Przez wiele lat nie doceniałam audiobooków. Włączałam je dzieciom, słuchaliśmy ich często razem w samochodzie, gdy podróż trwała na tyle długo, by móc wczuć się w historię. Kiedy rozpoczęła się pandemia, wtedy odkryłam audiobooki na nowo, ale już dla siebie. Tyle że nie każda wysłuchiwana książka jest w stanie oderwać moich myśli od obecnie trwających problemów, z jakimi mamy do czynienia. A jednak potrzeba nam namiastki normalności, by jakoś funkcjonować. Co zatem dobrze się u mnie sprawdziło?
By oderwać się od natłoku myśli, najlepiej działają w moim przypadku superprodukcje audio. Kiedyś nazywano je słuchowiskami teatralnymi. Jak przez mgłę przypominam sobie Teatr Polskiego Radia dla dzieci, który silnie pobudzał moją wyobraźnię. Nowo wydana superprodukcja „Biały ląd” na podstawie powieści Łukasza Błaszczyka, Pawła Sajewicza i Marka Wełny, wywołała we mnie podobne odczucia. Sposób przedstawienia tej historii bardzo mnie zaskoczył.
Oczywiście chodzi o pozytywne wrażenia z wysłuchanej historii. Niewątpliwie spory wpływ miała na to interesująca fabuła, ale też świetna gra aktorska. W superprodukcji w role głównych bohaterów wcielili się: Olaf Lubaszenko, Leszek Lichota, Mirosław Zbrojewicz, Aleksandra Szwed, Marcin Korcz i Arkadiusz Jakubik. Ten ostatni jako narrator miał najważniejszą rolę, ale sprawdził się idealnie. Nie nazwałabym siebie ekspertem od teatru i kina, ale te powyższe nazwiska rozpoznaję natychmiast.
Audiobook „Biały ląd” powstał na podstawie powieści napisanej przez Łukasza Błaszczyka, Paweła Sajewicza, Marka Wełnę. Trzech przyjaciół postanowiło stworzyć coś wspólnie. Napisali thriller, czy też powieść sensacyjną, która porywa od samego początku. Przyznam, że pominęłam wydanie papierowe, ale na szczęście nie audiobooka. Jest to pierwsza superprodukcja Wydawnictwa Agora i Publio. Mam nadzieję, że kolejne będą utrzymane na tak samo wysokim poziomie.
Główny bohater książki, Maks, dzwoni do żony z Konga. Sytuacja jest poważna, ale kobieta została przeszkolona przez męża, wie, co ma robić w takim momencie. Razem z córką pakują manatki i z Warszawy wyruszają do Brukseli. Za chwilę jednak przekonamy się, że to wcale nie Maks Wegner, szef ochrony w kopalni kobaltu w Kongo jest najważniejszy, a Tadzik Zborowski, były milicjant nieudacznik i pijak. Człowiek, który w nowym miejscu pracy nie nauczył się niemal ani słowa po francusku, nigdy nie poznał ludzi mieszkających w Lubumbashi. Właśnie on będzie próbował przetrwać aferę, w którą się przez przypadek wpląta. Znajdzie się w sytuacjach niezwykle groźnych. Będzie miał do czynienia ze skandalem na wielką skalę, a do tego właśnie zaczyna się konflikt między Tutsi i Hutu. Tadzik bez znajomości języka wiele nie zwojuje. Na szczęście trafi mu się wyjątkowa pomocnica, Elodie, wykształcona w Polsce kongijska lekarka. Wybór Olafa Lubaszenki do roli Tadzika to strzał w dziesiątkę. Zresztą pozostałe charaktery zostały dopasowane na miarę. Każdy z głosów pasuje idealnie i nic nie zgrzyta.
Historia okazała się pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, opowieść jest chwilami przerysowana, ale co chwilę trzyma nas w napięciu. W książce „Biały ląd” mamy do czynienia z antybohaterem, kimś kogo raczej nie obdarzylibyśmy sympatią. Jednocześnie to właśnie Tadzik Zborowski pokazuje nam, że takim jak on lepiej nie nadepnąć na odcisk. Eksmilicjant staje się osobą prowadzącą własne prywatne śledztwo i wpadającą przez to w kłopoty. Wsłuchujemy się w opowieść o Polsce lat dziewięćdziesiątych, w której wciąż dominuje bylejakość, ale rodzą się wielkie fortuny, natomiast niektórzy nadal czują się zagubieni. Ci ostatni nawet jeśli trafiają do Afryki, nie chcą się uczyć, nic zmieniać, choć rzeczywistość jest zupełnie inna niż w czasach PRL-u (czy to w Kongo czy w Polsce). Autorzy świetnie to oddali, ale posłużyli się humorem oraz absurdem. Całość połączyli w sposób tak zaskakujący, że trudno się od tej opowieści oderwać. Teraz pozostało tylko mieć nadzieję na dalszy ciąg…