Lata sześćdziesiąte – Jenny Diski

jennydiski okladka_3.inddUwielbiam muzykę lat sześćdziesiątych. Uważam, że tworzyli wtedy genialni artyści. Zachwyciła mnie nie tak dawno temu książka Patti Smith, pt. „Poniedziałkowe dzieci”, w której wiele się mówi o tej dekadzie. Jednak, czy wiem, co wtedy kształtowało młodych buntowników? Myślę, że moją nieco chaotyczną wiedzę może uzupełnić nowa seria z Wydawnictwa Officyna, nosząca nazwę „Twarze kontrkultury”.

Pierwszy tytuł „Lata sześćdziesiąte” Jenny Diski został wybrany nie bez powodu. Oto osoba opowiada o latach swojej młodości, którą przeżyła właśnie w tamtych czasach. A jej historia to typowy, wręcz klasyczny przykład buntowniczki i kontestatorki, której nie było obce hasło: sex, drugs & rock’n’roll.

Jenny Diski wspomina lata sześćdziesiąte z pewnym sentymentem, ale nie mitologizuje i nie wynosi na piedestał tamtych idei. Potrafi na nie spojrzeć trzeźwym okiem. Nie boi się krytykować, szuka odpowiedzi na pytanie, jak na dalsze losy świata wpłynęły lata sześćdziesiąte.

Niemal wszystkie mity zostały przez autorkę obalone. Przede wszystkim podejście do seksu. Bohaterka opisując swoje doświadczenia wspomina, że została kilka razy zgwałcona, gdyż niektórzy mężczyźni nie rozumieli słowa „nie”. Kobieta nadal bywała traktowana przedmiotowo, a rewolucja seksualna dawała najwięcej korzyści płci męskiej.

Skrytykowany został również indywidualizm jednostki. Diski uznała, że stał się on źródłem zła w latach osiemdziesiątych, gdyż przyczynił się do powstania modelu konsumpcyjnego. Przez to dwadzieścia lat później hasło być zastąpiło mieć. Autorka nie popiera indywidualizmu wolnorynkowego z czasów M. Thatcher, ale według niej winę ponoszą właśnie lata sześćdziesiąte.

Pisarka opisując zjawiska, mechanizmy zawsze zaczyna od swoich osobistych, niekiedy intymnych doświadczeń. Na początku pisze o modzie, która w tamtych czasach miała olbrzymie znaczenie, bo określała do jakiej subkulury należy taki młody człowiek. J. Diski nie krytykuje muzyki, ją uznaje za najważniejsze osiągnięcie tamtej dekady.

Autorka opisuje czasy swej młodości z angielskiego punktu widzenia. Nie skupia się na zjawiskach ogólnoświatowych. Mieszkając w Londynie doświadczyła rewolty, ale mało upolitycznionej. Ważniejszy był dla niej wtedy swingujący Londyn, niż wydarzenia ze świata, które później przeszły do historii. Wtedy, istotne w kontrkulturze, z punktu widzenia młodego Anglika, było odróżnienie się od dorosłych, choćby strojem, czy możliwością sięgania po narkotyki. Tyle, że od próby wyglądania inaczej, zaczęły się pozostałe „inności”. Następna była rewolucja w polityce, szkole i w psychiatrii.

Autorka książki szuka „złotego środka” opowiadając o epoce lat sześćdziesiątych. Poddaje te czasy krytyce, ale nie zapomina o tym, co dobrego nam dały. Dzięki ironicznemu spojrzeniu na tę dekadę, poznajemy ciekawy, bo mało stereotypowy, punkt widzenia. Kilkadziesiąt lat dystansu również swoje robi. Z jednej strony mamy do czynienia ze świadectwem, a z drugiej z analizą i krytyką. Nie ze wszystkim trzeba się zgadzać czytając tę książkę, choć przedstwia ona ciekawy punkt widzenia. Po przeczytaniu tej pozycji niecierpliwie czekam na kolejne tytuły z tej serii. Następne będą „Wspomnienia bitniczki” Diane di Primy. Mam nadzieję, że będzie to równie ważny i interesujący głos, jak ten przedstawiony przez Jenny Diski.

Dziękuję Wydawnictwu Officyna za książkę „Lata sześćdziesiąte”.

Marzenia i tajemnice

Kiedy dziecko przeczyta (lub usłyszy) książkę Tajemnica Matyldy, to chce się dowiedzieć, co będzie dalej. Anna Czerwińska Rydel wydała kolejną część o umuzykalnionej dziewczynce – Marzenie Matyldy. Tym razem to nie tytułowa bohaterka skrywa jakąś tajemnicę – tylko jej mama.

W tej części poznajemy tatę Matyldy. Wcześniej dziewczynka tylko mogla marzyć o jego istnieniu. Stopniowo odkrywamy, dlaczego tak się stało. Matylda nadal zajmuje się muzyką, natomiast jej tata, to kompozytor i pianista. Talent muzyczny odziedziczyla więc po ojcu, ale nie tylko to. Wreszcie jest ktoś, kto ma tak samo potargane wlosy, jak Matylda.

Muzyka jest bardzo ważna w tej książce. Dołączona została nawet płyta cd, w której można wysłuchać kilku utworów klasycznych. Autorka też wprowadza nas w świat książki, choć nie zdradza wszystkich tajemnic.

Oprócz kota Gawota i Zwortki, do zwierzęcych bohaterów dołączają jamniki: Fuga i Tocata. Jak widać muzyka jest bardzo ważna w powieści i autorka nie daje nam o niej zapomnieć. Dzięki płycie maluchy mogą się zapoznać z muzyką poważną.

Dzieciom podobają się kolorowe ilustracje w książce, chociaż osobiście preferowałam te z pierwszej części, bo pozwalały na uruchomienie wyobraźni. Tu wszystko jest oczywiste – i koniec.

Tajemnice dla dziewczynek i nie tylko

Tajemnica MatyldyPozory mylą – banalne zdania, ale czasami w ten sposób najłatwiej opisać rzeczywistość. Córeczka dostała książkę Anny Czerwińskiej-Rydel Tajemnica Matyldy. Jak sam tytuł wskazuje pozycja raczej przeznaczona jest dla dziewczynek. A kto słucha powieści z wypiekami na twarzy – czteroletni synek. Tytułowa bohaterka, to mała dziewczynka, która nie może porozumieć się z mamą. Podczas pewnej samotnej soboty – mama wtedy musi iść do banku do pracy – zauważa przechadzającego się po ulicy kota. Ten czarny zwierz doprowadza Matyldę do starszej pani, instruktorki gry na skrzypcach.

Wtedy rodzi się tajemnica, bo dziewczynka zaczyna odwiedzać regularnie starszą panią i uczyć się  gry na tym trudnym instrumencie. Radzi sobie doskonale, jednak przez to, że nie chce powiedzieć  mamie co robi po drodze ze szkoły, nie może dość intensywnie ćwiczyć.

Nauczycielka zaczyna nawet szukać w okolicznych bankach mamę Matyldy. Ma jednak utrudnione zadanie. Wie o niej tylko, że jest piękna i ma jasne włosy. I tym razem pomaga przypadek – a może zrządzenie losu. Starsza pani zwierza się samotnej kobiecie, siedzącej na ławce – i okazuje się, że to jest właśnie mama Matyldy.

Powieść kończy się happy endem, w końcu to edukacyjno-umoralniająca historia. Chociaż dorosłemu trudno się łyka takie morały, dla dzieci jest to do zaakceptowania. W pewnym momencie synek przerwał czytanie książki, bo musiał dorzucić swoje trzy grosze. Mama Matyldy mówi, że ciężko pracuje, żeby córka miała zabawki, które pragnie. No i wtedy w naszym domu rozpętało się piekło…:  Mamo, ale pseciez zabafki nie są najwzniejse, najwazniejsa jest miłość… A skąd synku to wiesz? – Ucyliśmy się w pszeczkolu, mamusiu.

Tajemnica Matyldy doskonale nadaje się jako prezent. Jest ładnie wydana, w twardej oprawie. Podobają mi się ilustracje do książki. Odwołują się do tyłu, mają w sobie pewną tajemniczość, element niedopowiedzenia, nie gryzą nadmiarem barw. Książka odnosi się również do zmysłu słuchu. W książce można dowiedzieć się paru podstawowych rzeczy na temat muzyki, czy skrzypiec oraz dzięki kotu, który ma na imię Gawot.