„Zabójcza sprawiedliwość” – Ann Leckie

Zabójcza sprawiedliwość, Ann LeckieNiekiedy sięgam po gatunki, które są dla mnie czymś obcym, by zobaczyć, czy nie znajdę tam jakiś smaczków, po które nie sięgam, bo się ograniczyłam. Wtedy trudnej mi ocenić powieść, ale przecież nie zawsze o to chodzi. Aby czegoś nowego doświadczyć, najpierw trzeba zrobić pierwszy krok. Natomiast na mojej ścieżce czytelniczej zawsze brakowało powieści science fiction. Kiedyś książki z tego gatunku były uważane za mniej wartościowe od innych, uznawany był tylko Stanisław Lem, a i to tylko w pewnych ograniczonych ilościach (tytułach). Brakowało fantastyki naukowej, bo w księgarniach rozchodziły się na pniu (kto nie miał znajomości tracił), a potem czytelnika ograniczały finanse.

Pierwszą i jedyną książką jaką poznałam, którą określa się jako space opera, jest świetna powieść: „Niezwyciężony” Stanisława Lema. Dlatego właśnie postanowiłam sięgnąć po „Zabójczą sprawiedliwość” Ann Leckie, by mieć jakieś porównanie. Obie powieści dzieli jednak niemal pół wieku – czy ma to jakieś znaczenie? Kolejny powód sięgnięcia po „Zabójczą sprawiedliwość” to fakt, że za swój powieściowy debiut, autorka została nagrodzona m.in. Nebulą, nagrodą Hugo czy Arthur C. Clarke Award.

Książka Ann Leckie ma być pierwszym tomem luźno powiązanej ze sobą trylogii. W „Zabójczej sprawiedliwości” przenosimy się do przyszłości, do Imperium Radch. Władzę nad nim sprawuje Anaander Mianaai. Imperium zajmuje dużą części kosmosu, a Mianaai nie jest zwykłą osobą, która sprawuje rządy, bo choć jest jedna, to ma tysiąc ciał do dyspozycji. Daje jej to władzę absolutną, ponieważ jest niemal wszechwiedząca i znajduje się wszędzie.

Jednak główną bohaterką jest Breq. Poznajemy ją, gdy ratuje przed pewną śmiercią Seivarden i zabiera w bezpieczne miejsce. Odbywają trudną i niebezpieczną podróż. Stopniowo też poznajemy motywację działań Breq. Przede wszystkim składamy sobie po kawałku historię głównej bohaterki ze wspomnień, do których sięga pamięcią. Nie chciałabym tu za dużo odsłaniać, by nie odbierać radości z poznawania kolejnych elementów układanki.

Przede wszystkim Breq była kiedyś statkiem: „Sprawiedliwość Toren”. Dziś jest tylko jednym, ostatnim pozostałym przy życiu serwitorem (człowiekiem połączonym ze sztuczną inteligencją statku), ale nie ma kontaktu z nikim innym. Jak to się stało, że jest sama? Kto doprowadził do tego stanu i dlaczego?

Podczas lektury „Zabójczej sprawiedliwości” Ann Leckie, najpierw musiałam zrozumieć o jakim świecie mowa. Uniwersum, które przyszło mi poznać jest skomplikowane i bardzo rozbudowane. Dopiero w połowie powieści dowiadujemy się czegoś więcej na temat tego kim jest i główna postać, i dokąd zmierza. Ograniczała mnie jedynie własna wyobraźnia, ponieważ ta autorki jest niemal nieograniczona. Odbiór powieści utrudniało mi to, że niemal wszystkie postacie były określane jako płeć żeńska, a dopiero później okazało się, że Radch stosują tylko jedną formą, ale bohaterowie niekoniecznie są kobietami.

Wizja przyszłości, którą roztacza przed czytelnikami autorka właściwie cofa nas ku przeszłości. Gdy bowiem odrzucimy sztuczną inteligencję, statki kosmiczne i serwitory, otrzymamy opowieść o władzy w stylu Imperium Rzymskiego. Rządy Anaander Mianaai przypominają panowanie cesarzy. Natomiast sama powieść w dużej mierze rozgrywa się we wnętrzu i emocjach głównej bohaterki, niż w przestrzeni kosmicznej. Okazuje się, że uczucia, z którymi zmaga się Breq, niczym się nie różnią od tych ludzkich. Czy zatem główna bohaterka jest człowiekiem, czy maszyną? Ann Leckie zostawia czytelnika przed ważnymi pytaniami, ale też nawiązuje do filozofii. Ciekawa jestem, jak autorka rozwinie się w kolejnych częściach trylogii…

  1. „Niezwyciężonego” nie określiłbym mianem „space opery”, który to gatunek charakteryzuje się romantycznymi przygodami, ubranymi w futurystyczne szaty (efektowne bitwy w Kosmosie, międzyplanetarne konflikty, etc.) Ten utwór Lema to bardziej przedstawiciel „hard science-fiction”, czyli dzieło, w którym główne akcenty położono na technologię oraz naukę – w „Niezwyciężonym” aż roi się od opisów, bogato nasyconych technicznymi szczegółami : )

    Prezentowana lektura nie sprawia wrażenia jakiegoś oszałamiającego dzieła. Jeśli mimo to nie zraziłaś się do science fiction, to serdecznie polecam Ci prozę Kima S. Robinsona, któremu zdecydowanie bliżej jest do twórczości naszego Staszka Lema. Amerykański autor świetnie opisał swoją wizję terraformowania Marsa w swojej genialnej trylogii marsiańskiej, w skład której wchodzą powieści „Czerwony Mars”, „Zielony Mars” oraz „Błękitny Mars” 🙂

Skomentuj Ambrose Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *