Życie w trasie z Queen

QuennKiedy czytam książkę, słucham dobrej muzyki. Potem zaczynam się zastanawiać, co właściwie wiem o swoim ulubionym twórcy? Oczywiście, nie chodzi mi o informacje z tabloidów, tylko takie przedstawiające przebieg życia danego artysty, jego przemyślenia, sposób w jaki pracował. Lubię też wiedzieć, co spowodowało, że stworzył dane dzieło. Wtedy przychodzi czas na biografie sławnych muzyków.

Książka Petera Hince’a „Queen. Nieznana historia” dotyka właściwie jednego problemu – życia ekipy technicznej w trasie koncertowej. Człowiek, który pracował przez trzynaście lat dla zespołu musiał go doskonale znać. Hince opowiada o latach 1973-1986, czasach, kiedy popularność Queen zaczynała rozkwitać. Autor książki pracował ponad dziesięć lat jako technik dla zespołu, tej jednej z najjaśniejszych gwiazd rockowej estrady.

Dla młodego chłopaka podróżowanie z Queen, było olbrzymią przygodą. Praca wymagała sporo wysiłku, ale dawała też olbrzymią satysfakcję. Peter Hince w bardzo bezpośredni i żartobliwy sposób pokazuje, jakie miał korzyści z przebywania w cieniu gwiazd. Do muzyków lgnęły wszystkie dziewczyny, ale i dla technicznych też coś zostawało.

Od samego początku dowiadujemy się, że autor nie będzie w niej prał brudów, ale weźmie nas za kulisy, w miejsce, gdzie rodziła się wielka muzyka. Freddie Mercury również nie zostanie w tej książce dokładnie opisany, bo to nie jest jego biografia. Natomiast pokazane zostało, jakim był człowiekiem. Hince starał się niczego nie ukrywać. Ani orientacji seksualnej artysty, ani jego ekstrawagancji. Nie pisze jednak hagiografii – cały czas ma dystans do artysty. Podkreśla, że nie hołubił Freddiego, a starał się ułatwić życie muzykom na scenie – bo to było jego zadanie, jako technicznego.

Cały rozdział książki poświęcony został rozrywkom w drodze, którymi umilali sobie życie członkowie zespołu oraz ekipa techniczna. Ci ostatni nie wylewali za kołnierz, a i nie odmawiali sobie narkotyków. Napięcie rozładowywali również dzięki spotkaniom z dziewczynami, czy chłopcami – zależnie od orientacji. Hince opowiada historie, które mogą zniesmaczyć co wrażliwszych. Show must go on – impreza również, niezależnie od konsekwencji.

Tego jak pracowali muzycy, jak wyglądało życie Queen od kuchni – można sie dowiedzieć dzięki książce Petera Hince’a. Rozczaruje się ten, kto zasugeruje się okładką, bo książka nie jest biografią Mercurego. Mowa w niej o całym zespole, z naciskiem na ekipę techniczną. Smaczku dodają również zdjęcia, autorstwa Hince’a. Czytając tę opowieść poczułam się, jakbym sama towarzyszyła muzykom i starała się pomóc im w trudnym procesie prezentowania dzieł, które zna cały świat. Podróż z Queen bedzie miejscami zabawna, ale czasem pełna napięcia, niekiedy zaś mrożąca krew w żyłach. Wszystko dzięki ciekawemu stylowi Hince’a.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości SQN.

Drużyna Bang Bang

Moja przygoda z fotografią prasową ograniczała się do tej pory do dwóch pozycji książkowych: J. G. Morrisa „Zdobyć zdjęcie. Moja historia fotografii prasowej” oraz P. Chauvela „Reporter wojenny”. Postanowiłam do tego grona dołączyć bardzo głośną książkę G. Marinovicha i J. Silvy „Bractwo Bang Bang. Migawki z ukrytej wojny”.

Zawód fotoreportera wydaje się być niezwykle interesujący. Idealny dla ludzi niezależnych, posiadających inne spojrzenie na świat niż wszyscy. Wystarczy tylko w odpowiednim momencie uwolnić migawkę. Ale czy tylko?

Książka „Bractwo Bang Bang” to historia czterech fotografów wojennych: Kena Oosterbrocka, Kevina Cartnera, Grega Marinovicha i Jo?o Silvy. Przyjaźń jak narodziła się między nimi, związana była z wydarzeniami, które postanowili uwiecznić i przekazać światu. Greg Marinovich jest narratorem tej opowieści. Wydarzenia poznajemy z jego perspektywy.

Cała wymieniona przeze mnie czwórka to nieformalna grupa. Fotografów, którzy pracowali z nimi było sporo, jednak w pewnym momencie mężczyźni postanowili nie przyjmować nikogo więcej, ograniczyć się tylko do tego kwarteu. Bractwo Bang Bang relacjonowało wydarzenia, które rozgrywały się w RPA w latach dziewięćdziesiątych – nazywanych wojną hotelową.

Ryzykowali wiele, a nawet wszystko. Chcąc być jak najbliżej wydarzeń, narażali własne życie. Nie zawsze w pełni uświadamiali sobie to ryzyko. Marinovich opisuje mrożącą krew w żyłach sytuację, jak postanawia biec po coca-colę na drugą stronę ulicy, będąc jednak świadomym, że znajduje się w zasięgu strzału snajpera. Tak często balansują między życiem i śmiercią, że w pewnym momencie przekraczają granice rozsądku. Po co to robią? Ponieważ chcą zostać świadkami dziejów.

Tu rodzi się kolejne pytanie: ile można pokazać na zdjęciu? Wystarczy sobie przypomnieć dwie fotografie nagrodzone Pulitzerem. Pierwsze jest autorstwa Marinovicha i nosi tytuł „Ludzka pochodnia”. Drugie zostało wykonane przez Kevina Cartera, przedstawia sępa i dziecko. Wystarczą te dwa słowa, by przypomnieć sobie tę przerażającą scenę.

Relacjonowanie wydarzeń przez fotografów miało takie same skutki, jak dla żołnierzy udział w wojnie. Syndrom stresu bojowego pojawia się również u reporterów. Niestety, na pomoc psychologiczną nie mogą liczyć. Zresztą nie do końca sobie go uświadamiają. Sam fakt że z Bractwa Bang Bang została tylko dwójka – autorów tej książki – mówi samo za siebie. Najpierw zginął Ken Oosterbroek, Greg został ciężko ranny. Kevin Carter pogrążył się w nałogu narkotykowym i ostatecznie popełnił samobójstwo – rok po otrzymaniu nagrody Pulitzera.

Najważniejszy problem, który wyłania się podczas czytania tej książki, to aspekt moralny. Ile można pokazać na zdjęciu? Co powinien robić fotograf, a czego mu nie wolno? Po wykonaniu zdjęcia, przedstawiającego dziecko i sępa, niemal u wszystkich odbiorców rodzi się pytanie – co stało się z dziewczynką? Carter nie potrafił odpowiedzieć na nie – każdemu pytającemu wymyślał trochę inną historię. Uznał, że ma utrwalać, a nie ingerować.

„Bractwo Bang Bang” to opowieść dla ludzi o mocnych nerwach. Jednak ma nie tyle szokować, co pobudzać odbiorcę do myślenia. Łatwo przecież oceniać, trudniej jednak odpowiedzieć na pytanie – jak daleko można się posunąć w byciu obserwatorem? Może należy ingerować, a jeśli tak, czy powstaną w tym momencie jakiekolwiek relacje reporterskie? Jak postąpilibyśmy w skrajnych sytuacjach? Dzięki szczerym opowieściom Marinovicha mogłam zastanowić się nad tymi trudnymi etycznie problemami. Odpowiedź każdy musi znaleźć sam.

Dziękuję SQN za książkę „Bractwo Bang Bang”

Ucieczka z Krainy Wiecznego Śniegu – nie tylko o Dalajlamie

Ucieczka z krainy wiecznego snieguKsiążka Stephana Talty’ego zaskoczyła mnie już na samym początku. Kiedy sięgałam po „Ucieczkę z Krainy Wiecznego Śniegu” spodziewałam się, że po prostu poznam historię Dalajlamy. Jednego nie przewidziałam, iż będzie ona niezwykle interesująca, pełna zwrotów akcji, zupełnie jak w filmie sensacyjnym.

Umiera XIII Dalajlama. Zgodnie z tradycją, należy odszukać jego kolejną inkarnację. Grupa poszukiwawcza trafia na małego Lhamo Thondupa, mieszkającego z ubogą i liczną rodziną w północno-wschodnim Tybecie, przy granicy z Chinami. Jednak, żeby chłopiec mógł zostać Dalajlamą, musi przejść szereg testów, mających wskazać, czy jest prawdziwą inkarnacją Awalokiteśwary. Następnie autor opisuje życie chłopca w Lhasie – stolicy Tybetu. Warto obejrzeć – chociażby w internecie, jaka ona jest niezwykła.

Miejsce, które było najważniejsze nie tylko dla mnichów buddyjskich, ale i całego Tybetu, stało się domem małego Lhamo. Niemal od początku zdawał sobie sprawę, jak wielkie brzemię na nim ciąży. Trudno być wcieleniem  Awalokiteśwary, jeśli jest się małym dzieckiem, z daleka od rodziców. Dalajlama jednak nie przypuszczał jeszcze, jak mroczna rysuje się przyszłość.

Nadchodzi rok 1959, który będzie miał olbrzymie znaczenie dla Tybetańczyków. W tym czasie ich kraj jest okupowany, bo został on zajęty 9 lat wcześniej przez Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą. 17 marca 1959 roku Dalajlama postanawia uciekać do Indii. Podejmuje niezwykle niebezpieczną wędrówkę. Te dwa tygodnie podróży staną się jego testem na dojrzałość.

Autor przybliża czytelnikowi skomplikowaną historię Tybetu. Skupia się najbardziej na roku 1959, on jest  punktem kulminacyjnym opowieści. Jednak dopiero po przeczytaniu tej książki widzimy, jak niezłomny jest ten naród. Pojawia się pytanie, co daje siłę Tybetańczykom? Z książki wynika, że wiara. Nie tylko w buddyzm, ale i Dalajlamę. W „Ucieczce…” Talty’ego pojawia się porównanie, które daje nam lepsze zrozumienie sytuacji. Dla Tybetańczyków Dalajlama jest jakby odpowiednikiem żyjącego Jezusa dla chrześcijanina. Stąd bierze się nadzieja i chęć ujrzenia tego niezwykłego wcielenia  Awalokiteśwary.

„Ucieczka z Krainy Wiecznego Śniegu” pozwala czytelnikowi dotknąć istoty problemu, jakim jest konflikt tybetańsko-chiński. Choć nie jest to łatwe zagadnienie, Talty mówi prostym językiem. Czytałam „Ucieczkę…” jednym tchem. Nawet zupełny laik może sięgnąć po tę książkę bez obaw, że czegoś nie zrozumie. Dla ułatwienia jest słownik trudnych terminów oraz objaśnienia kim są bohaterowie.

Talty kreśli portret Dalajlamy nie tylko jako bóstwa wcielonego, ale jako człowieka z krwi i kości. Pokazuje wady i słabości tybetańskiego przywódcy. Dzięki temu pojawia się obraz osoby pełnej empatii, ciepłej, wrażliwej na losy świata, ale i doskonałego władcy nieistniejącego państwa. Szkoda, że nie można tak jak w fikcji literackiej czekać na szczęśliwe zakończenie tej opowieści. W 2009 dziennikarz odwiedził Tybet. Niestety, niewiele mógł zobaczyć, bo niemal na każdym kroku stali Chińczycy z bronią. Mimo wszystko najeźdźcy nie złamali ducha Tybetańczyków. Nim właśnie kieruje do dziś niezwykły Dalajlama XIV.

Dziękuję wydawnictwu SQN za książkę „Ucieczka z Krainy Wiecznego Śniegu”

Amy, córka Mitcha

Kim jest Mitch Winehouse? Każdy fan przedwcześnie zmarłej Amy – odpowie natychmiast, że jej ojcem. W książce „Amy. Moja córka” staje się biografem i przewodnikiem po życiu artystki. Ale czy tylko?

Mitch Winehouse postanowił pokazać czytelnikowi swoją córkę, taką jaką sam widział. Opowiada o swoim szczęściu po jej narodzinach. Nie ukrywa, że kiedy Amy miała kilka lat, rozstał się z żoną, bo zakochał się w innej kobiecie. Mała Amy została ukazana jako niesforny urwis, który nie może zagrzać zbyt długo miejsca w szkolnej ławce. Chętnie zwracała na siebie uwagę, trudno natomiast było jej poddać sie ogólnie panującym zasadom. Potrafiła na przykład udawać miejscach publicznych, że się dusi, byle tylko skupić na sobie atencję i tych najbliższych, i przechodniów. Już jako dwunastolatka wiedziała, że chce mieć do czynienia z publicznością. Pragnęła śpiewać i występować. I to tak, żeby ludzie na chwilę zapomnieli o swoich troskach. Była na tyle zdeterminowana, że sama wybrała sobie szkołę artystyczną oraz napisała do niej podanie w tajemnicy przed opiekunami.

Okazało się jednak, że występ przed dużą publiką jest nie lada wyzwaniem dla Amy. Podobnie jak sama muzyka, którą tworzyła. Większość piosenek opowiadała o jej własnych przeżyciach – tych po ciemnej stronie. Trudno potem wrócić do czegoś, co dotyczy bolesnych wspomień i śpiewać te utwory bez emocji. Amy sie nie udało.

Dla ojca była oczkiem w głowie. Nie zapominał o niej, starał się ją wspierać w każdej chwili. Jednak Amy nie zwierzała mu się ze swoich problemów. A po tym, jak zakochała się w Blake’u Fielder-Civilu pojawiało się ich coraz więcej. Związek ten przypominał jazdę na rollercoasterze, bez zapinania pasów. Mitch wspomina, że przez Blake’a  jego córka sięgnęła po narkotyki.

Kiedy stan dziewczyny był ciężki, wtedy do akcji wkraczał tata i ratował córkę z opresji. Zaliczała zapaści, kilkakrotnie walczyła o życie. Jednak to nie narkotyki ją zabiły… Przez ostatnie trzy lata życia było czysta. Zakazane używki zastąpiła tymi dozwolonymi – alkoholem.

Rodzina Amy przechodziła przez piekło. Książka Mitcha mogłaby być podręcznikiem dla rodzin dzieci uzależnionych. Zobaczymy, jak osoba chora potrafi manipulować najbliższymi, jak okłamuje i jest w stanie zrobić wszystko, by zdobyć dragi. W tym przypadku happy endu nie będzie. Kiedy artystka uzależniła się od alkoholu, ojciec był na skraju wyczerpania psychicznego. Bo co można zrobić, jeśli najbliża osoba nie chce przyjąć pomocy? Bezsilność jest w tym wszystkim nie do zniesienia.

Książka „Amy, moja córka” daje subiektywny obraz artystki, z punktu widzenia jej ojca. Widział ją pod pewnym kątem i to właśnie tę część odkrywamy. Amy nie pozwoliła najbliższym poznać się w pełni.  Nie poznamy wszystkiego. Trudno przecież rodzicowi wejść w psychikę dziecka, które uzewnętrznia przed nim tylko to, co chce. Natomiast zupełnie niespodziewanie odsłania się przed  czytelnikiem obraz ojca Amy. Poznamy jego punkt widzenia, choć dla mnie najważniejsze będą emocje Mitcha. Odkrył przed czytającym swoje uczucia. Poznałam jego poglądy na muzykę Amy i dowiedziałam się,  że miał istotny wpływ na kształtowanie się gustu muzycznego dziewczyny.

Biografia nie powstała jako hołd dla Amy Winehouse. Raczej ma na celu przedstawić prawdziwy obraz artystki, a nie ten rozdmuchany przez portale plotkarskie. Mitch napisał książkę, której dochód przeznaczony został na Fundację Amy Winehouse, mającej wspierać dzieciaki walczące z uzależnieniami, borykającymi się z niepełnosprawnością, czy trudną sytuacją finansową.

Szkoda, że Mitch Winehouse niewiele wspomina o matce Amy. Wystarczy przyjrzeć się zdjęciom, by zwrócić uwagę na podobieństwo kobiet. Jednak z książąki wynika, że właśnie ojciec stanowił dla Amy autorytet, jeśli chodzi o muzykę. Żałuję, że Amy nic nowego nie stworzy, by słuchający mogli na chwilę zapomnieć o tym, jak kruche jest życie i jak niewiele trzeba, aby stąd odejść.

Dziękuję za książkę wydawnictwu SQN.

Niezniszczalny Iggy Pop

Iggy PopPaul Trynka podjął się ogromnego trudu, by przybliżyć miłośnikom rocka postać, która stała się  żywą legendą – Iggy Popa. Powstało dzieło, w którym widać benedyktyńską robotę. Dziesięć lat pracy biografa, dało tomiszcze ponad 500 stronicowe o tytule: „Iggy Pop. Open up and bleed. Upadki, wzloty i odloty legendarnego punkowca”, w którym oprócz biografii muzyka, jest nam dane być świadkami tworzenia się historii rocka.

Skąd się wziął Iggy, kim był naprawdę? Z biografii dowiemy się, że na początku istniał Jim Osterberg, który mieszkał w latach sześćdziesiątych na osiedlu przyczep kempingowych w Ann Arbor w Stanach Zjednoczonych. Był niezwykle obiecującym dzieckiem. Uważano, że ma szanse stać się prezydentem USA, a przynajmniej wpływowym politykiem. Cóż, stało się inaczej. I dobrze zarówno dla fanów rocka, jak i muzyki punkowej.

Inteligentny, błyskotliwy, poukładany chłopiec czuł, że jest niezwykły. Od początku lubił się pokazywać w tzw. dobrym i wpływowym towarzystwie. W ten sposób leczył swoje kompleksy. Uważano, że należy do wyższej klasy średniej, bo sam się nie przyznawał do zamieszkiwania w przyczepie kempingowej. Jednak zamiast wybrać karierę polityczną, został muzykiem. I to jakim!

Paul Trynka – wieloletni redaktor pisma muzycznego Mojo – śledzi każdy krok kariery Osterberga. Najpierw Jima jako perkusisty „The Iguanas”. Trzeba dodać, że ulubione zwierzątko muzyka przyczyniło się do powstania pierwszego członu jego pseudonimu. Później z braćmi Asheton Osterberg zakłada „The Psychedelic Stooges”, tu już zostaje wokalistą.

Rok 1968 oznacza początek kariery muzycznej Iggy Popa. Zaczyna się trudna droga usłana różami, a zwłaszcza kolcami tychże kwiatów. Z jednej strony ciężka praca, a z drugiej wieczna impreza pełna narkotycznych odlotów. Jak sprawić, by te dwie sprawy mogły jakoś ze sobą współistnieć? Jim Osterberg tworzy alter ego – Iggy Popa. Pierwszy będzie łagodny, inteligentny, wrażliwy, drugi to demon skłonny do ekshibicjonizmu, wszelkich możliwych i niemożliwych perwersji.

Trynka nie ma zamiaru wybielać artysty. Opisuje wszystko – przytacza kolejne skandale, ale i wymienia prawdziwe miłości Jima, i nie chodzi tylko o ukochane kobiety, również o narkotyki z którymi Iggy eksperymentuje. Co jest dla Popa najważniejsze? Czy skandal, czy używki, a może performance? Wydaje mi się, że najpierw muzyka…

Jaka postać wyłania się z książki Paula Trynki? Czy tylko ekscentryczny muzyk? Poznajemy całą drogę, którą przeszedł artysta. Co go ukształtowało, z jakimi muzykami współpracował. Najważniejsza i najciekawsza jest według mnie relacja Iggy Popa z Davidem Bowiem. Artyści, choć zupełnie różni, nagrywają wspólnie kilka piosenek, współpracują z sobą, ale i współzawodniczą. No i zaprzyjaźniają się.

Książka o Iggy Popie nie jest łatwą lekturą. Niektóre fakty do dziś mogą bulwersować. Artysta zostaje obnażony – dosłownie. Poznajemy wszystko, bez niepotrzebnych eufemizmów. Trudno wprost uwierzyć, że muzyk nie podzielił losów Morrisona, czy Hendrixa ze swoją skłonnością do autodestrukcji. Kluczem będzie tu dionizyjski i apolliński nurt w sztuce. Iggy Pop wybrał ten pierwszy. Stąd się brało jego upojenie i niezwykła energia podczas występów oraz żywiołowość. Jak widać tradycje antyczne nie były obce intelektualnie obytemu Jimowi Osterbergowi, a jego wybór był czymś świadomym.  Kim stał się po latach? Czy zdołał wyjść na prostą? Biografia Iggy Popa jest dla mnie bardzo cenna pod tym względem, że udało mi się stworzyć pewien portret artysty. Nie tyle interesowało mnie to co na zewnątrz, ale jego psychika.

Wyłania się człowiek wręcz autystyczny, niemal nie potrafiący nawiązać bliższych relacji z drugą osobą. Gdyby nie przyjaźń z Bowiem, kilka dłuższych związków z kobietami, możnaby powiedzieć, że ten „Ojciec chrzestny punka” był zupełnie sam. Wojował ze wszystkimi, a przede wszystkim ze sobą.

Biografia „Iggy Pop” jest dziełem na kilka dłuższych jesiennych wieczorów. Warto do niej sięgnąć i jednocześnie słuchać muzyki bohatera tytułowego. Okaże się, że właśnie twórczość broni tę niezwykłą postać. Zaś wszystko czego się dowiemy, nie jeden raz nas zaskoczy. Już sama okładka wiele nam powie. I choć przedstwia nam bohatera – jakim się stał, to na tylnej części zobaczymy od czego zaczynał.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa SQN.