„Cytrynowy stolik” – recenzja opowiadań Juliana Barnesa

Cytrynowy stolikZa sprawą książek Alice Munro przypomniałam sobie, że istnieją opowiadania. Do tej pory sięgałam po nie sporadycznie. Łatwiej mi zaprzyjaźnić się z bohaterami z powieści kilkusetstronicowej, niż żegnać z takimi, do których ledwo zdążyłam się przyzwyczaić.

Forma literacka, wybrana przez Juliana Barnesa, nie należy do najłatwiejszych. Przecież na kilkudziesięciu stronach należy tak naszkicować świat przedstawiony, by czytelnik uznał go za wiarygodny. A jeszcze chciałoby się, żeby był ciekawy… Zbiór „Cytrynowy stolik” niewątpliwie taki jest. Książka porusza ważne problemy, ale spodobać się może nie tylko recenzentom, czy krytykom literackim, ponieważ czyta się ją lekko.

Juliana Barnesa uznaje się za jednego z najlepszych brytyjskich pisarzy. Jego najnowsza powieść z 2011 roku – „Poczucie kresu” – zdobyła niezwykle prestiżową nagrodę „The Man Booker Prize”. Właśnie dlatego sięgnęłam po „Cytrynowy stolik”, by sprawdzić, czy rzeczywiście mam do czynienia z literaturą wysoką.

Jedenaście opowiadań zebranych w jednym zbiorze łączy jeden motyw. Jest nim przemijanie. Bohaterowie są zazwyczaj u kresu swego życia, przyglądają się mu i albo akceptują starość, albo stawiają jej opór. Koniec egzystencji niezbyt często staje się głównym tematem książek. Pisarz choćby w „Krótkiej historii fryzjerstwa” pokazuje jak główny bohater zmienia swoje myślenie o życiu z biegiem lat. Obserwujemy go jednak niezmiennie na fotelu u fryzjera.

Okazuje się, że w późnym wieku można doświadczać namiętności, dopuszczać się zdrad i zbrodni. Barnes zabrał mnie w podróż do dziewiętnastowiecznej Rosji i Szwecji, gdzie miłość i uczucie rozgrywa się głównie w umysłach bohaterów, w ich wnętrzu i nigdy nie zaznaje spełnienia. A jednak Barnes wystrzega się sentymentalizmu. Potrafi ironizować, czy pokazywać starość w nieco krzywym zwierciadle, wywołując uśmiech na ustach odbiorcy.

Autor „Cytrynowego stolika” za każdym razem w swoich opowiadaniach porusza ważne kwestie. Wraz z bohaterami zastanawiamy się nad sensem istnienia. Z nimi musimy pogodzić się z nieuchronnością przemijania. Jednak ani pytania, ani odpowiedzi nie są banalne, choć przecież w opowiadaniach nie ma zbyt wiele miejsca, by takie problemy rozwinąć. Jednak Barnesowi się udaje. Narracja zawsze jest na wysokim poziomie, mimo że bohaterowie w opowiadaniach są zupełnie różni. Chciałoby się powiedzieć za najlepszą polską poetką – „Jak dwie krople czystej wody”.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Świat Książki.

Boginie zemsty: „Cwaniary” – S. Chutnik

CwaniaryWprawdzie Sylwia Chutnik nie dostała się do finałowej siódemki spośród autorów nominowanych do nagrody Nike 2013, jednak i tak od dłuższego czasu przymierzałam się do tego, by przeczytać „Cwaniary”.

Prowokuje tytuł oraz ilustracja na okładce. Główne bohaterki są mieszkankami Warszawy. Pierwszą z nich – Halinę – poznajemy na cmentarzu. Ta młoda kobieta właśnie została wdową, choć nie do końca. Ojciec jej nienarodzonego jeszcze dziecka został brutalnie zamordowany. Antek nie był niewiniątkiem, zajmował się wymierzaniem sprawiedliwości – karał za przewinienia tych, którym prawo nie mogło nic zrobić.

Halina również parała się zemstą. Nie pracowała jednak sama, tylko z koleżanką – Celiną. Kobiety traktowały bójki jako rodzaj rozrywki, połączoną z nutą dydaktyzmu wobec swych ofiar. Celina Cios i Halina Żyleta były niezwykle twarde, jak i nieszczęśliwe.Obie szybko straciły wybranków. Nie wolno im było nawet opłakiwać mężów – bo przecież żadna z nich nie miała ślubu.

Zemstą zajmowała się również ich koleżanka – prawniczka Bronka. Posiadała nawet pewną specjalizację: zawsze wybierała osoby, które przyczyniały się do nieporządku w mieście – tych śmiecących karała bezwzględnie. I jeszcze Stefa, prowadząca zakład kosmetyczny. Dla kobiet jest to miejsce lepsze od gabinetu psychoterapeutycznego, bo można zarówno porozmawiać, ale też się upiekszyć.

„Cwaniary” są współczesną opowieścią o Robin Hoodzie w damskich fatałaszkach. Kobiety z Mokotowa, z których większość wychowywała się na marginiesie społeczeństwa, biorą sprawy w swoje ręce i wprowadzają do świata ład i porządek. Wpajają innym właściwe zasady za pomocą łomu, czy łomotu innego rodzaju.

Warszawa ukazana w powieści Chutnik, bynajmiej nie jest kolorowa. Dla bohaterek przestrzeń ta przepełniona została beznadzieją. Dojrzałe kobiety muszą walczyć w tej dżungli, choć wiedzą, że są skazane na niepowodzenie. Dają jednak innym przykład rycerskich zasad, którymi potrafią się kierować jak średniowieczni łotrzykowie.

Pisarka opowiada historię kobiet posługując się elementami groteski oraz absurdu. Opowieść wciąga czytelnika w mroczny, choć niekiedy zabawny świat. Tylko, czy nie jest to śmiech przez łzy? Poprzez absurdalne sytuacje czytelnik dostrzeże problemy społeczne, z którymi boryka się świat. Przejmująca samotność bohaterek, brak nadziei na poprawę losu – kobiety próbują sobie rekompensować posługując się zemstą. Jednak czy Erynie mogą zaznać odrobiny szczęścia oraz naprawić świat?

Książkę czyta się bardzo dobrze. Są tu wprawdzie zaledwie szkice głównych bohaterek i sytuacji, dostrzegamy zarysy pewnych problemów. Sylwia Chutnik pokazała, że nie jest obojętna na losy ludzi i miasta. Wybiera osoby i miejsca okaleczone. A odnajduje w nich siłę i piękno. Dodać muszę, że całość urozmaicona została rysunkami Marty Zabłockiej, które świetnie dopełniają całość.

Dziękuję Wydawnictwu Świat Książki za powieść.

Joseph Goebbels. Dzienniki t. 1; opracował E. C. Król

Joseph Goebbels. Dzienniki t.1Po co czytać dzienniki jednego  z największych zbrodniarzy dwudziestego wieku? Czy to nie powinno być zakazane, ponieważ może skusić kogoś do tego, by zaczął popierać faszyzm? Oczywiście zacznę od tego, że warto poznać miejsce Josepha Goebbelsa w elicie władzy Trzeciej Rzeszy. W końcu jego zapiski stanowią źródło historyczne, moim zdaniem bardzo ważne, pokazujące funkcjonowanie propagandy totalnej.

Sama powojenna historia Dzienników mogłaby stać się świetnym materiałem na scenariusz do filmu sensacyjnego. Niewiele brakowało, by nigdy nie ujrzały światła dziennego. Niezwykły jest fakt, ile tekstu zostawił po sobie Goebbels. Po pierwsze miał zamiar nieźle na nim zarobić. Po drugie, planował, że zostaną one wydane dwadzieścia lat po jego śmierci, by stanowić świadectwo wielkich dokonań ich autora. Pozostawił po sobie kilkadziesiąt tysięcy! stron. Czytelnicy polscy otrzymują pewien wybór, dokonany przez tłumacza i historyka jednocześnie, prof. Eugeniusza Cezarego Króla. Na razie wydano tom pierwszy, obejmujący lata 1923-1939.

Na czym polega wyjątkowość Dziennika? Czy jest on wiarygodnym źródłem? Otóż „mały doktor” nie zdążył przed śmiercią przeredagować i opracować tekstu. Czytelnicy otrzymują więc zapiski polityka powstające na bieżąco oraz bez poprawek. Nie można zapominać, że fakty są przetworzone przez umysł autora. Widzimy świat takim, jakim chciał nam go pokazać Goebbels.

Autor Dzienników początkowo był osobą, która uwielbiała literaturę romantyczną. Wręcz wzbudza w czytelniku współczucie. Schorowany, ponieważ w dzieciństwie przeszedł zapalenie szpiku kości w prawej nodze. Przeznaczony był przez rodzinę na duchownego. Nieszczęśliwie zakochany, uwielbiający literaturę rosyjską – zwłaszcza Dostojewskiego. „Herr Doktor” nigdzie nie może znaleźć dla siebie miejsca, aż wreszcie trafia na zwolenników skrajnej, nacjonalistycznej prawicy. Poznaje też Hitlera. Musi jednak wybrać: bracia Stra?erowie, czy Adolf Hitler? Najpierw jest negatywnie i nieufnie nastawiony wobec przyszłego Führera. W pewnym momencie szala przeważa w kierunku Hitlera. Później dochodzi do tego, że Goebbels wręcz deifikuje wodza oraz traktuje go jak najdroższego ojca. Przejmuje też stopniowo poglądy Hitlera.

Nagroda za wierność będzie wielka. Joseph Goebbels stanie się jedną z najważniejszych osób w Trzeciej Rzeszy, będzie kierował ministerstwem oświecenia narodowego i propagandy.

Trudno sobie wyobrazić, że autor miał czas, by pisać swoje „Dzienniki”. W końcu był bardzo zajętym człowiekiem. Pisał głównie rano. Dlatego niemal wszystkie zapiski zaczynają się od słów: Wczoraj. Tłumacz wspomina, że o jednym spotkaniu z Hitlerem potrafił napisać nawet kilkadziesiąt stron. Goebbels głównie podziwia w nich  Führera. Zachwyca się dalekosiężnymi wizjami wodza. Choć na początku potrafił krytykować swego przywódcę, potem przyjmuje go bezkrytycznie, z uwielbieniem.

Jak czyta się „Dzienniki” Josepha Goebbelsa? Trzeba przyznać, że całkiem nieźle. Książka jest niezwykle obszerna. Mimo, że jest to jedynie wybór, ma aż 600 stron, z przypisami 800. Prof. Król opatrzył dziennik obszernym wstępem i olbrzymią ilością przypisów, by czytelnik mógł korzystać z tego źródła w odpowiedni sposób.

Teksty Josepha Goebbelsa pokazują dokąd może sięgać propaganda totalna. Nie jest to Dziennik, który dałoby się pochłonąć w kilka chwil. Przyznam, że czytałam go niemal dwa miesiące. Co jakiś czas Goebbels odrzucał mnie swymi poglądami. Wtedy odkładałam książkę, by wkrótce do niej powrócić. Ciekawa też byłam prywatnego życia „małego doktora”. Niewiele o nim wspomina. Jednak otrzymujemy pewne aluzje świadczące o jego romansie z czeską aktorką Lidią Baarovą. Autor opisuje swój kryzys małżeński, wspomina o narodzinach kolejnych dzieci. Najwięcej jednak mówi o polityce. Daje obraz czasów międzywojnia z punktu widzenia nazisty. Zaskoczyło mnie na przykład uwielbienie Goebbelsa wobec Piłsudskiego. Takich ciekawostek otrzymujemy sporo. Tłumacz podkreśla też stosunek autora Dzienników wobec Polski. Widzimy jak stopniowo zaostrza się polityka wobec wschodniego sąsiada Rzeszy. Na koniec Goebbels z niemałą satysfakcją opisuje plany ataku na Polskę. Zapiski kończą się na pierwszym września 1939 roku. A ja muszę przyznać, że chociaż wiem, jak potoczą się losy Goebbelsa, chcę się o nich dowiedzieć z jego perspektywy…

Za książkę dziękuję wydawnictwu Świat Książki.

Rozliczenie z imperium – C. Elkins o brytyjskich obozach w Kenii

Rozliczenie z imperiumW serii Sfery, Świat Książki wydał niedawno pozycję, która została nagrodzona w 2006 roku Nagrodą Pulizera. Caroline Elkins zdecydowanie na nią zasłużyła, gdyż ogrom pracy jaki włożyła w napisanie „Rozliczenie z imerium” wzbudza szacunek. Samo zgłębianie tematu zajęło jej dziesięć lat i sięgnęło trzech kontynentów. Książka „Rozliczenie z imperium. Przemilczana historia brytyjskich obozów w Kenii” dotyczy drugiej połowy ugiegłego wieku i wydarzeń niewygodnych dla Wielkiej Brytanii.

W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku Brytyjczycy głośno wypowiadali się na temat bestialskiego zachowania powstańców w Kenii. Trwała wojna przeciwko partyzantom Mau Mau. Przedstawiani oni byli jako przestępcy, którzy mieli zamiar terroryzować białych osadników.

Oskarżono kilkumilionową grupę Kikuju o złożenie przysięgi Mau Mau i wspieranie ich idei. Dlatego zorganizowano olbrzymi system obozów koncentracyjnych, by przetrzymywać tam wiele tysięcy powstańców. Prawie półtora milionów osób znalazło się w obozach pracy. To, co zaskoczyło Elkins podczas badań, to znikoma ilość źródeł. Wiele dokumentów (pod koniec XX wieku) nadal nie było ujawnionych, a część teczek została wyczyszczona. Trudno było nawet zlokalizować wszystkie obozy. Na szczęście zostały pewne listy, w których opisane było, jak wyglądało życie za drutem kolczastym.

Profesor Harvardu – Caroline Elkins – przez wiele lat przeprowadzała wizje lokalne w Kenii, aby zbadać konsekwencje powstania Mau Mau. Spora część ludu Kikuju została osadzona w obozach koncentracyjnych – i spotykały ich tortury, praca ponad siły, nieludzkie traktowanie. Oprawcami byli jednak nie tylko biali kolonizatorzy, również czarni lojaliści znęcali się nad więźniami.

Autorka dotarła zarówno do ofiar, jak i ciemiężców. Starała się, w swej wybitnej pracy historycznej, być obiektywna. Pozkazywać obraz z jednej i drugiej strony. Wszystko o czym pisze zostało udokumentowane, oparte na faktach. Niemal sto stron tej książki stanowią przypisy wskazujące źródła, na których się oparła.

Caroline Elkins ukazała przerażającą historię sprzed ponad pięćdziesięciu lat. Kiedy wiadomo już było o ludobójstwach nazistów i wydawało się, że nikt już by nieodważył się czegoś takiego uczynić, to cywilizowani Brytyjczycy tworzą w swoich koloniach w Afryce właśnie obozy koncentracyjne. Miejsca, gdzie zamkniętych tam ludzi traktowano w najgorszy z możliwych sposobów – próbując odebrać im ich człowieczeństwo.

Hipokryzja angielskich polityków również przeraża. Próbowano przemilczeć temat obozów. Nie pozwalano mu wydostać się na światło dzienne. Zbrodnie Anglików były tuszowane przez wiele lat. Na dodatek brytyjska propaganda głosiła, że w Kenii odniesiono sukces w owej – jak to nazywano „misji cywilizacyjnej”.

Oczywiście autorka obala mit, jaki próbowali tworzyć Anglicy. Dokładnie pokazuje zbrodnie. Na wiele z nich nie ma już jednak dokumentów, stąd rozmowy ze świadkami. Elkins zdając sobie sprawę, z ułomności ludzkiej pamięci, szukała więc punktów wspólnych, by zrekonstruować świat obozów.

Lektura „Rozliczenie z imperim” nie należy do łatwych. Trudno przebrnąć przez opisy zbrodni dokonywanych na Kikuju. Zaraz też widzimy analogię do obozów hitlerowskich. Brytyjczycy postępowali  podobnie. Chociażby wysługując się czarnoskórymi lojalistami, żeby w razie czego mieć czyste ręce. Książka jest pozycją obowiązkową dla tych, którzy pragną mieć pełen obraz tego, co się wydarzyło w latach pięćdziesiątych w Kenii. Napisana została w interesujący sposób, w bardzo dobrym, reporterskim stylu. Jako czytelnik – mimo szoku – chciałam  poznawać te fakty. W końcu tak niewiele wiadomo o białym terrorze w Kenii. I miłośnicy historii, i uwielbiający reportaże z pewnością nie przejdą obojętnie obok tej pozycji.

 Dziękuję Wydawnictwu Świat Książki za „Rozliczenie z imperium”.

Paullina Simons – Pieśń o poranku

Pieśń o porankuPaullina Simons znana jest rzeszy czytelników dzięki swoim bestsellerowym książkom: „Jeździec miedziany”, „Tatiana i Aleksander”, „Ogród letni”. Ta trylogia napisana została wielkim rozmachem, być może dlatego osiągnęła taki sukces.

Natomiast „Pieśń o poranku” osadzona jest we współczesnych realiach. Główna bohaterka powieści spełniła właściwie swój „American dream”. Ma wszystko: troje dzieci, kochającego męża, nie zastanawia się jak związać koniec z końcem. Wręcz odwrotnie. Może pozwolić sobie na najlepsze ubrania, Jared kupuje jej piękną biżuterię, a na urodziny dostaje sportowego jaguara.

Mimo tej baśniowej otoczki Larissa jest nieszczęśliwa. Nie potrafi się odnaleźć w swojej roli. Działa jak robot. Zawieźć dzieci do szkoły, zrobić zakupy, posprzątać, odebrać z zajęć, zrobić obiad, pozawozić na zajęcia dodatkowe, tak wygląda jej schemat dnia. Ale rutyna ją zabija. Nie potrafi odnaleźć siebie. Nie ma nawet ochoty na czytanie ukochanych książek.

Przed laty interesowała się teatrem, a najbardziej tragedią. Teraz w wolnych chwilach  zajmuje się malowaniem scenografii. Potem da się namówić przyjaciołom do reżyserowania amatorskich przedstawień. Właśnie w tym jest świetna. Tylko nawet to nie daje jej satysfakcji.

Wszystko się zmienia, kiedy poznaje o dwadzieścia lat młodszego mężczyznę. Kai jeździ na motorze, imponuje jej jego wolność. Nic nie musi robić, podejmuje się tylko tego, co chce. Sprzedaje samochody i zajmuje się kamieniarstwem. Właśnie jego niezależność przyciąga Larissę do Kaia. Jej życie zaczyna się robić emocjonujące. Wreszcie wychodzi poza schemat. Tylko co wybierze główna bohaterka?

Przecież zwykle mężczyźni porzucają kobiety, zostawiają rodzinę i idą dalej. Czy Larissa właśnie tak zrobi? Jakie będą konsekwencje jej postępowania? No i czy istnieje jakiś dobra droga, którą można podążać? Jeśli porzuci kochanka, będzie nieszczęśliwa, ale kiedy zostawi rodzinę, czy będzie mogła o tym zapomnieć?

Paullina Simons pokazuje nietypowy wybór. Daje do zrozumienia, że szczęście jest w nas samych. Wszystko zależy tylko, czy chcemy je w sobie znaleźć. Larissa widziała świat przez pryzmat dramatu greckiego. Skupia się właśnie na tym co złe, nie zuważając dobra wokół siebie. Choć na początku czujemy do niej sympatię, potem szala zaczyna się przechylać na jej niekorzyść. Bohaterka tłumaczy siebie miłością, ona ma jej dać wolność, ale czy tak właśnie się dzieje?

Książka może drażnić tym, że osadzono ją początkowo w typowo romansowych realiach. Bohaterka jest bogata, ma wszystko. Nie rozumie jednak swojej roli, ani miejsca w świecie. Wtedy zaczyna poszukiwać odskoczni. Tak streszczony wątek oczywiście prowadzi do romansu. Simmons jednak daje czytelnikom coś jeszcze. Pokazuje wybory bohaterów z różnych perspektyw. Najciekawszymi postaciami w powieści okazują się być przyjaciele bohaterki – zwłaszcza Che. Choć niestety wątek ten mógłby być bardziej wyeksponowany.

„Pieśń o poranku” wydawać się może zwykłym romansem. Jednak tego typu powieści nie mają raczej niemal siedmiuset stron. Autorka starała się rozbudować portrety psychologiczne bohaterów, bardziej na wzór „Pani Bovary” Flauberta. Niektórzy może nie dadzą się przekonać, jednak finał zaskoczy wszystkich  – zarówno sceptyków, jak i pasjonatów tej powieści. Larissa Stark drażni i wkurza, jej wybory niekoniecznie są naszymi. Jednocześnie wciąż chciałam się dowiedzieć, co kieruje bohaterką, jakie są jej motywacje. Zadawałam sobie pytanie czy pustkę wewnętrzną da się zasłonić namiętnością? Jaką daje nam odpowiedź Paullina Simons, trzeba sie przekonać samemu.

Dziękuję Wydawnictwu Świat Książki za egzemplarz powieści.

Więzienie? Hotel Kerobokan – K. Bonella

Hotel KerobokanWyspa Bali kojarzy się przede wszystkim z turystycznym rajem. Miejscem, gdzie ludzie się udają, by zapomnieć o szarej rzeczywistości. Z luksusem, na który nie może pozwolić sobie zwykły Polak. Dzięki książce Kathryn Bonella – „Hotel Kerobokan. Piekło na rajskiej wyspie Bali” – zobaczyłam inny świat, tę niewiedoczną, mało wygodną, a jednak istniejącą stronę księżyca.

Jak łatwo się domyślić, nazwa więzienia – Hotel K – jest ironiczna. Choć z drugiej strony, będąc na wyspie, można pomylić więzienie z tanim kurortem. Jednak wszystko, co dzieje się za jego murami, mrozi krew w żyłach. Przekraczając więzienną bramę, wkraczamy w świat korupcji, przemocy, seksu, alkoholu i narkotyków. Miejsce, w którym rządzą pieniądze.

Ten mroczny świat, jest domem dla przestępców obojga płci. Kobiet jest znacznie mniej i są one traktowane jak obywatele drugiej kategorii. Dziennikarka Kathryn Bonella odwiedziła Hotel K za sprawą Australijki Schapelle Corby, która została skazana w 2005 roku na dwadzieścia lat za przemyt 4,2 kg marihuany. Z tej historii powstała książka Jeśli doczekam jutra: horror więzienia na Bali. Została ona wydana w Polsce przez Świat Książki w 2010 roku.

Autorka postanowiła opisać Hotel Kerobokan w kolejnej książce. Opowiedziała, jak wygląda tam życie, na podstawie historii kilku więźniów. Znajdzie się tu opowieść o mordercy, który dokonał dekapitacji swojej ofiary. W więzieniu cieszył się dzięki temu sporym szacunkiem. Przeraża opowieść o kobiecie zwanej Czarnym Potworem, która zasłynęła tym, że zaszła w ciążę przez kraty swojej celi. Jest historia kilku skazanych na śmierć terrorystów oraz króla Bali, który nie miał wprawdzie władzy politycznej, natomiast traktowany był jak władca. Najwięcej miejsca autorka poświęciła skazanym za przemyt narkotyków.

Sądy na wyspie Bali są niezwykle skorumpowane i za to samo przestępstwo można otrzymać skrajne wyroki. Dziennikaraka dedykuje książkę wszystkim turystom wybierającym się na wyspę:

Uważaj. To mogą być wakacje, których nigdy nie zapomnisz. Nawet jedna tabletka ecstasy może cię kosztować dziesiątki dolarów i zapewnić ci miejsce w piekle Hotelu Kerobokan.

W więzieniu dominuje władza pieniądza. Kto je ma, może sobie wszystko kupić. Najważniejszym i najbardziej pożądanym towarem są narkotyki, potem seks. Autorka podczas rozmów z więźniami wielokrotnie widziała osoby dające sobie jawnie w żyłę, albo kopulujace na oczach innych. W Hotelu K łatwo doprowadzić się do obłędu. Spora część więźniów przystosowuje się, staczając się po równi pochyłej. I tak jak w tytule pierwszej książki Kathryn Bonella, nie jest pewne, czy doczekają jutra. Jeśli natomiast się uda, kim będzie człowiek, który stamtąd wychodzi? O resocjalizacji nie ma mowy.

„Hotel Kerbokan” nie jest wygodną książką, po którą się sięga dla odprężenia. Historia wywołuje negatywne uczucia – od obrzydzenia, po poczucie bezsilności. Opowieść fascynuje, bo coś co może wydawać się fikcją rodem z najbardziej brutalnych horrorów, w Hotelu K staje się rzeczywistością. Warto się jednak przemóc i poznać mroczną stronę Bali. Dzięki tym rzetelnym informacjom czytelnik wyrabia sobie obraz wyspy – inny niż z kolorowej pocztówki. Historia, którą czytałam, przypomniała mi trzecią serię  „Prison Break”, w której bohater przebywa w więzieniu w Panamie. W książce Kerbokan natomiast nie ma miejsca na fikcję, są tylko fakty, niekiedy bardzo szokujące.

Za „Hotel Kerobokan” dziękuję wydawnictwu Świat Książki.