Burczy. Czasami bulgocze, albo warczy, niekiedy cicho piśnie. Co takiego? No jak to, nie wiecie? Zwierzątko, które mieszka w brzuchu…
Książka Grzegorza Kasdepke pt. „W moim brzuchu mieszka jakieś zwierzątko” została zainspirowana prawdziwą historią. Pewna mama opowiedziała autorowi o tym, że jej dziecko, przekonane było, iż jego brzuch zamieszkuje jakieś stworzenie. Tyle, że Grzegorz Kasdepke postanowił pomysł na historię przetworzyć po swojemu.
W książce „W moim brzuchu mieszka jakieś zwierzątko” kilkuletnia dziewczynka zaczyna opowiadać innym, że ma w sobie stworzenie. Oczywiście dorośli ją zbywają, nie traktują poważnie. Natomiast bohaterka, im dłużej o tym myśli, tym bardziej jest przekonana, ze ma w sobie, albo myszkę, albo kotka, a może lwa?
Stopniowo oswaja się z tym faktem, dopóki nie zacznie jej przerażać. Zwłaszcza po rozmowach z rówieśnikami na temat tego, co się stanie, gdy zwierzątko urośnie. Na szczęście pani w przedszkolu szybko znajduje na to radę, ale po chwili okazuje się, że stworzonko przebywa w kaloryferach i toalecie. Ale, czy jeszcze kiedyś wróci do dziewczynki?
Po przeczytaniu tej niewielkiej książeczki, niejeden dorosły zaduma się nad niesamowitą wyobraźnią dziecka. Widać, że Grzegorz Kasdepke również nie narzuca sobie żadnych ograniczeń pod tym względem. No i przede wszystkim traktuje swoją bohaterkę całkiem serio. Najłatwiej byłoby stwierdzić, że to przecież głód i opisać cały proces trawienia. A tu proszę: raz może być to krokodyl, kiedy indziej kotek. Dziewczynka stara się zrozumieć siebie. Dopiero wtedy będzie mogła zatęsknić, za stworzonkiem, które zmusiło ją do poruszenia wyobraźni.
Historia została napisana tak, by młody czytelnik utożsamiał się z główną bohaterką. Pewnie stąd pierwszoosobowa narracja. Dziewczynka ze swoimi dylematami i problemami jest bardzo wiarygodna. Dla dorosłych zabawna, dla rówieśników ani trochę.
Książka „W moim brzuchu mieszka jakieś zwierzątko” dodatkowo zasługuje na uwagę dzięki świetnym ilustracjom Tomka Kozłowskiego. Na pierwszy rzut oka: gryzmoły. Po chwili jednak widać, że owa schematyczność służy temu, by pobudzać wyobraźnię. Zaskakują również nietypowe kolory zastosowane w książeczce – dominują odcienie zieleni, pomarańcze. Historia z pewnością trafi do trzylatka oraz dziecka, które rozpoczyna przygodę z czytaniem. Oprócz tego można oglądać, oglądać i oglądać…
Ha, i jak tu wątpić w słowa, że najlepsze scenariusze oraz pomysły podsuwa samo życie 🙂
Odważę się stwierdzić, że bez historii z życia nie byłoby fikcji…