Kiedy czytałam książkę Liane Moriarty, przypomniałam sobie o innym australijskim pisarzu, którego cenię. Chodzi o Richarda Flanagana, autora „Ścieżek północy”. Najnowsza powieść tego laureata Nagrody Bookera pt. „Żywe morze snów na jawie” została wydana w Polsce w marcu. Postanowiłam nadrobić zaległości i po nią sięgnąć.
Opowieść przenosi nas przede wszystkim na Tasmanię. Tam mieszka Francie. Kobieta ma osiemdziesiąt sześć lat i wydaje się osobą nie do zdarcia. Jednak troje jej dzieci szybko przekonuje się, że wcale tak nie jest. Ich matka zaczyna ciężko chorować. Musi przebywać w szpitalu. Dzieci jednak robią wszystko, co mogą, by utrzymać ją przy życiu. Nie szczędzą środków, starają się ruszyć niebo i ziemię, byle tylko nie pozwolić Francie umrzeć. Jednego tylko nie biorą pod uwagę, zdania matki. Kobieta prosi dzieci, by pozwoliły jej odejść. Anna i Terzo jej na to nie pozwalają. Tylko ze zdaniem trzeciego potomka nikt się nie liczy. Wszystko przez to, że Tommy jest biedny.
Najważniejszą postacią, jaka została ukazana w powieści „Żywe morze snów na jawie”, jest Anna. Głównie jej perspektywę oglądamy. Bohaterka jest po pięćdziesiątce i odniosła sukces zawodowy. Do matki lata z Australii co jakiś czas, ale zaczyna odczuwać pewien niepokój. Zauważa, że znikają gatunki zwierząt i roślin. Z obawą patrzy na pożary, które nawiedzają Australię. Sama stopniowo również znika. Pewnego dnia zauważa, że nie ma palca, a po jakimś czasie kolana. Inni ludzie tego nie dostrzegają. Oni też miewają takie braki. Znikają również pieniądze z domu Anny. Podbiera je dorosły syn Anny, Gus. Oboje jednak udają, że nic się nie dzieje. Tak jest najłatwiej.
Książka Richarda Flanagana jest zupełnie inna niż te, które poznałam do tej pory. Wprawdzie wracają niektóre motywy znane z poprzednich powieści, ale najnowsza książka została napisana w innym stylu. Otrzymujemy opowieść o przemijaniu. Autor porusza w powieści kwestie niewygodne dla nas wszystkich, ponieważ mało kto chce słuchać o śmierci. Bohaterowie powieści: Terzo i Anna unikają go jak ognia. Nie po to zapewnili sobie wysoki status społeczny, by o niej słuchać. Choroba matki wywołuje w nich chęć walki. Za żadne skarby nie pozwolą matce odejść. Widzimy, jak zagłuszają w ten sposób wyrzuty sumienia. Nie słuchają nikogo, uważają, że w ten sposób wykazują się miłością wobec rodzicielki. Anna niepokój zagłusza zaglądaniem w media społecznościowe. Tam również pojawiają się niedobre informacje, związane z katastrofą klimatyczną. Woli jednak to od bliskości i zaskakuje ją, że pielęgniarkom czułość wobec matki przychodzi w naturalny sposób. Ona tego nie potrafi.
„Żywe morze snów na jawie” jest opowieścią o znikaniu, nieudanej uciecze przed sobą i konsekwencjach ludzkich działań. Podziwiamy piękno natury, z niepokojem śledzimy zmiany w przyrodzie, a jednocześnie trudno nam zmienić przyzwyczajenia. Richard Flanagan pokazuje, że warto zwolnić. Zamiast gonić za czymś, co bywa nieosiągalne, warto rozejrzeć się i zachwycać tym, co dostępne, zwyczajne. Widzimy, jakim problemem są relacje międzyludzkie. Oglądamy rodzinę, która od dawna niewiele ma ze sobą wspólnego. Każdy jest osobnym bytem, zwłaszcza Terzo i Anna skupili się tak na sobie, że nie zauważają nikogo wokoło. Flanagan nie daje nam gotowych rozwiązań, ale przyglądamy się niepokojącemu zjawisku. Ludzie coraz rzadziej czują się dobrze przy innych. Realizm magiczny, jakim posłużył się autor podkreśla symbolikę znikania. Warto przyjrzeć się bliżej tej historii, by zagłębić się w emocje bohaterów, odkryć ich tajemnice.