzięki spotkaniu utwierdziłam się w przekonaniu, że to co pisze autorka, jest warte uwagi. Prowadzący skupił się na ostatniej książce Chutnik: „W krainie czarów”. O tym zbiorze opowiadań niedawno pisałam, ale otrzymałam dodatkowe wskazówki i tropy interpretacyjne. Dowiedziałam się też jak doszło do powstania niektórych z tych tekstów. Autorka udowodniła, że nie tylko pisze z pazurem, ale ma sporo do powiedzenia o literaturze, współczesności, a nawet wulgaryzmach. Nie zawiedli też licznie przybyli goście, zresztą pogoda zachęcała do przyjazdu na plażę i posłuchania Sylwii Chutnik.Sylwia Chutnik

W tym czasie, kiedy słuchałam autorki „Cwaniar”, dzieciaki poszły do klubokawiarni 3siostry na projekcję filmu animowanego: „The lost thing”. Oczywiście najważniejsze były dla nich warsztaty o charakterze plastycznym, nawiązujące do książką „Zgubione, znalezione” Shaun Tan, znanego na świecie ilustratora i pisarza.

Nie mogłam też pominąć spotkania z Małgorzatą Rejmer. Za książkę „Bukareszt. Kurz i krew” została nominowana do Literackiej Nagrody Nike. Młoda autorka opowiedziała licznie zgromadzonym słuchaczom (którzy nawet nie mieścili się w całkiem sporej sali w Zatoce Sztuki), co było inspiracją do powstania reportażu oraz jak gromadziła materiały. Z pewnością wszystkich zaskoczyły rumuńskie przekleństwa.Małgorzata Rejmer

A na koniec kolejne warsztaty dla dzieci. Podobnie jak wczoraj inspiracją była sztuka rosyjska. Trzeba było dokończyć obraz. Efekty wspólnej pracy można zobaczyć tu:Obraz

Podsumowując. Mamy już swój schemat działania. Dzieciaki odnalazły coś dla siebie, czyli różnego rodzaju warsztaty. Przyznam jednak, że są nieco zawiedzione tym, że nie spotkali żadnego twórcy literatury dziecięcej. Za to świetnym pomysłem jest czytanie książek w wykonaniu aktorów. Zobaczymy, czy niedziela również przyniesie nam tyle ciekawych atrakcji okołoksiążkowych…

Literacki Sopot dla dzieci i dorosłych

Dzisiaj udało się nam pojawić na Festiwalu Literacki Sopot. Impreza trwa od wczoraj, czyli 21 sierpnia. Jako, że impreza w ubiegłym roku spodobała się dzieciom, więc i w tym razem nie mogliśmy przepuścić okazji.

Najpierw warsztaty od Z do A w Muzeum Sopotu. Sześcioletni syn rozglądał się za Lottą Geffenblad i Moni Nilsson, które były tu rok temu. Był troszkę  zawiedziony, że tym razem nie spotka szwedzkich pisarek. Nikt mu nie wytłumaczył, że co rok organizatorzy wymyślają coś innego. A i tak z nadzieją rozglądał się za starymi znajomymi.

Wracając do tematu. Aktorzy: Edyta Janusz-Ehrlich i Piotr Kłudki z Teatru Miniatura czytali książkę ?Król zwierząt? Małgorzaty Kur (Wydawnictwo Bis). Wszystkie obecne dzieci były zachwycone wykonaniem, zresztą nasze pociechy poznały, że pani Edyta grała w Balticu. Po lekturze odbywały się zajęcia warsztatowe. Osobno dla dzieci i dorosłych. Było o gender, czy też o rolach społecznych i współczesnej rodzinie.Król zwierząt

Nie udało nam się zdążyć na kolejne warsztaty dla maluchów, bo niestety odbywały się w innej lokalizacji, a trudno być o tej samej porze w dwóch różnych miejscach. Dlatego trzeba było zorganizować sobie inaczej czas.

Przed kolejnym wydarzeniem literackim spotkałam Beatę z Cowartoczytać. Udało nam się zobaczyć profesor Boel Westin, autorkę biografii: „Tove Jansson: Mama Muminków”. Na Kulturalną Plażę Trójki przybyła spora ilość osób, które chciały posłuchać zarówno autorki książki, ale też Michała Nogasia oraz tłumaczki. Kiedy z nieba spadło na nas kilka kropel deszczu, prowadzący zaprosił wszystkich uczestników spotkania na scenę. Rozmowa okazała się wręcz intymna.Boel Westin

Jako, że lubię obserwować, jak rozwija się współczesna literatura polska, to nie mogłam pominąć rozmowy z Patrycją Pustkowiak i Łukaszem Orbitowskim. Okazuje się, że nominowani do Nike mają sporo do powiedzenia na temat swojej prozy. Sama muszę jednak przeczytać „Nocne zwierzęta” Patrycji Pustkowiak. Natomiast pisałam już o „Szczęśliwej ziemi” i „Horror Show” Łukasza Orbitowskiego.Pustkowiak i Orbitowski

W tym czasie, kiedy przysłuchiwałam się wypowiedziom młodych pisarzy, niedaleko mnie w Parku Zatoki Sztuki, dzieciaki przygotowywały na papierowych talerzach kolaże. Były to bulaje, które następnie zostały doczepione do makiety statku. Maluchy wykonały je z materiałów organicznych, przy użyciu ogromnej ilości kleju. Mogły popracować, ale i pomarzyć, dokąd chciałyby wyruszyć w podróż.

Szkoda, że nie mogę jeszcze uczestniczyć w spotkaniach, które odbywają się późnym wieczorem. Czas jechać do domu i położyć maluchy spać. Ale mam nadzieję, że za parę lat zobaczę więcej. Teraz czekam na relacje i wrażenia z Literackiego Sopotu na blogach innych miłośników literatury…

A może nad morze? Z książką 2

Jak to miło spotykać ludzi, których łączy jedna pasja – słowo pisane… Już w ubiegłym roku Bookfa i Beata z Cowartoczytać zorganizowały spotkanie blogerów oraz komentatorów. Wtedy po raz pierwszy uczestniczyłam w takiej imprezie. No i wpadłam po uszy, bo bardzo mi się to spodobało.Bookfa i Beata - organizatorki

Oczywiście organizatorki w tym roku musiały podwyższyć sobie poprzeczkę. Nie dość, że zorganizowały spotkanie, to jeszcze zapewniły nam masę prezentów (ciekawe, czy ktoś zgadnie, jak wygląda miód dla miłośników czytania?), no i zmieniły nieco formułę imprezy, bo na spotkanie przybyła całkiem liczna grupa ludzi pióra.

Miałam okazję siedzieć bardzo blisko pisarzy. Znałam już książkę Mirosława Tomaszewskiego „Marynarka”, a w prezencie wszyscy otrzymali inną pozycję tego autora: „Pełnomocnika”. Jednak kontakt z autorami był zupełnie inny, niż gdybyśmy byli na spotkaniu literackim. Tutaj mogliśmy swobodnie rozmawiać, bez żadnego dystansu. Dzięki temu udało mi się nawiązać kontakt z autorką książki „Ciągłość urywana” – Marzeną Nowak. Bardzo miło nam się gawędziło.

Bookfa i Beata zorganizowały loterie książkowe. Wprawdzie w żadnej z nich nie wygrałam, ale za to wzięłam udział w wymianie. Skorzystałam z okazji i zdobyłam wymienioną wyżej „Ciągłość urywaną” oraz „Klasę pani Czajki” Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, czyli pisarek, które przyjechały na spotkanie. Musiałam skorzystać z okazji i nie wyszłam z imprezy bez autografów. Był też konkurs na rozpoznawanie wizerunków pisarzy – ale jakoś nasza grupa nie odniosła w nim szczególnych sukcesów..Mirosław Tomaszewski.

Okazuje się, że blogerzy książkowi wcale nie są zamknięci w swoim świecie książek. Wręcz odwrotnie – nie mogliśmy się nagadać. Tak bardzo, że choć miałam wielką ochotę zrobić wspólne zdjęcie uczestnikom spotkania, jak sobie o tym przypomniałam – było już za późno i większość po prostu pojechała do domu.

Wiele osób, które były na spotkaniu w ubiegłym roku, przyjechały i tym razem. Wcale nie przeszkadzało im, że są na co dzień mieszkają w Szwecji, Manchesterze, czy Krakowie. Nie mogłam się nagadać z pewną niezwykle sympatyczną Owcą z książką. Poznałam Darię, którą chętnie czytuję i cenię za własne, konkretne zdanie – na temat książek rzecz jasna. Mam nadzieję, że i w przyszłym roku będziemy miały okazję, żeby porozmawiać.

Organizatorki zdobyły około 200 książek od sponsorów, zadbały o patronat Literackiego Sopotu, zniżki w Zatoce Sztuki. Dlatego chciałabym im bardzo podziękować – dziewczyny jesteście cudowne. Teraz odliczam czas do następnego spotkania…

„Tsatsiki i miłość” – Moni Nilsson

Tsatsiki i miłośćDzieci od dawna domagały się kolejnej części książki Moni Nilsson. Zając spełnił ich prośby, dlatego mogliśmy sięgnąć po czwartą część – „Tsatsiki i miłość”. Został nam już tylko jeden tom przygód tego sympatycznego bohatera literackiego, a chciałoby się więcej…

Tym razem Tsatsiki wyjeżdża do Grecji, by pożegnać się z umierającym dziadkiem. W Agios Ammos prócz dorosłych, jest też ulubiona kuzynka chłopca – Elena. Ona właśnie sprawi, że ten smutny czas stanie się bardziej znośny dla Tsatsikiego. Chłopiec poznaje co to śmierć i żałoba. Dostrzega też pewne różnice kulturowe, gdyż w Grecji ludzie zachowują się nieco inaczej niż w Szwecji. Po tym, że ktoś zmarł można się dowiedzieć dzięki temu, że przed drzwiami wejściowymi stoi wieko od trumny. Natomiast pogrzeb odbywa się już następnego dnia. Żałobnicy nie kryją uczuć, a podczas ceremonii pojawiają się płaczki.

Mimo tych smutnych chwil, Tsatsiki przeżywa również mnóstwo szalonych przygód. Czasami ma wyrzuty sumienia, że tak świetnie się bawi, ponieważ powinien czuć się cały czas smutny. Ale Elena ma tak niesamowite pomysły, że przez chwilę chłopiec zapomina o żałobie.

Po wakacjach Tsatsiki rozpoczyna czwartą klasę. Teraz już ma nieco inne problemy niż wcześniej. No właśnie – miłość. Per Hammar nigdy się nie całował, więc Tsatsiki chce mu w tym pomóc. Jako, że chłopcy są już starsi, czas na prawdziwe pocałunki. Rozterek miłosnych również nie zabraknie. Tym razem bohater rozsmakuje się w pisaniu listów. Moni Nilsson opowiadała podczas Literackiego Sopotu, że miała problem z tym, jak je sformułować. Poprosiła więc syna, by jej pokazał taki list miłosny. Tylko, że chłopiec za nic się nie chciał zgodzić. Pomogło dopiero przekupstwo. Okazało się, że styl pisania dziesięciolatek mocno odbiegał od tego, co wymyśliła Moni Nilsson.

Jak widać autorka zadbała o to, by być autentyczną. Właśnie na tym polega urok serii o Tsatsikim. Bohater chodzi do czwartej klasy, więc jego problemy i rozterki są odpowiednie dla osoby w tym wieku. Chłopiec przestaje powoli być niewiniątkiem, ale wciąż nie traci swego wyjątkowego uroku.

Książka „Tsatsiki i miłość” zaczyna się od umierania. Bohater musi pogodzić się z istnieniem śmierci. Moni Nilsson pisze bez owijania w bawełnę, nie stosuje tabu. Dzięki temu dzieciom łatwiej jest pogodzić się z tym faktem. Na koniec powieści na świat przychodzi siostrzyczka Tsatsikiego – Retzina. Pojawia się nowe życie, zapełniając pustkę po dziadku Dimitrisie.

Moni Nilsson choć często pisze o poważnych sprawach, zapewnia jednak odbiorcom sporą dawkę dobrego humoru. Czytając tę książkę czujemy, że mamy do czynienia z prawdziwymi problemami czwartoklasistów. A autorka niczego nie zamiata pod dywan, żeby ukryć to, co niewygodne. Nawet jeśli nam trudno się pogodzić z szalonymi pomysłami dziesięciolatków, to przecież wiemy, że życie potrafi pisać różne scenariusze.

Dzieciaki słuchały historii Tsatsikiego z zapartym tchem. Kiedy pojawiły się trudne tematy, to wystarczyło chwilę z nimi porozmawiać. Przygody chłopca ze Szwecji są dla nas niesamowitą przygodą. Oprócz tego, że książka ma wartką akcję, świetnie się ją czyta, to bawi i pozwala lepiej zrozumieć świat. Jednego czego się obawiam to tego, co będziemy czytali po ostatniej części – „Tsatsiki i Retzina”?