Czasy rodzącego się nazizmu kojarzą mi się z mrokiem. By oddać ten okres w komiksie idealnie pasują tutaj dwie barwy: czerń i biel oraz ich odcienie. Te skojarzenia są związane z fotografiami oraz filmami z tego okresu. Dlatego, gdy sięgnęłam po powieść graficzną „Złoty Berlin” Arne Jysch, poczułam, że to właściwa forma. Wydawnictwo Marginesy podaje, że „Złoty Berlin” to adaptacja bestsellerowego cyklu kryminalnych powieści Volkera Kutschera. Właśnie te historie zainspirowały producentów do nakręcenia najdroższego serialu w historii niemieckiego przemysłu filmowego.
Bohaterem komiksu „Złoty Berlin” jest komisarz Gereon Rath. Młody policjant trafia do służby w policji obyczajowej w stolicy Niemiec. Został tam przeniesiony z Kolonii po aferze, której był głównym bohaterem. Zarzucono mu pewne niewłaściwe czyny, ale mimo oczyszczenia ze strony sądu, nie był mile widzany u siebie. Dzięki koneksjom ojca i pociąganiu za właściwe sznurki, mężczyzna może nadal pełnić służbę, ale nie jest to ten wydział, o jakm marzy Gereon. Ambitny mężczyzna chciałby zajmować się trudnymi sprawami kryminalnymi. Tymczasem musi pracować w obyczajówce. Dla Ratha jest to równoznaczne z degradacją.
Kiedy trafi na szajkę nielegalnie działającą w zakazanym obszarze pornografii, szybko okaże się, że Gereon ma do czynienia ze sprawą znacznie bardziej skomplikowaną, niż to się wydawało na pierwszy rzut oka. Po drodze przytrafi mu się coraz więcej trudnych spraw, które okażą się ze soba powiązane. Co łączy topielca z rosyjską mafią, handlarzami narkotyków? Okazuje się, że w berlińskiej policji nie wszyscy działają zgodnie z prawem. Czy Gereon powinien obawiać się kolegów ze służby? Chyba, że to wszystko jest przejawem jego przeczulonego zmysłu na punkcie poszukiwania zbrodni? Komu zatem powinien zaufać?
Dzięki komiksowi mamy okazję zobaczyć mroczną stronę pogrążonego w dekadencji Berlina z końca lat dwudziestych ubiegłego wieku. Z jednej strony moralne zepsucie, a z drugiej rosną w siłę ci, którzy za chwilę zmienią oblicze stolicy. Ruch narodowo-socjalistyczny konkuruje z komunistami, a w organach państwowych szerzy się korupcja, spiski oraz skandale. Komisarz Gereon Rath staje przed trudnym wyborem, po jakiej stanąć stronie.
W „Złotym Berlinie” otrzymujemy to, co w komiksie pokochaliśmy już jako nastoletni odbiorcy. Pamiętam te opowieści z pełną napięcia akcją, wyrazistymi bohaterami, prostą, ale konkretną kreską. Nieważne czy to był „Kapitan Żbik”, czy „Kapitan Kloss” już po rysunkach widać było, kto jest tu naprawdę silnym charakterem. Piękno i brzydota, moralność i zepsucie wpisane są w realia sprzed niemal wieku. Właśnie dzięki powieści graficznej możemy niemal dosłownie przenieść się w przeszłość i zobaczyć stolicę Republiki Weimarskiej z całym jej urokiem i świadomością tego, jaka zbliża się epok. Arne Jysch świetnie zadbał o szczegóły takie jak ubiór odpowiedni dla końca lat dwudziestych, czy nawet fryzury bohaterek, a także oddał klimat tamtych czasów (przynajmniej właśnie taki sobie wyobrażam, gdy myślę o Berlinie w 1929 roku).
Warto dodać, że „Złoty Berlin” jest komiksową adaptacją powieści Volkera Kutschetra pt. „Śliska sprawa”. Kryminały z cyklu o komisarzu Gereonie Rathcie zyskały wielką popularność w Niemczech i doczekały się również adaptacji serialowej. Arne Jysch tworzył swój komiks równolegle z kręceniem filmu, ale – jak twierdzi – nie wzorwał się na obrazach z serialu. Nie oglądałam adaptacji, która nosi tytuł „Babylon Berlin”, choć w komiksie widać wyraźnie, że fabuła jest preteksem do podziwiania tła tej historii. Kadry Jyscha uruchamiają wyobraźnię odbiorców, pozwalając im chociaż na chwilę zapomnieć o teraźniejszości i przenoszą w niebezpieczne, groźne, ale też kuszące i piękne miejsce, jakim była stolica Niemiec pod koniec lat dwudziestych ubiegłego wieku.
PS Komiks „Złoty Berlin” na język polski przełożyła Anna Kierejewska.
Ciekawi mnie ten komiks w kontekście przeczytanych przez mnie książek Hansa Fallady. Ten niemiecki pisarz także odmalowywał przedwojenny Berlin, sygnalizując, że nazizm rodził się i dochodzi do głosu stopniowo, czyli, że nie pojawił się znikąd.
Takie opowieści są ważne według mnie, gdyż pokazują, że zło nie bierze się z niczego i łatwo się przyzwyczaić, kiedy jest nam serwowane małymi dawkami.