Dzięki „Szczęśliwej ziemi” o Łukaszu Orbitowskim zrobiło się głośno. Książka zdążyła już zdobyć spore uznanie, choćby za sprawą nominacji do Paszportów Polityki, czy Nike. Niedawno wydawnictwo Ha!art wznowiło powieść tego autora z 2006 roku: „Horror show”, o której Orbitowski mówi, że to była najlepsza rzecz jak mu wyszła (nie licząc ostatniego tytułu). Książka, która stanowiła debiut powieściowy tego autora, trafiła i do mnie, a ja mam okazję, by zobaczyć od czego zaczynał Łukasz Orbitowski.
Głównym bohaterem „Horror show” jest Giełdziarz. Nie wiemy jak ma na imię, znamy tylko jego ksywkę. Oczywiście młodzi odbiorcy już pewnie nie wiedzą czym była giełda w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku – czyli rodzaj targu, na którym można było nabyć nielegalne kopie płyt z muzyką, filmami i grami komputerowymi. Kilkanaście lat temu piractwo internetowe jeszcze nie istniało (a przynajmniej było dostępne tylko dla wybranych)…
Giełdziarz handluje w Krakowie na Balickiej. Sprzedaż takiego towaru jest nielegalna, więc co jakiś czas należy spodziewać się nalotu policji na giełdę. Mimo tego typu niedogodności główny bohater radzi sobie całkiem nieźle. Ma nawet dziewczynę, która zjawia się u niego na weekend regularnie co dwa tygodnie.
Wszystko nagle się zmienia, gdy w ręce Giełdziarza wpada tajemnicza układanka i świecznik. Nagle okazuje się, że bohater nieświadomie wplątuje się w ciąg mrocznych sytuacji, a jego życie rozpada się na drobne kawałki. Ukochana okazuje się być prostytutką, początkowo wynajmowaną dla żartu przez kumpli. Giną współpracownicy i znajomi Giełdziarza. Były współpracownik Szpad z jakiejś przyczyny utrudnia mu życie.
Kraków staje się scenerią dla drastycznych, mrożących krew w żyłach wydarzeń, choć do tej pory kojarzył się czytelnikom miło i przyjemnie – tu nie ma miejsca na sentymentalne odczucia. Zamiast Sukiennic będą szare i brudne knajpy, które autor opisuje porównując je do różnych ras psów. Natomiast celem Giełdziarza stanie się ułożenie układanki – zarówno w sposób dosłowny, jak i symboliczny.
Główny bohater jest człowiekiem bez tożsamości, którego złe siły chcą unicestwić. Giełdziarz postanawia się dowiedzieć, kim jest Wuj, czyli właściciel układanki, ale właśnie wtedy zaczynają dziać się rzeczy straszne. Ten, którego uznaliśmy za bezwzględnego twardziela, nagle będzie potrafił wykrzesać z siebie dobre cechy, ten pozornie słaby – stanie się niezwykle okrutny. Giełdziarz pozna tajemniczego, rudowłosego Brandona, który chce się ukryć przed Wujem. Ten staruszek, wymiotujący białymi robalami, wprowadza do historii elementy horroru. Kim jest ta tajemnicza postać, co chce osiągnąć? Dowiemy się po ułożeniu wszystkich puzzli.
Łukasz Orbitowski cały czas bawi się konwencją horroru. Zło czai się w mrocznych zaułkach Krakowa i w każdej chwili może zaatakować. Podróż po mieście wraz z głównym bohaterem jest oniryczna, nie do końca wiemy, co wydarzyło się w rzeczywistości, a co jest tylko ułudą, nieco to utrudnia odbiór „Horror Show”. Strach nie potrzebuje widowiskowych kostiumów, tu tkwi gdzieś podskórnie. Autor zastosował w tym miejscu ironię. Zresztą dystans Orbitowskiego wciąż jest obecny, np. poprzez liczne nawiązania literackie. Podoba mi się poczucie humoru autora – bo, gdy wchodzimy do zrujnowanego i okradzionego mieszkania, nienaruszona okazuje się być biblioteczka dawnego właściciela, w której znajdują się książki Andrzejewskiego, Słonimskiego, Putramenta, czy Brezy…
„Horror Show” stanowi ciekawy przykład horroru realistycznego w polskiej scenerii. Co z tego, że naczytaliście się Kinga, czy Mastertona, jeśli opisywane wydarzenia miały miejsce gdzieś daleko, czujecie się bezpieczni. Tu zło czai się blisko, bo w Krakowie. Jako, że Orbitowski zastosował koncepcję everymana, mamy świadomość że Giełdziarzem może być każdy z nas, a po skórze przebiega dreszcz strachu… I o to chodzi.
Dziękuję Korporacji Ha!art za książkę.