Miłośników literatury pięknej z pewnością ucieszy wznowienie powieści Tadeusza Konwickiego pt. „Kronika wypadków miłosnych”. Pierwsze wydanie miało miejsce w 1974 roku, kilka lat przed słynną „Małą apokalipsą”. Wydawnictwo Znak opublikowało jakiś czas temu książkę „Kalendarz i klepsydra” oraz zbiór kultowych tekstów pisarza o jego kocie: „Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz. Biografia”. Teraz przyszła kolej na wznowienie powieści, która została zekranizowana przez Andrzeja Wajdę (w 1985 roku). Warto jednak dodać, że najnowsze wydanie zostało uzupełnione o mało znane opowiadanie „Kilka dni wojny, o której nie wiadomo czy była”.
Akcja powieści „Kronika wypadków miłosnych” rozgrywa się w 1939 roku, na Wileńszczyźnie. Wicia jest maturzystą kończącym szkołę. Ma wielkie plany, ponieważ pragnie studiować medycynę. Jednak jego myśli wędrują nie ku książkom i egzaminom, a ku pięknym dziewczętom. Tej wiosny Witek zakocha się na zabój, a przecież pierwsza miłość uznawana jest za tą najważniejszą. Taką, o której nigdy się nie zapomni.
Gdy weźmiemy pod uwagę czasy, które nadchodzą, zdajemy sobie sprawę, jaka przyszłość może czekać bohaterów. Oni jednak nie mają o tym pojęcia. Wicia jest wychowywany przez matkę. Chłopak czuje się naznaczony tym, że jego ojciec popełnił samobójstwo. Kiedy zakocha się w Alinie, szybko odkryje, że nie jest akceptowany przez ojca dziewczyny. Alina początkowo ukrywa swoje uczucia, ale w końcu oboje przeżywają wielką miłość, a to uczucie zaskakuje ich swą siłą. Jednocześnie jest bardzo romantyczne, ale również niepozbawione dramatów i rozterek.
Tadeusz Konwicki kreśli powieść o dojrzewaniu w sposób nostalgiczny. Świat, który widzimy, zaraz się skończy. Zmienią się wartości, priorytety i granice. Młodzi bohaterowie nie zdają sobie sprawy z tego, co ich czeka, ale czują, że coś wisi w powietrzu. Jeszcze zachwycają ich samoloty, które za chwilę będą wykonywały inne zadania, przestaną być obiektem podziwu. Jeszcze można oglądać wielokulturowy świat, ale bohaterowie już zastanawiają się, czy dożyją końca wieku. Niepokój się w nich budzi i narasta.
Natomiast jeśli chodzi o opowiadanie „Kilka dni wojny, o której nie wiadomo czy była”, to mamy do czynienia z opowieścią antymartyrologiczną. Historię o tym, że miłość może dawać człowiekowi wielką siłę. Uważa się, że Konwicki pisząc ten tekst inspirował się losem Jana Brzechwy. Ponoć w czasie wojny poeta o żydowskim przecież pochodzeniu afiszował się w okupacyjnej Warszawie, a oprócz tego udało mu się wydostać z aresztu ukochaną, swoją przyszłą żonę.
Historia miłosna z „Kroniki wypadków miłosnych” staje się pretekstem do rozważań natury filozoficznej. Gdyby autor skupił się tylko na wątku miłosnym, byłby to zwyczajny romans. Pojawia się jednak w tej opowieści tajemniczy Witold, który odwiedza Witka. Na koniec widzimy go we współczesnej Warszawie, jak dokonuje pewnego zaskakującego czynu. Dla dzisiejszego odbiorcy istotne będzie, że historię czyta się dobrze, a język nie uległ archaizacji. Zaskakuje fakt, że mamy do czynienia z prozą, którą łatwo sobie wyobrazić, wręcz filmową. Podczas lektury czułam się trochę tak jak operator kamery, który zbliża i oddala kadr, a jednocześnie ma świadomość, że przygląda się temu, czego już nie ma. Nie zabrakło też pełnych dramaturgii dialogów. Oba teksty łączy podobny główny bohater, który w opowiadaniu staje się bardziej dojrzały. W „Kronice…” za to mamy do czynienia z prozą bardziej oniryczną, pozwalającą na nostalgiczne odkrywanie przedwojennej Litwy.
Jeśli chodzi o Konwickiego, to znajomość z tym twórcą zacząłem dopiero niedawno. Czytałem wspomnianą „Małą Apokalipsę” – utwór b. przypadł mi do gustu, dlatego z chęcią sięgnę po kolejne książki. Kto wie, może następnym wyborem będzie właśnie „Kronika wypadków miłosnych”.
Mnie również przypadła do gustu „Mała Apokalipsa”, jednak czytałam inne tytuły Konwickiego tak dawno temu, że uznałam, iż warto skorzystać z okazji i sięgnąć po dostępne wznowienia książek tego autora. Miałam nosa, ponieważ mój stary i rozpadający się egzemplarz „Kroniki…” nie zawiera opowiadania „Kilka dni wojny, o której nie wiadomo czy była” (a warto je poznać).